Zgłoś uwagi do strony Zamknij 
Twoje pytanie zostało przesłane do osoby odpowiedzialnej w biurze wakacje.pl za jej sprzedaż przez Internet. Odpowiedź zostanie udzielona Państwu (e-mail'em lub telefonicznie) tak szybko jak to możliwe.

W przypadku niejasności prosimy o kontakt:

tel. 0 801 455 401, (58) 325 29 00
Już teraz życzymy Państwu udanego wypoczynku.
Dziękujemy za wysłanie formularza!
Doradca Wakacje.pl skontaktuje się z Państwem telefonicznie lub e-mailem!
Rezerwacja telefoniczna
0 801 455 401
koszt 0,49 zł/min z VAT
Dziękujemy za przekazanie nam swoich uwag!
Rezerwacja telefoniczna
0 801 455 401
koszt 0,49 zł/min z VAT
Twoje zapytanie właśnie trafiło do jednego z wakacyjnych doradców.
W najbliższym czasie nasz specjalista skontaktuje się z Tobą w celu udzielenia odpowiedzi.

W razie dodatkowych pytań, pozostajemy do dyspozycji pod numerami 801 455 402 oraz 58 325 29 00

Dziękujemy za kontakt i już teraz życzymy udanych podróży z Wakacje.pl

Pola oznaczone gwiazdką (*) są obowiązkowe

Potwierdzam zapoznanie się z polityką prywatności oraz wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych podanych w formularzu przez Enovatis S.A. w celu:

Wyślij
+ Dodaj swoje wspomnienie
Europa Afryka Azja Ameryka Północna Ameryka Środkowa Ameryka Południowa Australia i Oceania Antarktyda

Wspomnienie Hurghada - Egipt

Oceń
Średnia ocena
dobre

Egipt - pierwszy raz

autor: Izusia
dodane: 2009-05-09
termin-wycieczki: 02.11.2008 - 08.11.2008

Witam wszystkich
Chciałabym opisać moje wrażenia z Egiptu - pierwszy raz. Może komuś się przydadzą. Muszę przyznać, że jest to bardzo bardzo subiektywne.

PRZED WYJAZDEM
Od podstawówki marzyłam o wyjeździe do Egiptu. Przeczyłam wszystkie możliwe wtedy książki historyczne o Egipcie. Niestety moich rodziców nie było stać na takie wakacje. Jak zaczęłam pracować to wyjechałam na wakacje w Tatry. Zakochałam się w nich i wyjazd do Egiptu gdzieś zniknął. W zeszłym roku postanowiliśmy wyjechać na wakacje zagranice nad morze, bo małe dziecko i niech sobie popluska w wodzie. Przejrzałam wszystkie oferty typu Hiszpania, Grecja. O Egipcie nie pomyślałam ze względu, że to Afryka i może być drogo. Od niechcenia weszłam na te oferty. I jaki szok. Wcale nie było drogo. Decyzja Egipt. Mój mąż nie był zachwycony. Koleżanka powiedziała mu o zemście faraona i że jest brudno i strach z takim małym dzieckiem. W końcu stanęło na Egipcie. Wrzesień. O i mała niespodzianka. Mąż dostał z zakładu na ten termin 2 tygodnie sanatorium. No ok. to jedziemy pod koniec października. Po przeczytaniu różnych forum oraz innych potarli z wakacjami decyduję się na hotel Arabela w Hurghadzie z Scan Holiday. Wyjazd na 1.11.2008 o godzinie 23:50. Jednak później okazało się wyjazd został przesunięty na 2.11.2008 o godzinie 12.

DZIEŃ ZERO
Popakowani już czekamy. Zrobiona lista czeka co mamy jeszcze dopakować z rana. Ja cały czas jak na szpilkach. Już się nie mogę doczekać. Pierwszy raz z biura, pierwszy raz lecimy samolotem. Jak się Młody zachowa w samolocie i w ogóle. Wieczorem robie sobie drinka a i tak nie mogę zasnąć. Mąż sobie wychodzi na piwo z moim bratem. Wraca koło 24. a ja dalej nie mogę spać po mino, że jest już 3 i na jednym drinku się nie skończyło. Mąż też o dziwo się gdzieś szwenda po domu. A przecież musimy o 6 wstać, przynajmniej ja.

DZIEŃ PIERWSZY (NIEDZIELA)
Mój mąż lubi się bardzo spóźniać. Więc mówię mu, że wyjeżdżamy o 8:45. O dziwo mój mąż każe już być mojemu bratu o 8:30. Jednak mojego brata jak nie ma tak nie ma. Ja jak się stresuję to się nie odzywam ( a jak już się odezwę to chyba nie chcieliście by mnie słyszeć ). Mój mąż wręcz przeciwnie. Trzymają się go głupie żarty. Naprawdę głupie żarty. Oczywiście jak by inaczej mój brat zaspał. I był u nas o 8:45. Wyjeżdżamy. Mąż cały czas bredzi o Arabach z laskami dynamitu w samolocie, a brat pomylił drogę. Jak skomentowałam to wszystko (stres) to zapadła cisza. Dojechaliśmy na lotnisko. Oczywiście zadyma przy odprawie. Zrobiła się kolejka nie z tej stromy i ludzie się wciskali z dziećmi. My też byliśmy z dzieckiem małym ale staliśmy normalnie. Młody strasznie się darł bo mu było gorąco. Odprawiliśmy bagaż i poszliśmy do odprawy paszportowej. Troszkę się bałam bo miałam takie kaszki płynne dla młodego. Ale przeszło ok. Jesteśmy na strefie bezcłowej. Okazuje się, że mamy 40 min opóźnienia Robimy zakupy na bezcłówce. Ja będąc bardzo zorganizowaną osoba nagle staje się ciapą i zostawiam portfel. Nie poznaję siebie. Ustawia się kolejka do wyjścia do samolotu. W samolocie tez lecą ludzie z biura Sun& Fun. Za nami właśnie stoi taka grupka i zastanawia się nad reklamacją (przecież się samolot spóźnił). Wsiadamy do samolotu. Acha na odprawie bagażowej proszę o miejsca koło okna. Pani powiedziała nie ma sprawy. I się uśmiechnęła. Jak weszliśmy do samolotu się okazało się, że i tak byśmy dostali tak jak chciałam. Teraz już wiem skąd jej dziwny uśmiech. Były tylko dwa rzędy foteli. Ruszamy. Mąż lekko nerwowy. Ale w końcu zasypia. Lecimy nad Kairem. Wypatruję piramid lecz niestety nie widzę. Podchodzimy do lądowania. Młody natychmiast zasypia. Oglądamy Hurghadę w ciemnościach. Wypatruję naszego hotelu. Już mi się podoba. Wychodzimy z samolotu. Czekam na ten ciepły wiatr o którym się tyle czytałam. Ale niestety nie doświadczamy tego. Autobus podwozi nas na lotnisko. I co dalej? Za tłumem . Nagle widzimy gościa z tabliczką TUI. I on nas kieruje. Potem następny i następny i trafiamy do autobusu nr 1. Od rezydentki dostajemy wodę i plan wycieczek i All hotelu. Oczywiście Pan wkłada nam torbę do autobusu i słyszę bakszysz. Oglądamy Hurghadę. Ja wiem czego się spodziewać. Mój mąż jednak nie. Chłoniemy. Nagle wjeżdżamy na rondo i mąż dostaje szoku. Wysiadamy w hotelu. Torby każą nam zostawić przed hotelem. Mój mąż za bardzo nie chce. Ale w końcu zostawia. Prowadzą nas do saloniku koło recepcji i dają nam super sok. Młody szaleje obok bo ma dużo miejsca. Przy zakwaterowaniu okazuje się, że zapomnieli o Młodym. Nie umiejąc angielskiego tłumacze po angielsku facetowi, że jeszcze jest dziecko. Facet odchodzi i za chwilę mówi, że faktycznie. Prosi o jego paszport. Dostaje. Ale po chwili przychodzi z dziwną miną i się śmieje. Okazuję się, że dostał paszport męża. W końcu dostajemy pokój 102B. Bagażowy podjeżdża. Pyta czy nam się podoba. Mówi nam gdzie mamy iść zjeść. W sumie go nie za bardzo zrozumiałam. Super. Rozpakowujemy się. Mąż idzie z młodym się kąpać. Mamy wannę w pokoju. Nagle słyszę męża: Mama a nie wiesz gdzie może być korek do wanny. O cholera zapomniałam z domu wziąć. Potem ja idę. No to co? Idziemy na kolację. Za bardzo nie wiemy gdzie ale idziemy przed siebie. W końcu trafiamy. Jesteśmy zadowoleni. Młody robi furorę. Po kolacji młody zasypia a my siedzimy na tarasie i pijemy metaxe.

DZIEŃ DRUGI ( PONIEDZIAŁEK)
Idziemy na śniadanie. Znalazłam wszystko oprócz bułek i płatek śniadaniowych. Ale za to mąż Arek znalazł. O 11 mamy spotkanie z rezydentem w hotelu obok. Ja dalej nie zdecydowana Kair czy Luksor. Może dam rade (wtorek, środa). Rezydent opowiadał o Egipcie, kulturze itp. Pytam się czy dam rade Kair i Luksor dzień po dniu (byliśmy tylko tydzień). A tu niespodzianka. Kair we wtorek a Luksor w czwartek. Zapisuję się na Kair i Luksor. I w środę na nurkowanie. Wracamy do naszego hotelu. Na tarasie wypijamy metaxe, palimy papieroska i idziemy na basen. W brodziku trochę zimna woda, ale młodemu się podoba. Potem obiad w restauracji nad morzem. I idziemy nad morze. Młody się boi. (ma to po mnie jak i nie jest ciepłolubny (też po mnie)). Robimy mały obchód hotelu. Potem kolacja. I znowu mały obchód. Wracamy do pokoju. Proponuję mężowi wyjście na miasto ale nie chce on o tym słyszeć. Nie poznaję męża. Arek już śpi a ja nie mogę zasnąć. Jutro PIRAMIDY. Moje marzenie od dzieciństwa.

DZIEŃ TRZECI (wtorek)
Wstaję w nocy. Już jestem gotowa. Dzwoni telefon odbieram a to pobudka. Ubrałam sobie sukienkę za kolana ale za to z okrytymi ramionami. Czy to był błąd? Hmm… Do teraz mam mieszane uczucia. Wyjeżdżamy. Razem z nami w autobusie jadą Francuzi. Dojeżdżamy do punktu formowania się konwoju i oglądamy wschód słońca. Super. Jedziemy dalej. Cały czas przez pustynie. Myślałam, że pustynia to piasek a to był żwirek. Hm.. dojeżdżamy do Kairu. Przewodnik Francuzów wstaję i cały czas im opowiada. Polacy zaczynają trochę marudzić, że tez by chcieli coś usłyszeć a tu nic. W końcu wstaje nasz pilot i mówi, że przewodnik wsiądzie w Kairze. Wchodzi w końcu nasz przewodnik. Mówi, że nazywa się Hany i jest najlepszym przewodnikiem w Kairze. Podjeżdżamy na „jakiś” parking gdzie Francuzi mają przejść do innego busa. Dostajemy 10 min na robienie zdjęć a potem nam opowie co to jest. Więc robie zdjęcia. Szkoda tylko nie wiem co. W autobusie dowiadujemy się, że to był Meczet Alabastrowy. Hany opowiada nam o Kairze. Podjeżdżamy do muzeum. Hany mówi, żeby zabrać ze sobą aparaty bo przed muzeum można robić zdjęcia. Do muzeum wchodzimy z aparatami (?), lecz nikt nie odważył się robić zdjęć. Rozpoczyna się bieg przez muzeum. Ani chwili nie ma na zadumę. Ludzi pełno. Przewodnicy przekrzykują się w różnych językach. Szlag. Dochodzimy do jakiegoś miejsca i Hany wyciąga płyty. Mówi co na nich jest i że ma ich tylko 8. Ludzie się w sumie na nie rzucili no i okazało się że jeszcze ma ich więcej. W sumie tylko ja jej nie kupiłam. Podchodzimy do skarbów Tutenchamona. Hany zostaje na zewnątrz a my wychodzimy. Po wyjściu Hany pokazuje kartusze. Ludzie zamawiają. Potem podchodzimy do Sali mumii. Okazuje się, że jestem tylko jedyna chętną. Rezygnuję, bo jestem sama i boje się, że się zgubie. Wychodzimy z muzeum. Hany siedzi i sprzedaje kartusze. Widzę ładny obelisk, chce mu zrobić zdjęcie. Ale policjant non stop wchodzi pod niego jak tylko próbuję zrobić zdjęcie. W końcu robie obeliskowi i policjantowi. Przystojny był a zdjęcie super. W końcu i ja się skuszam na kartusz, ale dla mamy. Podjeżdżamy na statek na obiad. Dobry był. No to teraz PIRAMIDY. Bardzo chciałam wejść do piramidy, ale mi się nie udaje. Więc idę z grupą. Miejsce trochę mnie rozczarowuje. Jakoś czegoś innego się spodziewałam. Nie było tej magii co sobie wyobrażałam. Podjeżdżamy do ostatniej piramidy i znowu Hany proponuje przejażdżkę na wielbłądach. Szkoda, że mam sukienkę bo bym jechała. Ale się okazało, że to nie było problemem. Wsiadam na wielbłąda, okrywają mnie jakąś chustą i jazda. Ło. Przeżycie niesamowite bo myślałam cały czas, że spadnę. Nie spadłam. Zrobiłam parę zdjęć. Gość od wielbłąda zrobił mi też na wielbłądzie w tle z piramidami. I dopiero tu poczułam gdzie jestem. Widziałam je w całej okazałości. Nie chce stąd wracać. Przypominam sobie mój narysowany jeszcze w podstawówce obrazek. Tylko co tam robiła ta palma? Reszta była nawet podobna. W końcu powrót ja nie chce. Ja chce tu jeszcze zostać. W drodze powrotnej słyszę, że mam zapłacić jego bossowi za przejażdżkę, a jemu bakszysz. Dostaje sowity bakszysz za te chwile. Teraz widze piramidy całkowicie inaczej. A… i to co mnie zdziwiło. Gościowi w ogóle nie musiałam tłumaczyć gdzie ma nacisnąć żeby zrobić zdjęcie i nawet zrobił posługując się zumem. Natomiast w większości zawsze musiałam mówić gdzie nacisnąć. No i teraz Hany ma dla nas niespodziankę. Możemy wejść do jednej małej piramidy i zrobić zdjęcia. Koszt jedyne 1 LE na bakszysz. Wszyscy wchodzą. Robimy zdjęcia. Wyjeżdżamy. Czas na sfinksa. I tu klapa. Tyle ludzi, że dla mnie stało się to komercją totalną. Zero magii, zero niczego. Robie parę fotek i wracam do autokaru. Oczywiście obskoczył mnie tłum sprzedawców. Odpędzam ich. Jakoś mi się udało. Jednak na parkingu dopadło mnie znowu kilku. A ja nie umiałam znaleźć autobusu. W końcu zorientowali się, że się zgubiłam bo każdy chciał znaleźć mój autobus. Musiało to zabawnie wyglądać bo nasz kierowca z autobusu mnie znalazł. I zaprowadził do naszego uwalniając od sprzedawców. Zostało nam w końcu w programie fabryka perfum i suk. Fabryka perfum. Czysta komercja ale napiłam się soku z trzciny cukrowej. No to teraz na suk. Oczywiście Hany prowadzi nas do swoich znajomych. Ale ludzie się wykruszają i zostaje ja i jedna młoda para. Mówimy, że chcemy kupić papirusy. Kupujemy. Ale po całym dniu zwiedzania jesteśmy głodni a jeszcze czeka nas jeszcze długi powrót do hotelu. Hany proponuje nam MC Donalda. Ale chcemy coś ichniejszego. Hany nam „coś” kupuje i płacimy tylko 3 LE. Siedzimy sobie na krawężniku, jemy i czekamy na autobus. Reszta ludzi się zbiera i chce to co my. Wiec oddaje im moje jedzenie i idą kupić to co ja mam, bo było dobre. Dostają to ale płacą 10 LE. Niestety już musimy jechać do hotelu. Jeszcze jedna rundka po Kairze i do „domu”. Zegnaj Kairze. Jeszcze Hany robi zbiórkę na kierowcę bo podobno pracuje za bakszysz. Zasypiam. W hotelu zdaję krótką relacje mężowi i ide spać.

DZIEŃ CZWARTY (ŚRODA)
Wstajemy rano i jemy śniadanie. Po śniadaniu idziemy się pakować i jedziemy nurkować. To ma być dzień dla męża. Podjeżdża busik pod hotel i zaczynamy objazd po Hurghadzie. Pod jednym z hotelu podchodzi młody chłopak i zaczyna rozmawiać po angielsku. My mu odpowiadamy ale… w końcu wtrąca mimo chodem polskie słowo i zaczyna być wesoło. To spowodowało, że wszyscy wpadli w doskonały humor. Wypływamy. Młody jeszcze siedzi spokojnie, ale kiedy stajemy zaczyna szaleć. Trochę się boimy, ale pilnujemy go. Mąż wchodzi do morza i snurkuje. Ja jestem z młodym na statku. W końcu się zmieniamy. Ja ubieram kapok i wchodzę do morza. Ale w nim czuję dyskomfort. Lecz boję się pływać bez ( czy to ja w zawodach miejskich zajęłam – czwarte miejsce w pływaniu? Ale w końcu to był basen a nie pełne morze). Strach przed morzem (jeziorem też) w końcu zwycięża i wracam na statek. Mąż pływa i czuje się wyśmienicie. Młody zasypia po stołem na ręcznikach. Mamy trochę luzu na opalanie. W końcu kolej na nurkowanie mojego męża. A ja się opalam. Jak super mieć trochę błogiego lenistwa dla siebie. Mąż zachwycony. Obiad na statku. Młody się budzi. Wracamy. Po powrocie jesteśmy trochę głodni więc idziemy coś zjeść. Była godzina 17. I co się okazało. W związku z tym, że byliśmy po sezonie, to to była godzina martwa. Czyli na plaży nie można było nic zjeść bo już zamykali. W barze nad basenem tak samo. Więc musieliśmy czekać do 19 kiedy się zaczęła kolacja w restauracji nad morzem. Idziemy pochodzić po hotelu. Siedzimy trochę nad morzem i idziemy na drinka koło restauracji. Potem kolacja i idziemy na szisze. Młody zasypia. A że alkohol się skoczył stwierdzany, że idziemy do baru obok. W sumie nie wiemy czy jest on w AL. Ale przecież są wakacje. Okazuje się, że tak. Wracamy do pokoju bo przecież jutro wstaję rano i jadę do Luksoru.

DZIEŃ PIĄTY (CZWARTEK)
Znowu dzisiaj wstaję w nocy. Jadę do Luksoru. Z opinii forum wiem, że jest piękny, ale za bardzo nie wiem czego się spodziewać. Z nami w autokarze jadą dla odmiany Holendrzy. Zatrzymujemy się na postoju formowania konwoju. Pilot nasz znowu Ahmed czyli ten co w Kairze. Nawet mnie poznaje. W Luksorze wsiada nasz przewodnik. Przesiadamy się do małego busa. Jest nas zaledwie garstka. Jedziemy do świątyni Karnak. Masz przewodnik zaczyna mam bardzo ciekawie i obrazowo opowiadać. Wchodzimy do świątyni. Jestem zachwycona. Robi na mnie ogromne wrażenie. Przewodnik Ahmet powiedział, że nie mamy robić zdjęć teraz tylko żeby go słuchać a potem będziemy mieć wolny czas, żeby robić zdjęcia. Dobrze, że go nie posłuchałam, bo wolnego czasu było naprawdę mało. Razem z takim starszym małżeństwem poszliśmy do sanktuarium, gdzie kiedyś mógł przebywać tylko faraon. Powiem szczerze, że było lekko skromne, ale fakt, że kiedyś tam on siedział zrobił swoje (jak dla mnie). Potem poszliśmy do skarabeusza. Trzy kółeczka na szczęście i już musieliśmy wracać z powrotem. Bardzo ciężko mi się stamtąd wychodziło. Ja bym tam mogła zostać cały dzień. Oczywiście Ahmet wyciągnął i płyty i kartusze, ale zaraz je schował. Całkowicie inaczej to wyglądało niż w Kairze. Nasza grupa bardzo się zintegrowała (w odróżnieniu do Kairu). Było tam też małżeństwo X tak koło 40 i mające syna w wieku 10 lat o czym później. Po świątyni w busie dowiedzieliśmy się, że jak ktoś chce jechać motorówką na drugi brzeg nilu to może (osobno płatne) a jak nie to może jechać autokarem, ale wtedy nie zdąży na obiad. Frekwencja była 100% na motorówkach. Obiad zjedliśmy w knajpie nad Nilem. W między czasie dołączyli do nas Holendrzy. Pani X była bardzo niezadowolona, bo zabrakło jej „czegoś tam” co skomentowała, że to „przez tą grubą babe” hmm… ona tez do szczupłych nie należała . Po obiedzie wsiadamy do tych motorówek. Nasza motorówka była chyba z dziesiąta. Oczywiście pełno było pomagierów, żeby przejść. Może przez trzy motorówki dawałam radę się odpędzać, potem już zrezygnowałam. Zostałam przeprowadzona, czyli trzymana za rękę jak bym tańczyła Poloneza. Oczywiście kosztowało mnie to bakszysz. Ale co tam. Wsiadamy w naszego busa i jedziemy zobaczyć Kolosy Memmona. W busie chciałam włożyć sobie wodę mineralna do plecaka, która zostawiłam w nim. Niestety nie ma jej na siedzeniu. Sprawdzam czy nie spadła. Zauważyli to i przewodnik i pilot. Zaraz pada pytanie czy coś mi ukradli. Mówię, że nie. Bo przecież nie będę robiła chryi przez butelkę wody mineralnej. Pod Kolosami chwila na zdjęcia. Kupujemy razem z jedną uczestniczek chustki na głowę bo nie mieliśmy czapek a było bardzo gorąco. Zauważyła to Pani X i też kupiła. Jedziemy do Doliny Królów i nagle słyszymy od Pani X: ta serwetka będzie ładnie wyglądała na stole. Mówimy jej, że to chusta, ale nie dała się przekonać. W między czasie czytam przewodnika, żeby się zdecydować do których grobowców wejść. Jesteśmy w Dolinie Królów. Powiem szczerze, że nie tak sobie to wyobrażałam. W sumie to nie wiem jak sobie to wyobrażałam, ale na pewno nie tak. Niestety przewodnik wybrał za nas, które grobowce mamy zwiedzić. Czy to dobry wybór był. Nie wiem. W każdym bądź razie powiedział, że każdy grobowiec jest w innym stylu. W chodzimy do pierwszego. Dostajemy kawałek kartonu do wachlowania. Jest duszno. Jesteśmy zadowoleni. Oglądamy i podziwiamy. Pani od chustki tłumaczy swoim dzieciom co i jak. Trochę pokręciła, ale w sumie dzieciom i nam się podobało. Wychodzimy. Oddajemy kartoniki. Idziemy do drugiego grobowca. Niestety nie dostajemy kartoników. A inna wycieczka ma. Teraz wiemy, że mieliśmy zapłacić bakszysz za te kartoniki, ale w sumie nikt nie wyciągnął ręki za kasą wiec myśleliśmy, że to klimatyzacja w cenie biletu . Zwiedzamy kolejne groby. Niestety bez Pani X, która stwierdziła, że nie ma tam czego oglądać. Teraz czas na fabrykę Alabastru. Oczywiście siedzi sobie parę facetów i udają, że coś robią. Oczywiście wszystko pod turystę. Wchodzimy do sklepu, mamy czas na zakup wyrobów. Ceny jak z kosmosu. Pomogłam się targować starszemu małżeństwu i wyszłam na zewnątrz. Oczywiście chcieli mi dać kawałek alabastru na pamiątkę za bakszysz. Podziękowałam i poszłam. Ale dalej wołali. Olałam ich i poszłam do busa, który był zamknięty. Ukradkiem widzę, że pilot Ahmet klęczy na kawałku dywanu i się modli. Udaję, że nie widzę tego. Ale w sumie się dziwię, bo jest bardzo młody. Okazuje się, że za mną krzyczał kierowca busa a pomagali mu „robotnicy”. A ja myślałam, że znowu mam za coś płacić bakszysz. Znalazłam kawałek alabastru przed autobusem i jako jedyna nie zapłaciłam za to bakszyszu . Pani X bardzo się to nie podobało. Teraz czas na świątynie Hatszepsut. Przewodnik Ahmet robi nam małą scenkę, żebyśmy zrozumieli co i jak z nami w rolach głównych. Bawimy się przy tym wybornie. Czas na zwiedzanie świątyni. Trzeba wejść po schodach. Oczywiście Pani X stwierdziła, że nie pójdzie, bo wystarczy jej widok z daleka. Świątynie przepiękna, zdjęcia również, ale nie obyło się znowu bez bakszyszu, co bardzo ubawiło małżeństwo od chustki. Oni to samo fotografowali za free. No ale co tam wakacje są. Teraz czeka nas fabryka papirusów i perfum. Po obejrzeniu jak się robi papirus tłuczkiem do mięsa wywiązała się dyskusja na temat jedzenia w Egipcie. Ahmet stwierdził, że mięsa nie je. Ale Pani X stwierdziła, że jej kotlety na pewno zje, bo jak ona zrobi to mąż zje ich 5. Mina jej męża była bezcenna. Teraz czas na fabrykę perfum. Ostatni punkt programu. Będąc w fabryce w Kairze, na pytania Pani X opowiadam wyczerpująco. Pani X w ogóle jest bardzo zdziwiona, jak mi się chciało jechać znowu do Luxoru. Przecież nie ma tu znowu niczego fajnego, żeby trzeba było jechać drugi raz. Mówię jej, że jestem pierwszy raz, ale mi nie uwierzyła, bo przecież tyle wiem (w czytanie przewodnika tez nie uwierzyła). Czas na powrót. Robimy zbiórkę na przewodnika, ale oczywiście Pani X gdzieś zniknęła. Czekamy na nią, przewodnik i pilot się niecierpliwią a my nie chcemy wsiąść do busa a oni nie wiedzą czemu. W końcu dorwaliśmy ją i kazaliśmy jej z kasy wyskoczyć. Zadowolona nie była, ale co tam (wiem złośliwa jestem). Powrót do hotelu o dwunastej w nocy. Mąż się pyta jak było a ja mu, że jakby mi teraz kazali wsiąść do autokaru i znowu jechać to bym się nawet pięć sekund nie zastanawiała. Luksor jest piękny i na pewno tam wrócę nie raz.

DZIEŃ SZÓSTY (PIĄTEK)

Dzień błogiego lenistwa dla mnie. Stwierdzam, że powinniśmy iść na jakieś małe zakupy, bo musimy kupić jakieś pamiątki i kartki w końcu wysłać. Na terenie hotelu był mały bazar. Weszliśmy do pierwszego lepszego sklepu. Mąż sobie chciał kupić sziszę. Spędziliśmy tam 3 godziny, ja miałam dosyć a mąż był w siódmym niebie targując się z sprzedawcą i paląc z nim szisze. Młody znowu dokazywał w sklepie bawiąc się piłką, którą dostał od sprzedawców w prezencie. Na kolacji była jakaś ulotka, że jest disco. Wieczorem poszliśmy znowu do baru obok napić się trochę. Mężowi się załączył „szwendacz”. Stwierdził, że idzie na dyskotekę. Po drodze spotyka znajomych, których poznał jak mnie nie było i poszli pić. Wrócił dobrze nad ranem.

DZIEŃ SIÓDMY (SOBOTA)
Ten dzień mieliśmy spędzić maksymalnie. Niestety mąż nie był w stanie wstać. Ale za to jak wstał to stwierdził, że idziemy w miasto, bo go wczoraj przekonano. Ja już cała szczęśliwa, że pojedziemy do centrum. Co się okazało, jego miasto to było parę sklepików za terenem hotelu. Naprawdę nie poznaję mojego męża. Mój mąż nigdy się tak nie zachowywał. Ale to i tak dobrze, że wyszedł poza hotel. Niestety czas się pakować i jutro wcześnie rano wyjeżdżamy.

DZIEŃ OSTATNI (niedziela)
Wstajemy w nocy i się wymeldowujemy. Autobus już czeka na nas. I znowu Ahmet. Jedziemy na lotnisko. Ostatnie zakupy i wsiadamy do samolotu. Podróż mija szybko i lądujemy w Katowicach. Jedziemy do rodziców na obiad i się śmiejemy, że ALL nas jeszcze dotyczy bo mamy opaski na rękach.
  • podaj adres e-mail odbiorcy *
    Jeśli wiadomość chcesz wysłać do większej liczby odbiorców adresy oddziel przecinkami.
  • podaj swoje imię
    podaj swój e-mail *

    Pola oznaczone gwiazdką (*) są obowiązkowe
Wyślij