Zgłoś uwagi do strony Zamknij 
Twoje pytanie zostało przesłane do osoby odpowiedzialnej w biurze wakacje.pl za jej sprzedaż przez Internet. Odpowiedź zostanie udzielona Państwu (e-mail'em lub telefonicznie) tak szybko jak to możliwe.

W przypadku niejasności prosimy o kontakt:

tel. 0 801 455 401, (58) 325 29 00
Już teraz życzymy Państwu udanego wypoczynku.
Dziękujemy za wysłanie formularza!
Doradca Wakacje.pl skontaktuje się z Państwem telefonicznie lub e-mailem!
Rezerwacja telefoniczna
0 801 455 401
koszt 0,49 zł/min z VAT
Dziękujemy za przekazanie nam swoich uwag!
Rezerwacja telefoniczna
0 801 455 401
koszt 0,49 zł/min z VAT
Twoje zapytanie właśnie trafiło do jednego z wakacyjnych doradców.
W najbliższym czasie nasz specjalista skontaktuje się z Tobą w celu udzielenia odpowiedzi.

W razie dodatkowych pytań, pozostajemy do dyspozycji pod numerami 801 455 402 oraz 58 325 29 00

Dziękujemy za kontakt i już teraz życzymy udanych podróży z Wakacje.pl

Pola oznaczone gwiazdką (*) są obowiązkowe

Potwierdzam zapoznanie się z polityką prywatności oraz wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych podanych w formularzu przez Enovatis S.A. w celu:

Wyślij
+ Dodaj swoje wspomnienie
Europa Afryka Azja Ameryka Północna Ameryka Środkowa Ameryka Południowa Australia i Oceania Antarktyda

Wspomnienie Hurghada - Egipt

Oceń
Średnia ocena
bardzo dobre

Mój pierwszy raz w Egipcie - 2008

autor: Kasia
dodane: 2009-02-15
termin-wycieczki: 25.07.2008 - 08.08.2008

Lato – 2008

Nie wiem czy da się to ogarnąć w jedna całość. Będzie To raczej chaotyczny opis mojej (naszej) wyprawy do Egiptu. Jakoś nigdy mnie tam nie ciągnęło. I To jeszcze w środku lata… Jakimś jednak cudem padło na Egipt. Zaczęłam coraz bardziej przyglądać się temu pomysłowi. Wertowałam Internet, czytałam fora i opnie. Padło na Serenity Makadi ze ScanHoliday..
Stałam się upierdliwa i wręcz uciążliwa na forum o Egipcie… wielu mnie wręcz znienawidziło. Zadawałam setki pytań… powtarzałam się… wierciłam dziury w brzuchu, każdemu kto się nawinął.. Ale opłaciło się!..Uzbrojona w całą tę wiedzę ruszamy na podbój Egiptu… I to w samym środku lata.!

Piątek

Późne popołudnie. Jedziemy do Poznania skąd nastąpi nasz wylot. Wszystko przebiega zgodnie z planem, bez żadnych niespodzianek…. Wylot troszkę się opóźnił… ale to było bez znaczenia). Startujemy. Jest godzina po 23-ej. Samolot linii AMC Airlines wypełniony po brzegi turystami odrywa się od ziemi. Lot przebiega bez zakłóceń. Na monitorkach śledzimy trasę lotu…
Po kilku godzinach zbliżamy się do wybrzeży Afryki. Jest noc. Po głowie krąży mi mnóstwo myśli… jak to będzie??? W końcu lądujemy w Hurghadzie.. jest coś ok. 4 nad ranem czasu egipskiego. Ciekawa byłam pierwszego zetknięcia z tym lądem, pierwszego wdechu afrykańskiego powietrza… Czy będzie tak jak opisywali inni… jak czytałam w książkach czy oglądałam w TV..??? Stało się… wszystko dokładnie tak samo a jednocześnie zupełnie inaczej. Pomimo tego, że jeszcze jest noc jest bardzo ciepło..ale nie gorąco… jednak bardzo przyjemnie :)

W tym momencie zaczęło wszystko dziać się bardzo szybko.. Jedziemy jakimś autobusem do hali przylotów. Jeszcze nie zdążyliśmy się zorientować w sytuacji a już nas wołają pokazując tabliczkę wspólną dla TUI i ScanHoliday. Zdążyłam tylko zauważyć, że wszyscy tubylcy byli bardzo uśmiechnięci co wręcz i nam się udzieliło. Przeprawa przez lotnisko była tak błyskawiczna, że nie zauważyłam kiedy już siedzieliśmy w busiku, który miał nas zawieźć do celu naszej podróży. Jeszcze przedstawiciel naszego biura tłumaczył nam co i jak…, że ładnie nas tam kierowca zawiezie a w ciągu dnia, przed południem będzie spotkanie z rezydentem, który już nas dalej poinformuje o wszystkim… Muszę tu tylko dodać, że w owym busiku było nas tylko troje (czyli ja, mój mąż i syn) no i kierowca Arab, który miał nas dowieźć w tę jeszcze noc do hotelu. Do Serenity.. Nie powiem… mieliśmy małego pietra… ale cóż „raz kozie śmierć”..

Pan kierowca spisał się na medal. Całych i zdrowych zawiózł nas na miejsce (a jechaliśmy jakieś 40 minut). . oczywiście nie obyło się bez bakszyszu…. Nie zdążyliśmy się obejrzeć a już obsługa hotelowa zajęła się naszym bagażem. Zameldowanie trwało błyskawicznie i już prowadzą nas do naszego pokoju. Cały czas jest jeszcze ciemno na dworze wiec nie możemy zobaczyć w całej okazałości naszego ośrodka. Co mnie uderzyło w pierwszym momencie… to trochę dziwny zapach powietrza. Maiłam wrażenie jakbym znalazła się na łące… raczej na pastwisku, na którym pasły się krowy. Ale to wrażenie trwało tylko przez może pierwszy dzień pobytu. A spowodowane było tym (przynajmniej tak mi się wydaje), że codziennie bardzo obficie była podlewana sztucznie nasadzona tam trawa….

Sobota

Wreszcie w pokoju. Bagaże też już są… przytachane przez kogoś z obsługi hotelowej… Zaczyna świtać… Zabawne… w ciągu pół godziny robi się całkowicie widno i nawet widać słonce… Doprowadzamy się do ładu i składu. ..Wypadałoby coś zjeść? W końcu to już ranek. Tak więc idziemy na podbój hotelu… a właściwie hotelowej restauracji. Chyba dadzą nam jeść? Nie mamy jeszcze hotelowych opasek…. Ale bez problemu… nikt nawet na to nie zwracał uwagi. Spotkanie z rezydentką. Wszystko o umówionej godzinie. Osoba bardzo kompetentna i rzeczowa. Dostajemy rozpiskę z fakultetami, numer telefonu i na tym się kończy nasze spotkanie. Teraz już będziemy kontaktować się tylko przez telefon…Nasz pokój jest dość duży i bardzo przyjemny. Usytuowany w część głównej hotelu na drugim piętrze. Mamy piękny widok na cały ośrodek i oczywiście na Morze Czerwone.

Część Główna hotelu jest położona nieco wyżej, jakby na lekkim wzniesieniu, także idąc w kierunku morza jest lekko „z górki”.
Pierwszy dzień pamiętam jak przez mgłę. Przyjechaliśmy nad ranem i w ogóle nie spaliśmy. Spędziliśmy go na zwiedzaniu hotelu… itd.

Niedziela

Po dobrze przespanej nocy w bardzo wygodnych i wielkich łóżkach postanawiamy zaplanować sobie nasz dwutygodniowy pobyt. Do wyboru mamy sporo propozycji zostawionych przez rezydentkę.

Najpierw postanawiamy pojechać do Hurghady hotelowym autobusem aby się rozejrzeć, kupić egipski starter do telefonu komórkowego…. I połazić po mieście. Ponieważ przed wyjazdem na forum o Egipcie przeczytałam jak ktoś podał dokładny opis jak i gdzie kupić sobie taki starter więc postanawiam wykorzystać tą wiedzę w praktyce. I rzeczywiście wszystko odbyło się zgodnie z opisem.

Hotelowy autobus zawiózł nas do centrum miasta. Naprzeciwko KFC miał być salon Vodafone. Był i owszem :) Poszliśmy tam. Miał być tam gościu, który najpierw daje numerki… był :) Potem jak twój numerek wyświetli się na stanowisku obsługi należało tam podejść i załatwić sprawę. Dobrze, że mój syn świetnie gada po angielsku. Tak więc kupiliśmy starter. Pan nam go ładnie załadował do telefonu… później zasilił nam numer za 200 egipskich funtów i już mogliśmy wydzwaniać po całym Egiptowie no i do Polski też rzecz jasna :) I co śmieszne w tym wszystkim to to, że do tego numeru nie było kodu pin. Można było wyłączyć i włączyć telefon bez użycia pinu..

Jakieś trzy godziny łaziliśmy po Hurghadzie. Pomimo, że miasto sprawiało wrażenie jakby wyrosło z gruzowiska czy wysypiska śmieci miało coś w sobie co urzekało.. Sprawiali to chyba żyjący tam ludzie. Wszędzie było ich pełno. Nigdzie się nie spieszyli. Samochody jeździły jak szalone. Co chwile odzywały się klaksony. W ogóle panowała tam bardzo fajna i wesoła atmosfera. Ruch i gwar. A do tego było tak cieplutko… nawet jak zapadał zmierzch. Na dzień dobry kupiliśmy fajny papirus, flakon perfum… i jakieś tam duperele.. pewnie przepłaciliśmy… ale za to jaką mieliśmy radochę trochę się targując :)
Ponieważ już mieliśmy egipski telefon postanowiliśmy poumawiać się z rezydentką na jakieś fakultety. Następnego dnia zaplanowaliśmy sobie wyprawę statkiem po morzu. Krótki telefon i jesteśmy umówieni na poniedziałek, na wyprawę :)

Poniedziałek

Nie muszę chyba nikogo przekonywać jak gorąco jest w Egipcie w środku lata. No było jakieś 50 stopni Celcjusza, lekki wiaterek od morza…. wilgotność prawie zerowa więc było całkiem znośnie :) W Polsce pewnie już bym się stopiła w takim upale. A tam wręcz przeciwnie, jakoś mi to odpowiadało i czułam się całkiem dobrze. Tym bardziej, że pół dnia można było nie wychodzić z basenów lub morza… jak kto wolał. I to słońce… nastrajało człowieka bardzo optymistycznie :)

W południe umówieni byliśmy na morską wyprawę statkiem. O umówionej godzinie podjechał po nas pod hotel taki mini busik z przystojnym przewodnikiem Arabem w środku. Na szczęście mówił całkiem dobrze po polsku więc można było sobie porozmawiać . Po drodze do portu w Hurghadzie zwinęliśmy kilku innych uczestników naszej wycieczki z innych hoteli.. Tak, że było nas więcej i od razu zrobiło się weselej. Dojechaliśmy do portu gdzie dołączyła do nas jeszcze jedna grupka turystów z za wschodniej granicy. Tak więc w tym doborowym towarzystwie wsiedliśmy na statek. Rozpoczął się nasz kilku godzinny rejs połączony z różnymi atrakcjami. Zabawiał nas „kapitan statku” taki wesoły jegomość. Co chwila coś wymyślał śmiesznego. Tak, że było bardzo wesoło i sympatycznie. Jak już dopłynęliśmy do rafy, statek zwolnił i poproszono wszystkich o zejście pod pokład. Tam przy oszklonych bokach statku mogliśmy podziwiać piękna rafę koralową… Oj tego nie da się opisać..!Ci co widzieli wiedzą w czym rzecz ….a ci co nie widzieli musza tam koniecznie pojechać i to zobaczyć :).. A żeby było ciekawej przy podziwianiu rafy nagle ,ni z gruszki ni z pietruszki, pojawił się przed naszymi oknami nurek, który zaczął stroić do nas miny i wysyłał całuski…. Karmił rybki. Więc było naprawdę ciekawie. Później poproszono nas o wejście na wyższy poziom statku gdzie miał być podany obiad przy którym miały być jeszcze jakieś atrakcje. Tak więc pierwszy raz w życiu zobaczyłam taniec derwisza. Wystąpiła też tancerka. Było przesympatycznie. Tancerze wciągali turystów do zabawy tak, że chwilami było naprawdę wesoło. Pod koniec znów wyszliśmy na górny pokład skąd podziwiać było można przepiękne widoki , panoramę Hurghady z daleka… i na sam koniec zobaczyliśmy stadko delfinów co było naprawdę miłym uwieńczeniem naszej wycieczki… i całego dnia..

Wtorek i kolejne dni…

Niektóre dni spędzaliśmy nie wychodząc z ośrodka. Tam naprawdę nie można było się nudzić. Obiekt był naprawdę duży. Rano chodziliśmy na śniadania do restauracji głównej lub czasami zapisywaliśmy się do restauracji na pięterku gdzie obsługiwał nas kelner i podawał do stołu. Jedzenia było tyle, że naprawdę nikt nie mógł tam chodzić głodny. Nie będę wymieniać potraw bo szkoda na to czasu. Wspomnę tylko, że egipskie wypieki, bułki, bułeczki, przeróżne chlebki, ciasta… itd. itp. Są po prostu „palce lizać”. Tak samo obiady… od wyboru do koloru i do smaku.. komu jak komu ale nam wszystko bardzo odpowiadało i codziennie mogliśmy skosztować czegoś innego. To samo kolacje… albo w restauracji głównej albo w tematycznej na wcześniejsze zapisy..A i zapomniałaby… przy morzu była jeszcze jedna restauracja… trochę mniejsza ale tak samo można było z niej korzystać. Poza tym przy basenach były bary gdzie pomiędzy posiłkami głównymi można było dostać coś do jedzenia. Jak np. pizze, frytki, hot-dogi ,spaghetti… itd. O napojach nie wspomnę… bo było tego tyle, że już sama nie wiem co tam było. Alkohole też się lały strumieniami :) I to wszystko w opcji ALL , a więc full wypas :)
Codziennie korzystaliśmy z basenów. Ten największy w części głównej hotelu był ze słodka woda. A właściwie był to taki kompleks jakby kilku basenów w jednym. Dwa trochę mniejsze bliżej morza były ze słona wodą.. przy każdym basenie był bar. Również nad morzem był bar. Tak więc nikt nie chodził głodny i spragniony. Wszystko na wyciągnięcie ręki… Normalnie rozpusta.Czułam się jak w bajce.. nic dodać nic ująć…!

Kolejne dni mijały bardzo szybko…. Już nie pamiętam dokładnie co w jakim się działo..Daliśmy namówić się na przejażdżkę quadami po pustyni za hotelem. Było bosko. Czułam się jak w jakimś filmie przygodowym… Na głowach arafatki, na oczach okulary… Wyglądaliśmy jak jacyś pustynni bandyci zasuwający na tych czworo kołowych motorach. Piach nam wpadał w usta, powietrze falowało od gorąca.. a my zasuwamy jak takie pustynne diabły. Coś niesamowitego. Dojechaliśmy do pięknego urwiska nad Morzem Czerwonym. Piękny widok zapierał nam dech w piersiach… ja chce tam wrócić!!!!! Następnego dnia braliśmy udział w kolejnym fakultecie o nazwie Badaway – pustynna wyprawa. Też były quady.. ale też trochę innych atrakcji jak przejażdżka wielbłądem, konno czy gokardami. Przerwa na obiad. A później pędziliśmy jee’pami przez pustynie do Wioski Beduińskiej. Na koniec występy i późnym wieczorem wracamy do hotelu. Jeszcze zdążyliśmy na późną kolację..
Resztę tygodnia spędzamy na leniuchowaniu na terenie ośrodka. Czas poprawić opaleniznę, popływać, pospacerować. Pomądrować się z hotelowymi sklepikarzami, którzy chcieli by zedrzeć skórę z turystów. Generalnie dzień mija na kąpielach zarówno słonecznych jak i wodnych. A wieczory po kolacji na animacjach w amfiteatrze lub przy drinku lub piwku w barze…

Mija tydzień..

Zaprzyjaźniamy się z panami, którzy codziennie sprzątają nam pokój i układają fajne zwierzaczki z ręczników. Są naprawę sympatyczni… za każdym razem jak się widzimy mówią do nas : „cześć „ i „jak się masz?” Oczywiście odwzajemniamy im się kładąc na łóżku codziennie dwa banknoty jedno dolarowe….

Sobota

W południe wybieramy się na wycieczkę objazdowa po Hurghadzie.. Czuje, że dopadł mnie lekki „faraon”… ale jakoś daję rade :) W miejscowej aptece zaopatrujemy się w kilka opakowań antinalu .. tak na wszelki wypadek..… później bardzo się przydał :) Objeżdżamy Hurghade wzdłuż i wszerz. Zaglądamy do Meczetu. Nie możemy tam niestety wejść :) Nasz przewodnik Arab gada po polsku jak nakręcony. Trzeba dobrze się wsłuchać żeby go zrozumieć. Odwiedzamy taki duży sklep z papirusami.. a później inny z różnymi pierdołkami gdzie kupujemy kilka na pamiątkę.. (jakieś koraliki… przyprawy…. Itd. ).. Mamy trochę czasu wolnego i łazimy po mieście… Generalnie jest bardzo sympatycznie……… miło spędzamy czas…

Niedziela

Dziś jedziemy do Luxoru… 6-sta rano. Czekamy przed hotelem na transport. W hotelowej recepcji dostaliśmy torby śniadaniowe.
My i parę innych osób zebranych z innych ośrodków jedziemy do Safagi gdzie formuje się konwój. Tam przesiadamy się do większego autokaru. Jadą z nami Irlandczycy. ..

Na dworze upał a w autokarze przyjemnie bo działa klima. Jedziemy z zawrotna prędkością. Przed nami kilku godzinna podróż. Fajnie to wszystko wygląda. Jedziemy w kolumnie bardzo wielu autokarów. Niektóre wyprzedzają się wzajemnie. ..
Za oknami pustynny krajobraz. Ale nie jest to taka rozległa równina tylko raczej górzysty teren. Znów czuję się jak na jakiejś egzotycznej wyprawie… Po ok. 2 godzinach konwój zatrzymuje się. Mamy chwile na rozprostowanie kości i skorzystanie z (płatnej 1 funta) toalety. Jest także barek… można coś zjeść i wypić kawę.. Ale nie ma no to zbyt wiele czasu. Jak spod ziemi wyrosła tu grupka tubylców, która próbuje zarobić na turystach parę groszy. A to chcą się z tobą fotografować, a to proponują przejażdżkę wielbłądem.. czy nawet na osiołku :).. Czy sprzedają jakieś gadżety.. Życie w tym miejscu toczy się od konwoju do konwoju..

Koniec przerwy. Konwój rusza dalej. Krajobraz się zmienia. Za oknami coraz częściej widać jakieś zabudowania. Czasami trudno rozróżnić czy to kurnik czy mieszkanie, w którym mieszkają ludzie.. Jedziemy wzdłuż jakieś rzeki. Ale nie jest to jeszcze najdłuższa rzeka świata Nil.. Widać, że wzdłuż tej rzeczki toczy się jakieś życie. Co chwilę widać jakieś osady, czy wioski.. i większe lub mniejsze grupki ludzi.. Im bliżej celu tym osady są większe i większe skupiska ludzi. Zmienia się krajobraz na bardziej zielony. Rośnie trawa, jakieś krzaki, palmy.. widać pola uprawne..

A za oknami uśmiechnięci mieszkańcy tej ziemi, którzy machają nam na powitanie.. pomimo biedy jaką tam widać na każdym kroku ludzie chodzą uśmiechnięci i przyjaźnie nastawieni do świata. Zauważyłam też, że na czas konwoju jest zatrzymywany ruch na ulicach. Chyba to policja turystyczna czuwa nad bezpieczeństwem przejazdu. W ogóle pełno tu co jakiś kawałek punktów kontrolnych. A policja jest po zęby uzbrojona.. Zbliżamy się do celu…. Widać Nil… najdłuższą rzekę świata :)
Jesteśmy w Luxorze. Irlandzka grupa przesiada się do innego autokaru….

Po krótkim instruktarzu naszego przewodnika Araba mówiącego świetnie po polsku. Trzeba było jednak słuchać go z uwagą i w skupieniu, żeby dobrze go zrozumieć. Ruszamy na podbój egipskich skarbów cywilizacji..
Na pierwszy ogień idzie Zespół Świątynny w Karnaku. Znajduje się on jakieś 2,5 km na północ od Luxoru. Znajduje się tam zespół świątyń wzniesionych w różnym czasie. A centralne miejsce zajmuje tam największa na świecie świątynia z salą kolumnową.

Musimy wszyscy trzymać się razem, żeby nie pogubić się w tym tłoku turystów. Wejście na teren Karnaku jest za okazaniem biletów. Dostajemy je od naszego przewodnika. Uzbrojeni w nakrycia głowy, okulary, butelki z woda i kamery lub aparaty fotograficzne ruszamy na zwiedzanie tej wspaniałej świątyni a właściwie tego co z niej zostało. Jest bardzo gorąco. Jeszcze bardziej niż w ośrodkach nad morzem. Podobno temperatura dochodziła do 60-ciu stopni. Dziwię się tylko, że nie ugotowaliśmy się jak jajka na twardo)..

Sala kolumnowa sprawia wielkie wrażenie. Kolumny sięgają nieba. Wszędzie widać pismo obrazkowe.. i jakieś inne hieroglify..
Żeby nie gwar turystów można by było przenieść się na chwile w czasie i wyobrazić sobie czasy faraonów.. i toczące się tu normalne życie.. Niee no wrażenia są niesamowite. Nie potrafię ich ubrać w słowa. Po prostu się nie da… Tam trzeba być, trzeba to zobaczyć … dotknąć tych głazów, kolumn… itd.

Na jednej z kolumn widzimy napis: „K. Wróblewski 1850 rok”. Z tego co powiedział nasz przewodnik był to polski archeolog, który uczestniczył w pracach renowacyjnych w Karnaku. Nie był to zresztą jedyny polski akcent na naszej drodze zwiedzania..
Pora na obiad. Jedziemy do jakiegoś hotelu położonego nad Nilem. Przygotowano tam dla nas obiad.
Po obiedzie mamy okazje popływać po Nilu… ale nie wpław, tylko łodziami motorowymi. Wow jaka frajda… pływać po najdłuższej rzece świata )

Wysiadamy na drugim brzegu gdzie już czeka na nas nasz autokar. Jedziemy przywitać się z kolosami Memnona. Jakiś starszy Arab robi tam chyba za statystę bo wszędzie pchał się w obiektyw. Czas nas goni a jeszcze tyle do zwiedzania. Lądujemy w fabryce alabastru. Kto chce może coś kupić. Niektórzy usilnie się targują… i kupują alabastrowe figurki, dzbanuszki… itd.
Jedziemy dalej. Przed nami Świątynia Hatshepsut. Widzimy ją już z daleka. Imponujący widok.

Świątynia ta nazwana została Świątynią Milionów Lat, to egipska budowla sakralna zbudowana u stóp gigantycznej ściany skalnej w Tebach jako świątynia grobowa królowej Hatszepsut. W dużej części wykuta jest w skale…
Tam jest chyba najbardziej gorąco. Sama nie wiem jak to wytrzymujemy? Ledwo wchodzimy na górę po niekończących się schodach.. I tu znajdujemy polski akcent. Polsko egipskiej misji archeologicznej..

Jeszcze jedno miejsce mamy do zwiedzenia. Jest nim Dolina Królów. Jedziemy tam.. Jest to miejsce spoczynku królów egipskich. Pierwszym faraonem, który nakazał wybudować sobie grobowiec w tej dolinie był Totmes I a ostatnim Ramzes XI. Grobowce w Dolinie to wykute w skale kompleksy grobowe. Niestety już w czasach faraonów niektóre grobowce zostały otwarte, ograbione i splądrowane. Dlatego też już w czasach faraonów zdarzały się sytuacje przenoszenia mumii w inne miejsce aby nie uległy zbezczeszczeniu. Współczesnym badaczom udało się odnaleźć tylko jeden nie splądrowany grobowiec, Tutanchamona. Na jedną wejściówkę można obejrzeć tylko 3 grobowce. Niestety grobowiec Tutanchamona jest dodatkowo płatny. Ale już za mało czasu aby wszystko obejrzeć.. Największe wrażenie wywarły na mnie w tych grobowcach całe ściany w pismach obrazkowych. Niesamowite, że przetrwało to do naszych czasów…

Z wielkim niedosytem, wyczerpani upałem znajdujemy wytchnienie w klimatyzowanym autokarze. Tak czy owak musze tam wrócić… Choćby nie wiem co!!! Do hotelu wracamy późnym wieczorem… Na szczęście udaje nam się załapać na późną kolacje.

Poniedziałek

Dziś nie robimy nic… tylko się lenimy… wypoczywamy, opalamy się albo leżymy w wodzie :)..W środku nocy mamy kolejny wyjazd… Tym razem Kair! Należy dobrze wypocząć, zrelaksować się bo czeka nas ciężka wyprawa… istny maraton.
Później okazuje się, że nie wszystkim dane będzie wziąć w tym udział.. Na kilka godzin przed wyjazdem mojego męża dopada „wściekły faraon”… dobrze, ze wcześniej zaopatrzyłam się w antinal:) No cóż, trudno… jedziemy sami.. tzn. ja i mój syn..
O 1:00 w nocy zaopatrzeni w torby śniadaniowe i kilka butelek wody.. i inne rzeczy ładujemy się do busika, którym mamy dojechać do El Gouny.. gdzie przesiadamy się do właściwego autokaru .

Tym razem towarzyszą nam Francuzi, którzy później dołączą do swoich w Kairze… Formuje się konwój.. wszystko dzieje się bardzo sprawnie i szybko. Autokary ruszają… jest ciemna noc. Tym razem jedziemy na północ wzdłuż Morza Czerwonego. Do Luxoru jechaliśmy na południe Egiptu.. Krajobraz cały czas taki sam……… bezkresna pustynia.. Z jednej strony morze a z drugiej teren pustynno górzysty. Wszystkie drogi w Egipcie są chyba jednokierunkowe bo nie zauważyłam nawet mijających się pojazdów.. Jedziemy tak do samego rana.. Całe szczęście, że w autokarach maja toalety:). Nad ranem stajemy na jakimś postoju.. Czas na rozprostowanie gnatów i toaletę. Zaczyna świtać..Jest ciepło ale wieje wiaterek, który przyjemnie chłodzi..
Ruszamy dalej. Morza już nie widać… Zmienia się krajobraz…

Wtorek

Wjeżdżamy do Kairu.. największego miasta w Egipcie. Imponujące wrażenie.. jakby na kupie gruzów wyrastały wielkie nie dokończone domy.. Samochody jeżdżą jak chcą i gdzie chcą, i trąbią ile chcą.. Na wstępie zatrzymujemy się na chwilkę przy jakimś punkcie widokowym… skąd widać jak na dłoni panoramę Kairu.. Francuzi dołączają do francuskiej wycieczki. Wsiada do nas przewodnik po Kairze. Arab, bardzo mądry człowiek. Ma za żonę Polkę, dobrze mówi po polsku, z wykształcenia historyk… niestety nie pamiętam jego imienia.. Kair oglądamy przez szyby autokaru, którym podążamy w kierunku Gizy do Piramid.. Widać je z daleka.. Po drodze fajny widok.. W środku Kairu na jakiejś łączce pasą się kózki... To jest możliwe tylko w Afryce :) Ale nasz wzrok przyciągają już Piramidy… widać je z daleka.. piękne i dostojne zapraszają do zwiedzania.
Stoję pod piramidą.. ale widok :) Niesamowite… Dotychczas widziałam je na fotografiach, czy w Tv.

Ponieważ teren z piramidami jest dość rozległy objeżdżamy je w koło zatrzymując się co jakiś kawałek aby móc wyjść z autokaru… zobaczyć je na spokojnie, zrobić fotki..itd. na koniec robimy sobie pamiątkowe grupowe zdjęcie pod Sfinksem.. Jesteśmy pod wielkim wrażeniem tych budowli. Tyle tysięcy lat stoją ciągle na tym samym miejscu… kto by pomyślał?
Nasz przewodnik po Kairze jest niesamowity… buzia mu się nie zamyka prawie wcale… opowiada jak najęty i to bardzo ciekawie.. Mój syn nie odstępuje go na krok… chłonie każde jego słowo.

Czas tak szybko leci a chciało by się dłużej tu pozostać. Czas na obiad. Wszyscy głodni jak wilki. Jedziemy nad Nil. Obiad zjemy na statku… Znów czuje jakby chciał mnie dopaść „faraon” ale się nie daje, jestem mocniejsza od niego. Na wszelki wypadek nie objadam się. Zażywam antinal. Pijemy dużo coli, która rzeczywiście ma zbawienny wpływ na organizm… Ale tak się dzieje tylko w Egipcie.. Niesamowite wprost.. Po obiedzie zamawiamy sobie kartusze ze złota z wygrawerowanymi imionami ale pismem obrazkowym u naszego przewodnika. Dostajemy je pod koniec naszej wycieczki po Kairze.Po obiedzie czas na Muzeum Kairskie. Szkoda, że nie można było tam robić zdjęć ani filmować stanowczo za krótko tam byliśmy! Muzeum strzeżone lepiej jak niejedna twierdza.. Wszędzie pełno policji i tajniaków, którym z za poły marynarki całkiem jawnie wystawały giwery. Wyglądało to całkiem zabawnie. Zanim weszliśmy do środka trzeba było dwa razy przechodzić przez komorę celną. Najpierw przy bramie wejściowej na teren muzeum… a później jak już wchodziło się do środka budynku. Strasznie duszno było w środku. Spędziliśmy tam chyba ze dwie godziny albo i dłużej. Nasz przewodnik tak nas popędził przez te muzeum, że zobaczyliśmy chyba wszystko co tam było do zobaczenia.. nawet był czas żeby zajrzeć do dodatkowo płatnej Sali z prawdziwymi mumiami.

Oj czego tam nie było! … Nie będę wymieniać! Ci co byli wiedzą.. a ci co nie byli niech jada bo naprawdę warto zobaczyć to wszystko. A najbardziej wpadła mi w oko maska Tutanchamona.. cała ze szczerego złota ..Bardzo wyczerpująca jest ta wizyta w Kairze… ale to jeszcze nie koniec. Jedziemy do prawdziwej perfumerii. Trochę czasu na wypoczynek. Jakiś gościu zachwala wszystkie zapachy… omawia różne perfumy itd.… Nikt go za bardzo nie słucha.. ale jest fajnie.. bo Klima i siedzimy wygodnie na kanapach:).. Zbliża się wieczór..a jeszcze miał być jakiś bazar ale już chyba nikt nie ma na niego ochoty. Jednak zatrzymujemy się tam na chwilkę.. później dołączają do nas nasi Francuzi.. Czas wracać.. Oglądamy jeszcze miasto z okien autokaru… robimy ostatnie fotki .. Żegnaj Kairze! Wrócę tu jeszcze!! Czuje niedosyt.. Droga powrotna już bez konwoju.. w kilka tylko autokarów.. zatrzymujemy się w tym samym miejscu co rano.. kupujemy w sklepiku za kosmiczna cenę jakieś chipsy i ciastka (bo niczego innego w tym sklepiku nie mieli).. a jesteśmy już głodni… tylko wody mamy pod dostatkiem..
Czas się dłuży w tej podróży. Spać się nie da, głowa się kiwa.. W końcu dojeżdżamy w środku nocy do El Gouny gdzie czeka na nas nasz busik, który powiezie nas do naszego Hotelu.. Mężu żałuj, że nie byłeś z nami!

Środa

Już prawie kończy się nasz czas w Egipcie. Jesteśmy mocno opaleni, pełni wrażeń. Już nigdzie nie wyjeżdżamy na żadne fakultety. Ostatnie dwa dni spędzamy w ośrodku. W piątek mamy wylot..
Dziś wieczorem zafundowaliśmy sobie jeszcze kolacje przy świecach w restauracji rybnej. Było sympatycznie.. taki wieczór pożegnalny z Egiptem.

Czwartek
Ostatni dzień. Czas kończyć to opowiadanie… Hotel Serenity Makadi Bay, w którym spędziliśmy te dwa tygodnie naszych wakacji będziemy zawsze mile wspominać. Jest to naprawdę bardzo śliczny i miły resort. Polecam każdemu kto chciałby tam pojechać. Przez cały czas nie było chwili abyśmy się tam nudzili. Zawsze działo się coś ciekawego.. Spotkaliśmy tam wielu Polaków.. Wbrew opiniom na tym forum nikt nie siał wiochy.. wszyscy dobrze się bawili i zachowywali z kulturą..
Pomimo dużego upału czułam się tam naprawdę dobrze. Chyba to słońce nastrajało mnie tak dobrze i optymistycznie 

Piątek

Czas się pakować o 12-stej trzeba zdać pokój.. o 15-stej transfer na lotnisko do Hurghady.
Rano idziemy jeszcze na śniadanie.. O 12-stej zdajemy pokój zostawiając jak zwykle dwie dolarówki na poduszce..
Zostawiamy bagaże pod opieka przy recepcji.. a sami ładujemy się na wygodne kanapy w lobby.. Mamy jeszcze trochę czasu do wyjazdu… Idziemy na obiad.. Siedzimy trochę dłużej niż zwykle.. Ostatni rzut oka na cały ośrodek… na morze.. Mamy transport… jedziemy na lotnisko… po drodze zbieramy jeszcze naszych współpasażerów z innych hoteli po drodze.. Jesteśmy na lotnisku… odprawa… ostatnie zakupy na strefie bezcłowej i ładujemy się do samolotu.. Lot trwa bez zakłóceń… Samolot linii AMC Airlines bezpiecznie ląduje w Poznaniu.. Jest już noc.. Szara, bura rzeczywistość… choć to jeszcze środek lata……….

------------------------------------

W Egipcie urzekło mnie wiele rzeczy. Przede wszystkim to, że poczułam się tam jak w innym świecie. Jak w świecie trochę nierzeczywistym,… świecie z bajki.

Wszystko mnie tam fascynowało. Bezkresna pustynia.. niekoniecznie równa tylko pofałdowana a miejscami wręcz górzysta. Jeżdżąc po niej quadami czułam się jakbym brała udział w jakimś filmie przygodowym. .. Te niedokończone domy w miastach. Prawie wszystkie wyglądały jakby w nie piorun strzelił. Z niektórych wystawały jakieś pręty. Niektóre kondygnacje wysokich budynków stały jakby nie dokończone… jeszcze w stanie surowym… A niektóre szczelnie zabudowane z oknami… i mieszkali tam ludzie.. U nas takie coś byłoby nie do pomyślenia nawet. Z opowieści przewodników dowiedziałam się, że domy buduje się tam wielopokoleniowo. Każde kolejne pokolenie w rodzinie dobudowuje sobie wyższe piętro, dlatego też domy te wyglądają jakby były ciągle w budowie pomimo, że na niższych piętrach mieszkają już ludzie..

Jest to kraj wielu kontrastów.. Z jednej strony bieda a z drugiej bogactwo. Wypasione ośrodki turystyczne, które są własnością jakichś bogatych bosów.. Wszystko tam jest na bardzo wysokim poziomie. Obsługa dwoi się i troi, żeby turyści byli zadowoleni i miło spędzali czas.

Z innych atrakcji zafascynował mnie taniec derwisza.. Widziałam ich kilka. Pierwszy raz na statku, którym pływaliśmy po Morzu Czerwonym.. Później na pustynnej wyprawie Badaway.. Innym razem przy jakichś animacjach w hotelowym amfiteatrze i na koniec na wieczorze przy świecach w rybnej restauracji. Tańczył tam mały chłopiec może ok. 7 letni. Była taki słodki z wyglądu a wzrok miał bardzo już dorosły. Pomimo tak młodego wieku… tańcem pewnie zarabiał na rodzinę… Tak się wszystkim spodobał, że po skończonym tańcu wielu podbiegło do niego z drobnym napiwkiem.. My oczywiście też :)
Chodzi mi po głowie jedna myśl odnośnie tańca derwisza..A właściwie wirującego derwisza. Za każdym razem jak oglądałam ten taniec… układ choreograficzny był taki sam. Zastanawia mnie jedna rzecz… Co tancerz chciał przekazać swoim tańcem? Bo nie ulega wątpliwości, że tańcem chciał przedstawić jakąś historie. Może ktoś wie i mi odpowie na to pytanie?? Byłabym wdzięczna :)

…..
Badaway – pustynna wyprawa

W katalogu Scana napisano, że jest to niezapomniana przygoda na pustyni dla dzieci i dorosłych łącząca w sobie wypoczynek i zabawę. I rzeczywiście była to niezapomniana przygoda… Był to dzień pełen wrażeń… Wzięliśmy w tym udział w pierwszy tygodniu naszego pobytu w Egipcie. Koszt ok. 50$ od osoby. Wyjazd na tę imprezkę mieliśmy zaraz po śniadaniu z naszego hotelu. Gdzieś w okolicach Hurghady jest taka jakby wioska, w której się to wszystko odbywa. Najpierw wylądowaliśmy jakby na jakimś ranczo, gdzie pod wielkim zadaszeniem stało mnóstwo quadów. Ponieważ nasza grupka była chyba pierwsza więc musieliśmy poczekać na resztę uczestników naszej wycieczki. Siedzieliśmy sobie pod taką fajna wiatą (czy jakby wielkim szałasem)pokrytą chyba trzciną. Nawet nie myślałam, że takie „pomieszczenia” dają ochłodę od tego wielkiego upału jaki panuje w środku lata w Egipcie. Zauważyłam, że pod sufitem tego jakby szałasu pozawieszano całe wiązki czosnku.. Ciekawe po co??

Dojechali kolejni uczestnicy naszej imprezki. Poproszono nas o założenie na głowy arafatek… Jak ktoś nie miał mógł zakupić w sklepiku, który się tam znajdował. Ok.. wszyscy gotowi.. przydzielono nam quady.. Dobrze, że dzień wcześniej mieliśmy już mała zaprawę na tych maszynach w naszym hotelu). Mały instruktarz przewodnika i ruszamy gęsiego poza teren tego „rancza”. Jedziemy na pustynię. Najpierw kilka rundek w kółko, chyba dla wprawy i po to, żeby można było zrobić fotki… a później ruszamy na pustynie. Musimy jechać gęsiego… ale jedziemy dość szybko. Na początku i na końcu jedzie jakiś przewodnik… pilnują nas żeby nikomu nic się nie stało i żeby nikt nie zboczył z trasy. Dopiero by było gdyby się ktoś zgubił… ciekawe jakby wrócił? Na pustyni traci się kompletnie orientacje w terenie. Wszystko jest takie same, żadnego punktu zaczepienia.. przynajmniej dla mnie. Bo miejscowi to już na pewno mają swoje sposoby, żeby tam się nie pogubić. Ci co byli na takiej przejażdżce wiedza jakie to uczucie gnać na tych maszynach przez pustynie w ok. 50-cio stopniowym upale. Ale jest to coś niesamowitego i niezapomnianego. Naprawdę warto, jeśli tylko ma się dobre zdrowie i trochę chęci przeżycia takiej przygody.. Jedziemy tak sobie przez ta pustynię nie wiadomo dokąd. Gdzie tylko spojrzeć sam żwirkowaty piach. Teren nie jest wcale równy tylko jakiś lekko pagórkowaty. Czas jakby się zatrzymał… mogłabym tak jechać i jechać… szkoda tylko, że nie ma tam jakiejś oazy… No ale co to?.. Wracamy już do naszego rancza.. Chwila przerwy i wsiadamy do autokaru… Jedziemy do jakiegoś innego „rancza”.. trochę mniejszego… jest tam trochę więcej takich jakby „szałasów” gdzie można sobie posiedzieć na wygodnych siedzeniach i odpocząć od upału. Mamy małą przerwę. Można wypić kawę, napełnić butelki wodą mineralną.. skorzystać z łazienki. Fajnie to wszystko zorganizowane… Gdzieś z głośników leci egipska muzyka… Jest czas nawiązać znajomości z uczestnikami te wyprawy.. No ale czekają nas dalsze atrakcje. Wychodzimy poza teren tego „gospodarstwa” czy „domostwa”. Tam mamy okazje pojeździć konno i na wielbłądach.. porobić sobie fotki. Potem jeszcze jeździmy gokartami.. Miło spędzamy czas.. choć upał daje się we znaki.

Czas na przerwę i obiad. Wracamy do naszych szałasów gdzie piliśmy kawkę.. teraz podaja nam obiad. Najedzeni po krótkim wypoczynku zapraszają nas do jeepów. Jedziemy do wioski Beduińskiej. Po bezkresnej pustyni pędzi kilkanaście jeepów. Nie jadą gęsiego ale raczej równolegle w wielkich odstępach. Jedziemy ponad 100 km/h. Ale frajda… trochę nas trzęsie… czasami podskakujemy na jakimś większym kamyku :).. Ale jest naprawę super, jedziemy tak ok. pół godziny albo i lekko dłużej. Za nami zostawiamy Morze Czerwone a przed nami jakieś góry ale nie znam nazwy. Widok jest imponujący. Dojeżdżamy do wioski. Ale nie wygląda mi to na wioskę. Tylko raczej przypomina jakiś przystanek kolejowy na pustyni :) Siedzimy sobie pod takimi zadaszeniami… podaja nam jakąś herbatkę. Przewodnik coś tam nadaje ale już mi się go nawet słuchać za bardzo nie chce. Po jakiejś pół godzince robimy obchód tej niby wioski. A jest gdzie chodzić bo teren jest bardzo rozległy. Najpierw idziemy do studni. Daleko ta studnia… aż na obrzeżu gór. Nie wygląda na to, żeby była tam woda. Ale jakimś cudem naszemu przewodnikowi udaje się z niej wyciągnąć trochę wody..Na terenie tej „ wioski” znajduje się najmniejszy meczet w Egipcie.. Ale nie wpuszczają nas do środka.. Jest tam też śmieszny gołębnik i zagroda ze zwierzętami.. Ciekawe tylko czym oni karmią te zwierzęta skoro nic tam nie rośnie? .. Wchodzimy na taki zadaszony taras, który pełni chyba rolę takiego jakby miejsca obserwacyjnego . Jakby punkt centralny wioski. Siedzimy tam sobie chwile i odpoczywamy. Na koniec idziemy zobaczyć jak wypieka się takie cienkie placuszki. Jakaś Egipcjanka robi to bardzo sprawnie. Wałkuje ciasto takim cienkim wałkiem. Później kładzie je na rozgrzanym blacie nad paleniskiem. I za chwile kosztujemy tego całkiem smacznego „chlebka”.. Jeepami wracamy do miejsca skąd wyjechaliśmy. Czeka nas jeszcze jedna atrakcja. Wieczorne show.

Zaczyna się ściemniać. W ciągu dosłownie pół godziny robi się ciemno. Teraz siedzimy na pufach dookoła okrągłej sceny. Za chwile rozpocznie się wieczorne show. Będzie to fakeer show, kobra show, taniec derwiszy, i taniec brzucha. Gdzieniegdzie ktoś pali wodna fajkę.. Wieczór upływa dość miło. Po występach wracamy do hotelu. Jesteśmy cali zakurzeni. Najlepiej by było od razu wrzucić się do jakiegoś basenu żeby zmyć ten pustynny pył. Ale idziemy najpierw na kolacje. Jesteśmy głodni jak pustynne hieny.. dopiero później kąpiel i kładziemy się spać… Dzień był pełen wrażeń. Szybko zasypiamy……….

Serenity Makadi Heights

Wiem, że są jeszcze większe i bardziej okazalsze hotele w Egipcie.. ale ten jak na mój pierwszy raz i tak wydawał się wielki i jak z bajki. Od budynku głównego do samego morza jest spory kawałek drogi. Tak na „oko” to będzie chyba z pól kilometra (niech mnie ktoś poprawi jeśli ocenia to lepiej ode mnie ). Przed budynkiem głównym (tez jakieś pół kilometra albo i lepiej) zaraz za brama wjazdową gdzie stali strażnicy pilnujący kto wjeżdża i wyjeżdża z obiektu znajdowały się budynki Sport również dla turystów. Z tego co zdążyłam się zorientować to lokowali tam turystów, którzy mieli wykupione wczasy z tych „gorszych” biur podróży. Generalnie pokoje były tam takie same jak w całym obiekcie z tą różnicą, że nie było ani balkonów ani tarasów. Nie było też tam basenów i restauracji. Do części głównej jeździł od wczesnych godzin rannych do późnego wieczora hotelowy busik. Tak, że mieszkańcy Sportu mogli cały czas korzystać z tej dogodności bo gdyby mieli iść piechotką w tym upale to mieli by naprawdę przerąbane :)..

Tak czy owak cały ośrodek zrobił na mnie ogromne wrażenie. Bardzo dobrze się tam czułam.
W budynku głównym znajdowała się recepcja, restauracja główna i chyba dwie tematyczne. Był też bar, bilard a na pięterku pomieszczenie gdzie wieczorkiem odbywały się dyskoteki. Był tam tez mały pasaż handlowy.. a nawet gabinet lekarski. Obok pasażu handlowego było też takie miejsce gdzie można było znaleźć informacje ze swojego biura podróży i odbywały się tam spotkania z rezydentami.

Obok budynku głównego było takie zadaszone miejsce z poduchami i pufami , i tymi fajnymi egipskimi dywanikami gdzie wieczorkiem można było odpalić sobie sziszę. Przed restauracją gówną niektórymi wieczorami odbywało się barbecue coś w rodzaju przyjęcia na świeżym powietrzu. Oj czego tam nie było..! Zamiast iść na kolacje można było brać udział w tym przyjęciu. Co kto wolał.. bo kolacja też odbywała się normalnie. Oczywiście gdzieś w tle leciała egipska muzyka. Było naprawdę bardzo przyjemnie. Można było zakosztować bardzo dużo różnych egipskich potraw, wypić egipskie piwo… w ogóle przyjemnie spędzić czas. Wieczorem to dopiero zaczynało się tam życie towarzyskie. Baseny były pięknie podświetlone.. nawet większość palm miała podświetlenie.. Tak, że pomimo egipskich ciemności w Serenity można było się czuć jak w jakimś zaczarowanym świecie..

W ogóle czułam się tam iście po królewsku. Obsługa dwoiła się i troiła, żeby dogodzić turystom. Zawsze usłużna i przyjaźnie nastawiona do wszystkich. Staraliśmy się zawsze jakoś odwzajemniać to ich zaangażowanie.. czy drobnym bakszyszem, przede wszystkim uśmiechem a i czasem krótka rozmową.

Wiele osób na forum pisało, że często trzeba było tam walczyć o leżaki. Fakt były prawie wszystkie pozajmowane od samego rana. Ale my nie widzieliśmy w tym problemu. Codziennie można było wypożyczyć ręcznik plażowy. I my kiedy chcieliśmy się trochę poopalać to braliśmy te ręczniki i rozkładaliśmy na trawie, która była tak miękka i delikatna jak nowy dywan. Zresztą dużo czasu nie spędzaliśmy na opalaniu się bo baliśmy się poparzeń. Tak, że opalenizna wyszła nam całkiem niezła )
Plaża w Serenity może nie była zbyt imponująca (trochę mała jak dla mnie)… Ele za to była inna niż nasz Bałtyk. Woda cudownie ciepła i czysta… i słona jak nie wiem co :).. Mnóstwo kolorowych rybek. Od brzegu był spory kawałek gdzie można było brodzić po kolana a przeróżne rybki pływały koło nas. Tu zaznaczam, że trzeba było mieć specjalne buty do brodzenia, żeby nie pokaleczyć sobie stóp. Żeby móc popływać czy posnorkować trzeba było wejść na pomost i dojść do końca gdzie było zejście już do głębszej części morza.. Tam dopiero było co oglądać snorkując.. Tak, że maska do nurkowania i fajka do oddychania obowiązkowo ?)) . . . . .

W ciągu dnia , pomimo żaru lejącego się z nieba nie można było się nudzić. Basenów było tyle, że praktycznie na każdym kroku był jakiś basen dla ochłody :).. Przy największym basenie (ze słodką wodą) był większy bar gdzie pomiędzy posiłkami serwowali jakieś jedzenie.. a to pizze, a to spaghetti czy hot dogi.. albo jakieś warzywa na ciepło (głównie marchewka, brokuły, fasolka..itd). Oczywiście nie wspomnę o napojach.. kawa, herbata, cola, piwo… drinki.. itd. itp.… lody.. Tak, że można było tam siedzieć cały dzień.. nie wychodząc z wody. .. albo z baru :) Bliżej morza były dwa mniejsze baseny ze słona woda i mini barkami… gdzie były tylko napoje i robione soki ze świeżych owoców.. przy plaży kolejny bar z napojami i alkoholem.. oraz z boku restauracja gdzie można było korzystać ze wszystkich posiłków.. Jak ktoś mieszkał bliżej plaży to nie musiał zasuwać do restauracji głównej na posiłki tylko mógł korzystać z tej przy plaży..

Na posiłki chodziliśmy do restauracji głównej. Czasem zapisaliśmy się do tematycznej… włoskiej czy orientalnej (śniadania lub kolacje) wtedy to kelner uwijał się przy tobie. Pilnował, żeby ci niczego nie zabrakło.. dolewał wina.. paliły się świece.. było przyjemnie).. To przy kolacji. Przy śniadaniach było podobnie tylko oczywiście bez wina i świec.. Obiady serwowano tylko w głównej.. Było tyle dań, że nie sposób zliczyć. Królowały kasze (kuskusy), ryże i makarony. Ziemniaki też były ale w postaci zapiekanej. Dużo warzyw na ciepło: marchewka, brokuły, fasolka, groszek.. nadziewane pomidory czy papryka.. i jakieś ichnie warzywa, których nazwy nawet nie znam. Surowe warzywa pod postacią różnych sałatek też były (ale tego staraliśmy się unikać). Również dla mięsożernych było mięsko tylko nie wiem z jakiego zwierzaka… może wielbłąda lub jakiegoś osła?? Czasem trochę twardawe… ale dało się to wszystko zjeść…Oczywiście mięsko z kurczaka tez można było dostać.. no i zawsze jakieś dwa rodzaje zupy.. Dania raczej się powtarzały codziennie… ale było tego tyle, że codziennie można było zrobić sobie inną kompozycje na talerzu. Na śniadaniach jeszcze można było dostać przepyszne naleśniki smażone na bieżąco przez kucharza. Można je było polać jakimś słodkim sosem np. klonowym czy czekoladowym… albo posypać jakąś posypką np. kokosową.. Były też gotowane jajka i twarogi… gorące mleko i płatki… nawet jakieś wędliny tam widziałam.. dżemiki , masełka.. jogurty, soki owocowe… oczywiście wszędobylska kawa i herbata .. Bułki bułeczki, chlebki różnego rodzaju.. kolacje podobne do obiadów.. dodatkowo pełno deserów i ciasta (przy obiedzie również)…Oj full wypas… Trzeba było naprawdę uważać żeby się nie przejeść i nie złapać z obżarstwa zemsty faraona. Wody do picia czy rożnych napojów i soków było zawsze pod dostatkiem z takich dystrybutorów… Również piwo i wino bez ograniczeń.. Drinki czy inne alkohole w barze obok restauracji albo w barze przy głównym basenie lub przy plaży. W sumie w tym upale w ogóle nie chciało się pic alkoholi… dopiero wieczorkiem można było sobie cos wypić jak już słońce nie dawało się tak we znaki.. Dodatkowo w pokojach były czajniki, i na bieżąco uzupełniany zapas kawy, herbaty cukru i śmietanki do kawy. W korytarzach stała zawsze świeża woda mineralna w takich dystrybutorach.. wiec można było brać sobie do czajnika czy po prostu do picia :) . . . . .
  • podaj adres e-mail odbiorcy *
    Jeśli wiadomość chcesz wysłać do większej liczby odbiorców adresy oddziel przecinkami.
  • podaj swoje imię
    podaj swój e-mail *

    Pola oznaczone gwiazdką (*) są obowiązkowe
Wyślij