Nastające za oknem szarugii i tęsknota za slońcem spowodowały, że zaczeliśmy myśleć o spędzeniu dwóch tygodnii w jakimś egzotycznym miejscu. Wybór padł na Wyspy Kanaryjskie, a zachęta mojej koleżanki z dawnych lat, która tam mieszka zawyrokowała – Teneryfa. Niestety nie mieszkamy teraz w Polsce, a lokalne oferty nie są wcale cenowo atrakcyjne, więc postanowiliśmy organizować wszystko na własną rękę. Lecieliśmy Iberią, a tani hotel w San Eugenio (w okolicach Costa Adeje i Playa de las Americas) pomogła nam załatwić wspomniana koleżanka.
Teneryfa jest ogromnie ciekawą wyspą z taką ilością atrakcji, że w końcu mało czasu spędziliśmy leżąc na plaży. Aby móc spokojnie ją zwiedzić, postanowiliśmy wynająć samochód (około 200Euro za 10 dni – Citroen Saxo z pełnym ubezpieczeniem). Na wyspie drogii są dobrej jakości, przy dłuższych trasach warto korzystać z autostrad (bezpłatne). Do wielu ciekawych miejsc prowadzą tylko serpentyny, ale na trasach są prawie sami turyści, którzy jadą wolno by móc podziwiać krajobrazy, więc i one są bezpieczne.
Zwiedziliśmy całą wyspę. Postaram się więc wymienić tylko najciekawsze miejsca, które koniecznie trzeba zobaczyć. Główną atrakcją jest oczywiście wjazd na najwyższy szczyt Hiszpanii, czyli wulkan Teide. Nawet jeśli nie jest się tam wcześnie rano, by móc podziwiać pełna panoramę i zasłaniają ją częściowo chmury, to widok na otaczający nas park Las Canadas jest warty tych 20 Euro. Sam park prezentuje niesamowite formy i zmienny krajobraz, a w El Portillo warto zatrzymać sie, by obejrzec 15 minutowy film o wulkanie. Warto pojawić się w mieście La Orotava, a także przejechać górska drogą w okolicach Los Realejos, by zobaczyć zapierającą dech w piersiach panoramę doliny Orotava – wynik ostatniej erupcji wulkanu. Polecam spacer po Puerto de la Cruz i pyszną grilowaną rybę w jednej z lokalnych restauracji, oczywiście po wizycie w ogrodzie botanicznym i Loro Parku (fantastyczne pokazy fok, delfinów, niezliczona ilość papug, planeta pingwinów, tunel z rekinami, czyli dla każdego coś dobrego).

W Icod de los Vinos jest najstarsze drzewo smocze – czyli tysiącletnia dracena, a także pare sklepów, gdzie można za darmo skosztowac lokalnych specjałów, a zwłaszcza likierów i różnych odmian sosu mojo (dużo taniej, nawet o połowę, można kupić w dużych lokalnych hipermarketach, których na wyspie jest parę np. Alcampo). Przemiły spacer można odbyć w Garachico, a niesamowitych widoków dostarczy przeprawa serpentynami do Masca. Inna widokowa wyprawa to góry Anaga i Mercedes – warto zacząć ją od San Andres, gdzie jest jedyna plaża z żółtym piaskiem – Playa de las Teresitas i poprzez góry do Taganana i niżej do Roque de las Bodegas. Najpiękniejsze fale można podziwiać na Punta del Hidalgo lub w El Medano. Przy okazji tego drugiego miejsca, to warto się wspiąć na góre Roja. Najpiękniejszym miastem jest studencka La Laguna, a nie stolica Santa Cruz. Podziwiać tam można przepiękne kanaryjskie kamienice. Stąd też prowadzi widowiskowa trasa do rezerwatu Teide. Inny godny uwagi rezerwat mieści się obok Adeje – Barranco del Infierno – wstęp 3 Euro, ale należy wcześniej zadzwonić pod numer 922 78 28 85, gdyż wsęp jest limitowany.
Jako dodatkową atrakcję, zafundowaliśmy sobie zorganizowaną przez biuro Freebird wycieczke jeepem na sąsiednią wyspę La Gomera. Sama wyspa w sobie jest przepiękna i bardzo romantyczna. Serpentyny prowadzą przez cudowne góry, plantacje bananów i innych południowych owoców. Główną atrakcją jest Park Narodowy Garajonay ze spowitym mgłą tysiącletnim lasem laurowym, a innymi - w jednej z lokalnych restauracji, możliwość usłyszenia świstanego języka – silvo, którym się dawniej posługiwano na tych terenach oraz stolica San Sebastian, gdzie mieszkał Krzysztof Kolumb. Sama jednak organizacja i przewodnik nie usatysfakcjonowały nas, a większość informacji znaleźliśmy sami w przewodniku Pascala.

Inną atrakcją było też wypłynięcie katamaranem z firma MUSTcat na 5 godzinny rejs w poszukiwaniu waleni i delfinów, a także obejrzenie ze strony oceanu Los Gigantes. Wartość około 35 Euro, ale warto naprawdę. Na zakończenie powiem, że plaże są czarne, ale to naprawdę nie przeszkadza, bo piasek nie brudzi. Trudno o lokalne specjały w barach czy restauracjach na południu wyspy, gdyż są zdominowane przez angielskie Steak Hous i inne miejsca z fast food. Dominuja turyści z Wielkiej Brytanii, a co więcej prowadzący lokale i biura są często Anglikami, stąd nie ma najmniejszego problemu z porozumiewaniem sie w tym języku. Jeśli chodzi o zakupy, to warto oprócz likierów bananowych i sosów mojo kupić album na zdjęcia z liścia bananowca, biużuterię z perła teneryfską – polecam centrum w Armenine, biżuterię z kamieniami półszlachetnymi z lawy. Nie polecam napewno zakupów w podejrzanych hinduskich sklepach z kamerami i aparatami fotograficznymi po tzw. okazyjnych cenach...na południu wyspy.
Nawet w listopadzie kwitną tu kwiaty i jest naprawde ciepło – około 25 stopnii. Teraz marzą nam sie kolejne wyspy, w tym zwłaszcza Lanzarote!