+ Dodaj swoje wspomnienie
Europa Afryka Azja Ameryka Północna Ameryka Środkowa Ameryka Południowa Australia i Oceania Antarktyda

Wspomnienie - Izrael

Oceń
Średnia ocena
bardzo dobre

Raj na Ziemi. Podróż do Ziemi Świętej: Egiptu, Izraela, Jordanii

autor: Władysław wladwolski@op.pl
dodane: 2005-07-16
termin-wycieczki: czerwiec 2005

Raj na Ziemi. Podróż do Ziemi Świętej: Egiptu, Izraela, Jordanii

Jest czerwcowy wieczór. Jadę samochodem, wracam z pracy. Mijam wioski, lasy, łąki. Zachodzi słońce, niewielkie chmury je przesłaniają, niebo robi się różowe. Klasyczny zachód słońca w czerwcu, pachnie sianem, lasem, wilgocią. Jest tak bardzo pięknie – nie mogę się jeszcze przyzwyczaić do tej feerii zieleni, łąk, kwiatów, drzew. Jaka to szczęśliwa kraina – kraj miodem i mlekiem płynący. Ale i jacyż nieszczęśliwi ludzie, wiecznie za czymś goniący, nienasyceni posiadaniem, dążeniem do lepszego. Zapominający przy tym, że jest tu naprawdę doskonale, pomimo wszystkiego złego, kłopotów funkcjonowania administracji, wszechobecnej korupcji. Jakie kontrasty. Myślami przechodzę klika tygodni wstecz, kiedy jeszcze byliśmy w toku przygotowań, kończenia spraw przed wyjazdem. Uświadamiam sobie, że kocham ten kraj, moją Ojczyznę.

Pomyślałem o analogii, kiedy wracałem z długich, miesięcznych wypraw do Turcji, czy Syrii – i wówczas z łzami w oczach witałem Naszą Ojczystą Polską Ziemię. Cóż było milszego ponad widok munduru polskiego celnika. Zdziwienie w jego oczach, gdy mu o tym opowiadałem, i jego spontaniczna reakcja – kiedy i on mnie serdecznie uściskał. Obcy człowiek. Ukochana ta nasza Polska!!!

Szukaliśmy z żonką w tym roku ofert wyjazdu do Egiptu z tego samego powodu, co i rok temu. Szukaliśmy taniego przelotu, taniej bazy do wypadów po Bliskim Wschodzie. I tym razem nastawiliśmy się na oszczędności i ambitny program. Zaplanowałem zwiedzanie Jordanii oraz „niezbadane przez nas” krainy Izraela. Od lutego przesuwaliśmy wyjazd z pięć razy – powody – jak zwykle - przeważnie związane z pracą. Nie mogłem także znaleźć specjalnie kuszącej oferty, na nic się zdały analizy cen i szersza niż zwykle gama ofert. Nic nie mogliśmy wybrać. Aż w końcu znaleźliśmy 5***** Radisson SAS Resort Taba z biurem Alfa Star. Dwa tygodnie kosztowały z HB w promocji znacznie poniżej 1.900 PLN. Termin 7-21 czerwca. Trochę obawiałem się upałów. Cieszyła mnie z kolei bliskość granicy w Tabie a także brak hord turystów. Zdecydowaliśmy się tym bardziej, że to nasz pierwszy urlop w tak ekskluzywnym hotelu.

Wylot w miarę o czasie, egipskimi liniami, obsługa wyjątkowo miła, niestety niektórzy pasażerowie robili wszystko, abym miał ochotę zapaść pod pokład ze wstydu za nich. Dopiero wielokrotne uwagi większości pasażerów spowodowały, że mocno już zawiani panowie troszkę się uspokoili. Jako, że wylot był z Wrocławia około 22.00, a potem jeszcze międzylądowanie w Gdańsku – lecieliśmy do Sharm el Sheikh całą noc. Obserwacje nocne trasy przelotu mogły się zacząć dopiero około Bułgarii, gdzie warstwy chmur trochę się przerzedziły. Polska żegnała nas 12-15 stopniami ciepła i ciemnym deszczowym niebem. Morze Czarne odkryło przed nami liczne statki dzięki światłom pozycyjnym okazało się, że jest tam wiele jednostek – jak okiem sięgnąć z 8.000 metrów.

Nad Turcją tym razem lecieliśmy inną trasą – wzdłuż wybrzeży morza Egejskiego – tak wynikało przynajmniej z moich obserwacji. Kontury licznych wysp, wybrzeża oraz widoczna gładka powierzchnia morza koloru ołowiu mogła pasować tylko tam. Około 4 rano zobaczyłem wschodzące słońce – jak dotąd nie widziałem wschodzącego słońca poniżej mnie. Powoli się wyłaniało znad horyzontu, oślepiając nas i jednocześnie wieszcząc nowy dzień. Jakiś czas potem zaczęliśmy lądować. Półwysep Synaj był osnuty warstwą mgły – słaba widoczność poprawiła się dopiero około 200 metrów nad ziemią. Lądowanie, potem odprawa. Jedziemy do hotelu. Przybywamy tam około 10.00. Ledwie zdążyliśmy na śniadanie. Hotel widziałem już poprzednio jadąc przez Synaj. Warunki bardzo dobre, w pokoju TV, sejf, lodówka, działająca (sic!) klimatyzacja. Pokoje naprawdę obszerne, z balkonem. Kilka dni odpoczynku spędziliśmy w komforcie. Planowałem po około 5 dniach pobytu na miejscu wyruszyć w objazd na jakieś 6 dni po Jordanii i Izraelu.

Tymczasem kilkudniowy pobyt przedłużał się z powodu kłopotów żołądkowo-jelitowych. Niestety i innych naszych towarzyszy spotykało to samo. Dziwne – w zeszłym roku w hotelu 3*** nie było takich problemów, a tu notorycznie. Lekarstwa pomagały co prawda i po kilkunastu godzinach przechodziło, ale po kolejnym dniu czasem dwóch zaczynało się od nowa. Postanowiliśmy wyjaśnić i tą tajemnicę. Skoro owadów nie widywaliśmy prawie żadnych – komarów brak, niewielkie ilości much – owady i choroby przez nie przenoszone zostały wyeliminowane od razu. Problem zapewne tkwił w jedzeniu. Z kolei tam – w restauracji - warunki naprawdę sterylne, czysto, bardzo porządne, a jakość wysoka. Ilość jedzenia przyprawiała o zawrót głowy – nie było możliwości aby spróbować choć połowy dań. Sosy na zimno, na gorąco, gwardia kucharzy spełniająca zamówienia i zachcianki turystów.

Tylko ...- tak spośród tych obfitości zdarzały się przeleżane ciastka, kilka dni wcześniej pokrojone owoce. Podam tylko trzy przykłady – Moja żonka trafiła na niezjadliwe ze starości ciastka – po kilku dniach znikły one, abyśmy je tego samego dnia mogli odnaleźli w pieczonych musie bananowym! Wędzona rybka – charakterystycznie pokrojona w poprzek - gdy ją ujrzałem po raz pierwszy – już wyglądała na wiekową (raczej kilkudniową), potem - przez dwa tygodnie nikt jej nie jadł, a pojawiała się – jak nasza lewica – w coraz to nowych odkryciach, przybraniach i innych miejscach ekspozycji. Niestety – to była cały czas ta sama ryba. Przez dwa tygodnie nie ubyło z niej ani kawałka.

Mam nadzieję, że i w Polsce na „nową” lewicę też się nikt nie nabierze. Ostatni przykład – pokrojone pomarańcze – po trzech, czterech dniach były już wyschnięte, ale kolejnego dnia po całonocnym moczeniu w wodzie przypominały już świeże. Całkiem to tak, jak w naszych hipermarketach. Niestety, ich smak i woda zdradzały ten proceder. Jeśli znasz wroga – możesz z nim walczyć i wygrać – tak i my zmieniliśmy taktykę jedzenia i nieomal skończyły się nasze problemy. Uważniej wybieraliśmy jedzenie, jedliśmy tylko świeżo gotowane potrawy, własnoręcznie krojone owoce.

O hotelu

Słów jeszcze kilka o hotelu – jest to ogromny kompleks – łącznie o powierzchni jakieś 40 ha, z tego 2/3 to niezagospodarowana pustynia, ale pozostała część była tak rozległa, że zdarzało się nam zbłądzić. Przy hotelu znajdują się 4 baseny o rożnej głębokości wody. Od takich dla bardzo małych dzieci, poprzez zabawowy, do takiego do pływania. Plaża ma około 400 metrów z nawiezionym piaskiem (ale piasek raczej nie do leżenia), przy plaży pływający pomost. Przy basenach oraz na plaży pod dostatkiem leżaków, a one, jak i ręczniki gratis.

Przy hotelu znajduje się park – w którym rośnie kilkadziesiąt drzew – palmy z różnych gatunków. Ale na tak dużym obszarze – rosną one wcale nie gęsto. Park ten jest ciągle i nieustannie podlewany przez gwardię około 40 ogrodników-polewaczy. Ponoć, jeśliby przestali oni go podlewać, w ciągu dwóch dni trawa zżółknie, a drzewa do tygodnia zginą.

W opcji HB przy śniadaniu w miniaturowych szklaneczkach można sobie było pobrać napoje, do tego kawa i herbata w dowolnych ilościach. Przy obiadokolacji należy już kupić coś dopicia. Ceny – jak to w 5***** hotelu - butelka 1,5 l. wody mineralnej to ok. 2 $, a Cola ok. 10 $. Na terenie hotelu jest wszystko – masaże, tatuaże, salony fryzjerskie, salony piękności, banki – ale ceny odpowiednie do hotelu! np. strzyżenie 20 USD. Masaż tajski 250 LE.

Sklepy na terenie hotelu nie oferują nic co mogłoby zostać przez nas kupione. Wszystko koszmarnie drogie. Może to i dobrze, że nie ma na co wydawać pieniędzy. W okolicy najbliższy „normalny” sklep znajduje się dopiero w samej Tabie – to jest jakieś 25 km dalej na Pn. Tam można kupić wodę czy Colę: woda kosztuje 1,5-2 LE, a Cola 6 LE. Wg kursu - 1LE - to około 0,5 PLN.

W okolicy hotelu znajduje się wioska Beduinów – ale nie taka do zwiedzania, tylko prawdziwa. Aby do niej trafić należy wyjść z hotelu na jedyną w okolicy drogę i pójść w kierunku Pd. (w kierunku Nuweiby). Około 700 metrów dalej już widać – sam nie wiem jak to nazwać – budy czy szałasy. Są one niewielkie, zbudowane z kawałków blach, dykty, resztek płyt meblowych, desek. Gdzieniegdzie widać namioty. Jest tam około 7-10 budowli. Żyją tam Beduini, w dzień widać same kobiety i dzieci, ponieważ mężczyźni pracują jeżdżąc taksówkami lub ciężarówkami. Chodzą oni boso – a przynajmniej ci – których widziałem.

W okolicy kręci się trochę kóz i dzieci. To wszystko. Jakieś 200 m przed wioską Beduinów, a około 500 od hotelu znajduje się wejście do wadi (czyt. „ŁADI”). Wadi – to wyschłe koryto rzeki, ale raz na kilka lat napełnia się po brzegi, niosąc wody po gwałtownej ulewie. Z moją Basią weszliśmy do wadi – można sobie zrobić całkiem przyjemną wycieczkę – przeszliśmy około 3 km wgłąb masywu górskiego. Widoki tamtego krajobrazu – pozbawione nieomal roślinności, nagie skały - można opisać jako piękne i surowe. Nasuwa się zaraz refleksja, jak oni tu mogą żyć? Przecież tu nic nie rośnie, nie ma wody. Tych kilka akacji na tym ogromnym obszarze, nie wykarmi nawet jednej kozy. A skąd oni tu biorą wodę? A propos wody. W czasie 2 godzinnego spaceru po wadi – zużyliśmy jej ponad 1,5 litra. Zmuszeni upałem i brakiem wody zarządziliśmy odwrót.

Przy plaży hotelowej znajduje się kilka raf koralowych – o rozmiarach od kilku do kilkudziesięciu metrów. Te mniejsze nawet są piękniejsze. Rafy w Sharm el Sheikh robią większe wrażenie, dlatego kto tam był – nie zostanie tu rzucony na kolana. Ale za to tutaj w Tabie są ..... ogromne żółwie. Widziałem je po raz pierwszy około 500 metrów od plaży hotelowej w kierunku Pd. przy cyplu. Pływając pod wodą szukałem raf i na głębokości około 8 metrów zobaczyłem jedną niewielką, płynąc do niej przeraziłem się, widząc że podniosła się z dna i zaczęła uciekać razem z dwoma podnawkami. Był to ogromny żółw – miał jakieś 1,6-1,8 metra długości. Potem nauczyłem się je podchodzić ustawiając się z prądem morskim, woda niosła mnie na ich żerowiska. Przepływałem tuż nad nimi. Wynurzały się tuż obok mnie zaczerpując powietrze z powierzchni wody. Nurkowałem do nich z powierzchni nawet do 12 metrów. Udało mi się dotknąć jednego. Najmniejszy z widzianych przeze mnie żółwi miał około 60 cm, a największy mógł przekroczyć 2 metry.

Widywałem je prawie zawsze, i przeważnie w tym samym miejscu. Na terenie hotelowej plaży też się pojawiały te zielono brązowe prehistoryczne stwory. W czasie nurkowania widziałem także płaszczki trzech gatunków, najczęściej płaszczki lamparcie – średnio długości około 2,5 metra. A co równie ważne - po raz pierwszy w okolicach plaży hotelowej widywałem węże morskie! Gdy ostrzegłem kąpiących się w okolicy ludzi - oni tłumnie zbiegli się pokazując sobie węża. Albo nie wiedzieli z czym mają do czynienia, albo to szczyt nierozsądku. Moja żona także widywała węże morskie – choć ona tylko powierzchniowo obserwowała podwodny świat – niemniej dowiedziały się też o tym wszystkie okoliczne stworzenia łącznie ze mną doznając szoku wibracyjnego na wskutek krzyku mojej żonki!

Nurkowanie

Wybierałem się samotnie na nurkowania w okolice hotelu – odchodząc nawet do 5 km od niego. Najciekawsze miejsca nurkowe znajdują się około 3-5 km na Pd. w kierunku Nuweiby. Są one oznaczone tablicami. Wszystkie wyglądają podobnie – jest tam rafa barierowa głęboka na 2-4 metry. Potem dalej samotne filary koralowe. Woda niezbyt przejrzysta, ale za to wynagradza to różnorodność koralowców, spotkałem tu między innymi rogi jelenia – mam nadzieję, że to nie na wskutek spędzającej samotnie czas mojej żonki w hotelu – oraz wiele innych gatunków nie znanych mi – np. ciemnozielonych, malachitowych, i niebieskich korali.

Z kolei około 2-3 km na Pn. od hotelu znajduje się ładna rafa barierowa o głębokości około 6-8 metrów i długości około 800 metrów. W okolicach hotelu – jak to zwykle w Egipcie – jest kilka hoteli w budowie i nic więcej. Na szczęście prace budowlane nie były prowadzone w bezpośredniej bliskości hotelu, ale jakieś 500-800 metrów dalej.

Na wyprawę – dla której tu przyjechaliśmy –wybraliśmy się z kilkudniowym opóźnieniem. Wstaliśmy z samego rana, zjedliśmy szybko śniadanie i w drogę. Zatrzymanie taksówki przy głównej drodze zajęło nam około 30 sekund. Pojechaliśmy do Taby za 20 funtów (około 10 PLN). Tam przekraczanie granicy, a że mieliśmy już doświadczenie zdobyte w bojach w ubiegłym roku – zajęło nam to tylko 30 minut. Izraelczycy – tym razem - zwołali konsylium nad naszymi bagażami i po rosyjsku rozprawiali co mają zrobić – bo nic nie znaleźli! Wykrzykniki, że nic tu nie znaleźli trwały długo, na przemian z tymi: co dalej? Zastanawiali się tak kilka minut prowadząc bardzo żywiołową dyskusję pochyleni nad naszym plecakiem, aż w końcu uprzejmie ich poinformowałem, że i w tym języku także rozmawiam i chętnie im pomogę. Wówczas dyskusja się skończyła, a i problem też, przeszliśmy więc dalej. Kurs wymiany walut na granicy 100 USD – 440 NIS, 1 USD – 6 LE. Koszt w opłatach granicznych wyjechania z Egiptu i wjechania do Izraela – to tylko 2 LE.

Tuż po przekroczeniu granicy Izraela znaleźliśmy się z innym kraju, czuć to było od razu, było czyściej ale za to chamstwo było tu jak chleb powszedni – uczyliśmy się go przełykać, chowając własną godność w dalekie pokłady podświadomości. Pierwszy kontakt z ..... (nawet nie znajduję odpowiednich słów z moim słowniku) – odbył już pięć minut po wejściu do Izraela: pytamy kierowcę autobusu o autobus do miasta – tak, równie dobrze moglibyśmy ich prosić o to aby dali mam milion dolarów – spotkaliśmy się tylko z pogardą, lekceważeniem, i ... nic się nie dowiedzieliśmy. Czekaliśmy więc dalej, po 5 minutach autobus przyjechał, za przejazd z Taby do Ejlatu zapłaciliśmy po około 6 NIS. Tam podjęliśmy próbę przejścia pieszo 2 km do granicy z Jordanią - do Arawy – jak to podawał przewodnik Praktyczny Pascala. Okazało się, że to nie dwa kilometry ale z 6 kilometrów. Za taksówkę do granicy Jordanii w Arawie zapłaciliśmy około 25 NIS. Granica Izraelsko-Jordańska miło nas zaskoczyła, Żydom zapłaciliśmy po 68 NIS opłaty wyjazdowej. W Jordanii znów wróciliśmy do świata uśmiechów i normalnych kulturalnych ludzi. Bezpłatną wizę do Jordanii otrzymaliśmy bez żadnych problemów i to od ręki. Tak więc nieprawdziwe są informacje podawane w niektórych przewodnikach. Na granicy jest kantor wymiany walut, wg przewodnika kurs jest tam korzystniejszy niż w Izraelu – nie mogę tego potwierdzić, nie znam kursów Izraelskich. W Jordanii na granicy wymieniliśmy 100 dolarów, kurs był około 60 JD za 100 USD. Tuż po przejściu granicy strażnik jordański pyta nas, czy chcemy jechać do Petry – i przywołuje nam taksówkę. Choć nie mamy tego w planie, jadąc do Aquaby (5 JD) targujemy z taksówkarzem cenę do Wadi Rum i Wadi Musa (Petrę). Wiemy, że cena urzędowa za taksówkę do Wadi Musa wynosi 40 JD za dwie godziny oczekiwania taksówki w Petrze i 50 JD za cztery godziny oczekiwania w Petrze. Dochodzimy w czasie negocjacji do 60 JD za wynajęcie taksówki za cały dzień, zwiedzanie Wadi Rum i Wadi Musa.

Po dojechaniu do Aquaby okazuje się, że będziemy jechać inną taksówką. Przesiadamy się, ten nowy taksówkarz jest o wiele sympatyczniejszy, słabo mówi po angielsku, i poza tym mogę o nim powiedzieć same dobre rzeczy: odpowiedzialny, rzetelny, z kulturą na wysokim poziomie. Umawiamy się, że nic nie płacimy aż do końca dnia – do końca wycieczki, i ... jeśli nie zdążymy do 22.00 - to mamy nocleg w Aquabie w cenie wycieczki.

Taksówkarz gna do Petry około 160 km/h, w efekcie po godzinie przegrzewa silnik i gotuje wodę w chłodnicy. Temperatura powietrza osiąga 45 stopni C. Stajemy, kierowca szuka wody, chłodzi silnik na siłę – polewając go wodą i jedziemy dalej. Kierowca taksówki nie wie jak mnie przepraszać – widać jego prawdziwe zażenowanie, przeprasza mnie za to - że tracimy czas. Ale dzięki kilku postojom po drodze poznajemy miejscowych ludzi. Zaskoczeniem dla na jest to, że tutejsze wioski – to wioski namiotów. Biegające boso dzieci, pasące się stada kóz. Te „nowocześniejsze” gospodarstwa różnią się tym, że mają ogrodzoną dookoła ziemię, a na środku stoi namiot z wielbłądziej wełny w kolorze ciemno-brązowym, a obok stoi nowa terenowa Toyota i plastykowy zbiornik z wodą.

Petra

Dojeżdżamy do Petry około 13.00. Bilet wejściowy kosztuje około 21-25 JD, nawet do 30 JD za trzydniowy. To naprawdę dużo, ale kupujemy, i wchodzimy. Po około 1 km drogi przez Wadi Musa wchodzimy do bocznego pęknięcia skalnego Siq, i około 2 km dalej wchodzimy do Petry. Po drodze spotykamy kości dinozaura (prawdopodobnie Ichtiozaura) na ścianie, droga jest skomercjonalizowana – w większości wylana betonem – to trochę psuje nastrój tego miejsca. Ale widok kilkusetmetrowych skał sięgających nieba, wąskie - nawet od 2 metrów - przejścia w skale, odgłosy owadów „rzechotek”, roślinność na zboczach skal, i atmosfera powoduje, że i my też sięgamy nieba – po drodze przeżywamy prawdziwe katharsis. Sama droga przez siq do Petry jest warta przyjechania tutaj, warta wszystkich tych wysiłków, kosztów i wyrzeczeń. Wchodząc do miasta widzimy najpierw Skarbiec – tutaj znów spotykamy komercję – sprzedawców „różnych niepotrzebnych rzeczy”, arabów oferujących „taksówkowe wielbłądy i osły”, kilka zaprzęgów z końmi.

Ceny całkiem do przyjęcia – przejażdżka to około 2 JD. Ale generalnie wszystko w dobrym tonie, i nikt się nie narzuca. Oferują nam monety rzymskie, i o dziwo! - w większości prawdziwe! Ceny oczywiście też jak najbardziej prawdziwe – po 50 USD za monetę wartą może 5-10 USD. Zwiedzamy Petrę około 4 godzin. Niektóre części są odgrodzone z powodu prowadzonych tam wykopalisk. Okazało się całkiem niedawno, że kilkanaście metrów poniżej obecnego miasta mieści się jeszcze jedno miasto, z innymi grobami wykutymi w skale, innymi świątyniami. Co jest poniżej – czas wespół z archeologami odkryje jeszcze przed nami zapewne. W Petrze jest potworny upał, mieliśmy z sobą 3 litry napojów, kończą się one po dwóch godzinach. Odwodnienie następuje tutaj błyskawicznie, wspinaczka w słońcu pod górę w temperaturze około 40-45 stopni powoduje wydalanie wody w katastrofalnym tempie. Zwiedzamy także lokalne muzea, są one małe i średnio ciekawe. Wracamy bardzo pragnąc wody. Bramę wejściową do Petry i okoliczne sklepy witamy z radością.

Jedziemy do Wadi Rum. Docieramy tam na około godzinę przed zachodem słońca. Brama wejściowa jest mniej więcej 10 km od wioski Wadi Rum. Bilety wstępu kosztują 2 JD. Do samej wioski Rum podwożą nas miejscowi chłopcy starą terenową Toyotą. Po drodze mijamy klika osad arabskich i beduińskich. Panuje tu dziwny spokój, cisza, prawie nie ma turystów. Jakby czas tutaj nie sięgał, jakby został on za bramą tego Parku – a dalej rozciągała się kraina wiecznego szczęścia – Arkadia, w której nie ma miejsca na prawidła świata ziemskiego.

Wioska jest średniej wielkości, rozciąga się na około 1 kilometr. Zaraz przy początku jest Goverment Haus, w którym turyści mogą się przespać za niewielkie pieniądze. Najciekawsze jest to, że tuż za wioską droga kończy się ... i zaczyna się ogromna przestrzeń pustyni z czerwonym miałkim piaskiem, otoczona piaskowcowymi skałami wysokimi na kilkaset metrów. Widoczność sięga tu dziesiątków kilometrów. W świetle zachodu słońca jest to widok bardzo pobudzający wyobraźnię, pośród widocznych obozowisk cofamy się w czasie i próbujemy sobie wyobrazić to miejsce 90 lat temu, gdy Lawrens z Arabii obozował tu wraz z setkami Arabów ... .

Co i raz któryś z arabów nas zaczepia proponując wieczorną przejażdżkę po pustyni za astronomiczną cenę 30-50 JD. Śmiejąc się, dziękujemy. Spędzamy tutaj może dwie godziny, czas wracać. Żałujemy, że nie możemy zostać dłużej – przyjazd tutaj na kilka chwil, nie pozwolił nam przeżyć pustynnej przygody noclegu pod gwiazdami. A można to zrobić bez żadnych problemów, choć przeważnie Arabowie zapraszają do swoich obozowisk. Jest tu naprawdę pięknie, ale nie przyjeżdżajcie tu na mniej niż dobę, bo warto zostać tu dłużej Zaiste magiczne miejsce.

Później okazuje się, że mamy szczęście przybywając tutaj, ponieważ wszyscy ci, którzy wykupili wycieczki w Egipcie ze zwiedzaniem Petry i Wadi Rum w planie, zwiedzali Wadi Rum ... z odległości 30 kilometrów jadąc z Petry do Aquaby. Ich autobus nie zatrzymał się, nie mówiąc o tym, że nie zjechali z głównej drogi.

Do granicy docierany wieczorem, regulujemy opłatę za wynajęcie taksówki zgodnie z umową, żegnamy się z kierowcą, idziemy od granicy. Po stronie Jordanii płacimy opłatę wyjazdową w wysokości 5 JD i przechodzimy do granicy Izraela. Tu znów – jak Alicja w Krainie czarów – znajdujemy się innym świecie. Znów wraca chamstwo i nie wiem co jeszcze, bo nie ma w słowniku takich wyrazów. Traktują nas Izraelczycy koszmarnie, wywracają nasz bagaż tak, że rozsypują go po podłodze, niszczą żonie nową firmową torbę. Na zwracane uwagi, wzruszają ramionami. Znowu nic nie znajdują, wściekają się zaczynają nas przepytywać, tylko ich angielski ... pożal się Boże, nauczone na pamięć i klepane bezmyślnie zdania, bez akcentu, bez zastanowienia.

Proszę o powtórzenie pytań trzy razy, zanim zrozumiem o co mnie pytają. Rozzłoszczeni zaczynają szukać na siłę pretekstu do przesłuchań – tzn. znacznikami przeszukują nie tylko bagaż i torby ale i paszporty. Poszukują znacznikami chemicznymi śladów prochu i materiałów wybuchowych – tylko że nasze paszporty tego dnia miało w rękach około 15 ludzi, w tym kilku żołnierzy – zwracam im na to uwagę, udają, że nie rozumieją. Znajdują może i coś, ale nie mamy tym razem zakwalifikowania: „do przesłuchania”. Jeszcze standardowe pytanie: gdzie jedziemy? „To: Tyberiada, Jerozolima, Nazaret” odpowiadam. Słyszę, że nie ma takich miejscowości w Izraelu. Ponownie powtarzam to samo i znów słyszę to samo pytanie. Pokazuję na mapie gdzie chcę jechać i słyszę, że nie ma „Tyberiady” ale że jest „Tyberias”! Nie Nazaret – Ale „NAZARETH”!!! Wyobrażanie sobie Państwo? Kończą nas męczyć, widzą nasze zdenerwowanie i mówią do nas po angielsku na odchodnym: „Nie przyjeżdżajcie tu więcej!” Opuszczamy granicę i na końcu wychodząc spotykamy dziewczynę, która proponuje nam, że wezwie taksówkę – o nieba! – normalna istota. Jeszcze tu są normalni ludzie?!

Jedziemy na dworzec w Eljacie za około 25 NIS. Tam znów spotkanie z „Izraelską rzeczywistością” dyżurny na dworcu nie dość, że nie chce z nami rozmawiać, to nawet nie chce na nas patrzeć. 20 minut próbuję się go zapytać o nocny autobus do Tyberiady. Tablica z kursami jazdy jest opisana w języku hebrajskim – nic mi po tym. W końcu pomaga mi miejscowy, dowiaduję się, że o 24.00 jest autobus do Haify (pod granicą Libanu) w cenie 65 NIS. Kupujemy bilety, jedziemy całą noc drzemiąc w autobusie, w czasie jazdy jest przyjemnie i chłodno. W Haifie jesteśmy około 6.00. Tam podejmujemy decyzję o zwiedzaniu Akki. Musimy się przemieścić się na inny dworzec komunikacji lokalnej (w tym do Nazaretu i Tyberiady) o nazwie: „Merkedit Mifratz” Bus Station (około 10-15 km). Tam za chwilę wsiadamy w autobus do Akki – to raptem tylko kilka kilometrów. Stare miasto Akkę zwiedzamy dość łatwo i szybko – jest naprawdę niewielka – jest mniej więcej 4 razy mniejsza od Jerozolimy i bardzo ją przypomina.

Klimat północnego wybrzeża Izraela jest całkiem inny niż klimat południowych pustynnych suchych i gorących krain Ziemi Świętej. Nie dziwię się oczarowaniu krzyżowców przybywających do Palestyny poprzez Akkę, twierdzących, że to raj na ziemi. Jest tu o wiele chłodniej, powietrze za to jest bardziej wilgotne. Wilgotność powietrza przekłada się z kolei na ilość opadów – a to na tutejszą roślinność. Naprawdę jest tu bardzo zielono, są tu piękne piniowe lasy, bogate uprawy rolne, łąki, zielone pagórki. Inny świat.

Akka to wąskie uliczki, stragany arabskie na tychże ulicach. Kluczymy po starym mieście, oglądamy port. Potem trafiamy do podziemnego miasta krzyżowców – koszt wejścia to około 35 NIS. W czasie budowy i kopania dołów pod fundamenty znaleziono wejścia do jakiś starych korytarzy, i jak się okazało, były to budowle z czasów wypraw krzyżowych. Na nas wrażenie zrobił park przy wejściu do muzeum – z egzotycznymi gatunkami drzew, krzewów i kwiatów. Nawet nie potrafię ich sklasyfikować – przypominały ... baobaby.

Potem wracamy się do Haify i próbujemy się dostać do Nazaretu. Czekamy przy przystanku autobusów do Nazaretu, autobus przyjeżdża. Wsiadamy, kierowca każe nam wyjść, twierdząc, że musimy jechać innym – który będzie za jakieś dwie godziny, bo on nie jedzie w dzielnice chrześcijańskie, ale do dzielnicy żydowskiej. Zrezygnowani czekamy. Po chwili przyjeżdża następny autobus, kierowca pyta nas dokąd chcemy jechać, opowiadam mu o tym, co mi powiedział jego poprzednik, a on się śmieje – „wsiadajcie” mówi, to 5 minut marszu, po co macie czekać 2 godziny?! Na miejscu w Nazarecie okazuje się, że drugi kierowca miał rację. Idziemy do Bazyliki Zwiastowania, zwiedzamy też grotę zwiastowania oraz inne okoliczne pozostałości sprzed 2.000 lat – są to zdaniem bp Stanisława Gądeckiego jedyne miejsca w Ziemi Świętej powiązane naukowo przez archeologów z rodziną Jezusa – jest to właśnie grota zwiastowania, okoliczny basen do obmyć rytualnych oraz dom Św. Józefa, w których odnaleziono inskrypcje wiążące te miejsca z pierwszymi chrześcijanami i rodziną Chrystusa (bp St. Gądecki, Archeologia biblijna. tom 1, Prymasowskie Wyd. Gaudentinum, Gniezno 1994, s. 429-430.). Znajdujący się w okolicy kościół Św. Józefa jest co prawda mniejszy, ale miał się tam znajdować warsztat Św. Józefa (A. Humphreys, N. Tilbury, Izrael i terytoria palestyńskie. Praktyczny przewodnik, s. 329). Zwiedzamy te święte miejsca i udajemy się w dalszą część naszej drogi życia...

Mamy problem z wydostaniem się z Nazaretu – czekamy około pół godziny na autobus, nikt nie potrafi nam udzielić informacji. Jedziemy do Tyberiady przez Kanę Galilejską. Nie mamy czasu się tutaj zatrzymać, zjeżdżamy do Tyberiady, coraz niżej i niżej, robi się bardzo gorąco. Jezioro Tyberiadzkie (Genezaterh) jest położone 212 metrów poniżej poziomu morza, panuje tam swoisty mikroklimat – jest parno i ciepło. Jedziemy dalej do Tabgha i na Górę Błogosławieństw przez Magdalię. Droga wiedzie wzdłuż brzegu – widzimy kąpiących się – zazdrościmy im. Może uda się nam gdzieś potem wykąpać. Wysiadamy w szczerym polu pod Górą Błogosławieństw. Idziemy w kierunku Kafarnaum – to około 4 km. Trafiamy za chwilę do Tabgha – do kościoła benedyktynów niemieckich posadowionego w miejscu, gdzie Jezus dokonał cudu rozmnożenia chleba i ryb. Jest to przepiękne miejsce, i każdemu kto tam zagościł wypala ono swoje piękno głęboko w pamięci. Do dziś wspominam to cudowne otoczenie, rosnące w okolicy krzewy i drzewa oblepione kwieciem w przeróżnych kolorach, a pachnące tak mocno. Wewnątrz mozaiki z okresu schyłku Cesarstwa Rzymskiego z V wieku, ponoć to najpiękniejsze mozaiki w całym Izraelu. Przedstawiają one zwierzęta i rośliny występujące onegdaj w tej okolicy.

Idziemy dalej, mijamy nieopodal kościół Świętego Piotra i trasą pielgrzymkową wędrujemy kilka kilometrów do Kafarnaum. Przechodzimy obok plantacji bananów, awokado i innych owoców, których nie znam. W okolicy ni żywego ducha. Przyroda inna niż dotychczas – miejsce piękne, zaiste piękne! Słowa nie potrafią opisać tego co czuliśmy wtedy wędrując wzdłuż brzegu Jeziora Tyberiadzkiego, paleni słońcem, kiedy pot zalewał nam oczy i twarze. Szliśmy wolni i szczęśliwi tym pięknem wokół nas. To właśnie tu Jezus przebywał około trzech lat, tu nauczał, tu powołał swoich uczniów. Wielkim jest szczęściem i łaską móc tu kroczyć, i móc tu być. Docieramy do Kafarnaum – zwiedzamy okolicę, wykopaliska niestety są już zamknięte – obmywamy się w jeziorze. Wracamy. Moja Basia narzeka na nogi – okazuje się, że ma już na stopach pęcherze. Jej droga powrotna – to droga przez mękę. Wspieram ją – jakoś docieramy te kilka kilometrów do drogi do Tyberiady. Łapiemy bez trudu autobus, aby po chwili znów zmienić go i jechać do Jerozolimy (3,5 h, 35 NIS). Mijamy po drodze Górę Tabor – rzekome miejsce przemienienia Pańskiego. W czasie jazdy okazuje się, że kierowca to ... „już znowu Polak” – otrzymał obywatelstwo trzy miesiące temu. Wyjechał pod przymusem za czasów Tow. Gomułki, gdy miał 3 lata. Przez całe swoje życie nie znalazł sensu życia tu – w Izraelu i chce wrócić do krainy swojego dzieciństwa i marzeń sennych. Załatwił też obywatelstwo dla rodziny – i je uzyskał – co prawda nie mówią oni po polsku, ani w Polsce nie byli, ale cóż tam! Tak potwierdzają się wiadomości, że około miliona Żydów złożyło podanie o polskie obywatelstwo – w czego większość je otrzymała. Uczcie się rodacy hebrajskiego albo niższego niemieckiego – przyda się Wam niedługo w sklepach. W toku rozmowy z tym „Polakiem” dowiedziałem się - a jakże - że to Polacy w czasie wojny mordowali Żydów i wydawali ich Niemcom, a może i co prawda niektórzy Polacy ratowali Żydów – ale to wszystko wyjątki i większość mordowała ich (sic!). Także usłyszałem, że słuszne są roszczenia Żydów, iż Polska powinna była oddać Żydom pod zarząd tereny obozów koncentracyjnych. Starając się nie nadużywać gościnności gospodarza i kierowcy – nie ujawniłem wszystkich swoich opinii w tych sprawach. Oparłem się jedynie na kilku przykładach, jak to Żydzi wydawali polskich AK-owców sowietom, których ci z kolei rozstrzeliwali, oraz jak to mordowali Niemcy Polaków za ukrywanie Żydów. Niestety nie trafiłem z argumentami – gdyż to tylko polska czcza propaganda. Najciekawsza była niechęć (żeby nie powiedzieć więcej) tego człowieka do Arabów. Sam przyznał, że pół życia spędził w armii i nie widzi przyszłości swojej ani swoich dzieci w tym kraju ogarniętym ciągłą wojną i nienawiścią. Ze swojego dorosłego życia większość spędził na wojnach – a przeżył ich już sześć. Nie widzi przy tym możliwości wygrania tego konfliktu. Argumentował, że Arabowie, mieszkają w namiotach, że się nie uczą, że mnożą się jak zwierzęta – mają po 10-12 dzieci, że nie potrafili stworzyć cywilizacji, że całą technikę mają od nich - Żydów. Zapytałem jego też o stosunek Żydów co cudzoziemców – w odpowiedzi usłyszałem, że Ci na granicy chcieli po prostu łapówkę, a wszyscy inni uważają, że stają się nieczyści poprzez kontakty z cudzoziemcami, a w końcu, że „Żydzi – to trudny naród” Z tym ostatnim zdaniem mogę się w całości zgodzić i je potwierdzić. Mogę jeszcze dodać jedną refleksję – cóż, dobre drzewo poznaje się po dobrych jego owocach. Jakiż owoc wydało Państwo Izrael przez nieomal 60 lat swojego istnienia? Czy tym owocem są nieustanne wojny, mord i nienawiść? Cóż Ci ludzie przyniosą nam tutaj nauczeni nienawiści u siebie? Co oni zrobią z naszą Polską?

Do Jerozolimy dotarliśmy późnym wieczorem. Pomimo wielokrotnych prób naszego nowego znajomego namówienia nas na nocleg w hotelu w dzielnicy Żydowskiej za jedyne 50 USD woleliśmy spać w dzielnicy arabskiej na Starym Miecie w Jerozolimie. Nasz znajomy się przyznał, że mieszka tu całe swoje życie, ale do dzielnicy Arabskiej nigdy by nie poszedł, i nie był już w starym mieście od 15 lat. Upieramy się, i o dziwo słyszymy, że on nas podwiezie te kilka kilometrów do Bramy Damasceńskiej. Przyjmujemy ten dar z wdzięcznością. Trafiamy w chwilę później do hotelu. Pamiętają tam nas sprzed roku. Pokój dostajemy okropny za cenę 40 NIS. Po pierwszym szoku, jakoś przyzwyczajamy się, bierzemy kąpiel, w hoteliku pełno japończyków. Następnego dnia już daje się wytrzymać, najważniejsze, że było w miarę czysto i nic nas nie gryzło. Spaliśmy jak susły. Rano zwiedzamy Jerozolimę – do Bazyliki Grobu Pańskiego mamy kilkaset metrów.

Tym razem w Bazylice jest trochę ludzi, musimy czekać w kolejce aby wejść do Grobu Pańskiego, potem obchodzimy całość, uzupełniamy zwiedzanie o rzeczy które pominęliśmy rok temu – i tak widzimy tym razem skałę, która pękła po śmierci Jezusa, na Golgocie oglądamy miejsce w którym stał krzyż na którym skonał Jezus. Potem zwiedzamy ponownie ścianę płaczu, Haram as Sharif, miasto dawidowe, sadzawkę Siloe, Dolinę Cedronu, Getsemani, Kościół Grobu Najświętszej Maryji Panny, Świętego Józefa, rodziców Maryji – Św. Zachariasza i Św. Elżbiety, zwiedzamy także Sadzawkę Bethesdy, Via Dolorosa, łuk Ecce Homo. Tym razem Jerozolima była inna niż rok temu – stoiska i sklepy są otwarte, a wojska nie widać na ulicach.

W tym miejscu przytoczę wspomnienia jednej z Polek, która wykupiła w Egipcie w naszym hotelu wycieczkę do Jerozolimy wg standardowej stawki – 180-250 USD. W Jerozolimie zwiedzili: Górę Oliwną – ale tylko wysiedli z autokaru – po czym w pięć minut pokazano im gdzie jest Bazylika Grobu Pańskiego, gdzie jest Haram as Sharif. Koniec zwiedzania Góry Oliwnej. A gdzie zwiedzanie Getsemani, Dominus Flevit, Kościół i grota Pater Noster, Kościół Wniebowstąpienia, Kościół Św. Szczepana, Kościół Grobu NMP, Św. Józefa, Zachariasza i Elżbiety? Cóż – nie było tego w programie! Potem zwiedzili Bazylikę Grobu Pańskiego, Via Dolorosa, łuk Ecce Homo ścianę płaczu, wieczernik, grób Dawida, kościół zaśnięcia NMP i to był już koniec, a! i jeszcze Knesset. Proszę też nie dać się naciągnąć na tzw. wycieczkę do Jerozolimy samolotem – większej bzdury nie widziałem, kosztuje to z 50-150 USD więcej, a w zamian 1-1,5 godzinna wycieczka na lotnisko w Tel Awiwie – z odprawą na lotnisku trwa to prawie tyle samo co podróż autobusem do Eljatu.

Z Jerozolimy do Eljatu

Z Jerozolimy do Eljatu wyjeżdżamy popołudniu, zatrzymujemy się Ein Boqeq - tam oczywiście kąpię się w Morzu Martwym. Tym razem mam wrażeniem, że wchodzę do rtęci, idąc w morze zanurzam się i dochodzę do miejsca gdzie woda sięga mi początku piersi – dalej już nie uda mi się wejść. Zaczynam dryfować z nieomal połową ciała nad wodą. Nie pomaga podnoszenie rąk – unoszę się w wodzie mając ponad powierzchnią wody głowę, znaczną część tułowia - w tym piersi, całe ręce. Za chwilę woda mnie wypycha i przewraca na brzuch. Tak topi się tutaj większość miejscowych topielców. Udaje mi się utrzymywać nad wodą głowę, potem przewracam się na plecy. Rozluźniam ciało. Po prostu rozkosz. Leże tak chwilę, potem pływam wiosłując dłońmi. Przednia zabawa. Po kilkunastu minutach muszę kończyć. Czas w dalszą drogę. Wieczorem docieramy do Eljatu. Jedziemy do granicy taksówką za 21 NIS. Przekraczamy granicę, płacimy jak zwykle 68 NIS opłaty wyjazdowej z Izraela, otrzymujemy bezpłatną wizę egipską i po wejściu do Taby ... okazuje się , że nie ma już żadnego autobusu. Idziemy kilkaset metrów piechotą. Taksówkarze próbują z nas zedrzeć niemiłosiernie, co chwilę podjeżdżają, żądają nawet 80-100 złotych za przejazd. W końcu zabieramy się wspólnie z jakimś Izraelczykiem taksówką i płacimy „tylko” 50 LE (25 PLN) za przejazd. Docieramy do hotelu w sam raz na kolację, jemy ją i następnego dnia zaczynają się znowu kłopoty żołądkowo-jelitowe. W czasie podróży kupowaliśmy jedzenie przeważnie na bazarach u Arabów, w tym oliwki, owoce – i nic się z nami nie działo. Dopiero znowu w hotelu powtarza się ta historia.

W czasie pobytu panowały, upały w jakich dotychczas jeszcze nie przebywałem, temperatura powietrza przeważnie sięgała 36-38 stopni. W kilka dni temperatury przekraczały 40 stopni i sięgały 44oC w cieniu - tylko znajdźcie na pustyni cień ... . Woda w Morzu Czerwonym miała około 24-28 stopni (mierzył mi ją komputer nurkowy). Każdego dnia potrzebowaliśmy co najmniej 2 litry wody na osobę, a jak się wybierałem na wędrówki - to zużywałem nawet do 5 litrów dziennie.

Przebywając wielokrotnie na Bliskim Wschodzie, prawie wszędzie dało się odczuć atmosferę panującego tu stanu napięcia. Częste kontrole, zapory na drogach, posterunki, żołnierze z bronią na ulicach, butność wojska (zwłaszcza izraelskiego). Arabowie poniżani przez młode kobiety w mundurach – przy śmiechu innych żołnierzy. Tam to normalność. Wzajemne animozje, niechęć a wręcz nienawiść – dają się poznać. Przy tym w większości nie jest prawdą to – co słyszymy w środkach masowego przekazu, że to Arabowie są agresorami. Próbuje się nam wmówić, że Arab i terrorysta to synonimy. My Polacy zachowalibyśmy się tak samo będąc pod obcą okupacją. Jak pokazała historia – już wielokrotnie się tak zachowywaliśmy. Także nasi patrioci byli nazywani „polskimi bandytami” przez okupanta. Przemoc rodzi nienawiść i jeszcze większą przemoc. Eskalacja wtedy musi następować.

Widziałem także trud, z jakim tam wiedzie się życie, biedę tych ludzi – zarabiających odpowiednio po 120 PLN na miesiąc - jeśli mają szczęście i mają pracę. Więksi szczęściarze pracują w hotelach i zarabiają tam nawet odpowiednio po 250,- PLN. Są wtedy wniebowzięci, bo utrzymują ze swojej pracy czasem po dwie rodziny.

Uprawa jakichkolwiek roślin na pustyni, czy hodowla kóz – jakichże wymaga ona inwestycji i pracochłonności. Dlatego spór o wody Jordanu i jego dystrybucję – niewielkiej przecież rzeki – przerodzić się może w kolejną – gospodarczą wojnę. Na razie Izrael siłą dyktuje warunki, jednak Syria jest panią sytuacji. Cierpi przy tym Jordania. Kto ma tam wodę – ten ma i rolnictwo, a przy tym nie ma bezrobocia i głodu. Jakże inny to świat od naszego, w którym rosną sobie same lasy i łąki, a głównym problemem jest nadprodukcja żywności.


W czasie wyjazdu wydaliśmy na dwie 440 USD, z tego większość to opłaty na granicach, autobusy i taksówki - ale tym razem nie oszczędzaliśmy. Prawie wszędzie jeździliśmy taksówkami. Dzięki temu wyprawa, która miała trwać 6 dni trwała 3 dni. Mogę poradzić dwie rzeczy: po pierwsze nie warto jechać do Taby aby tanio zrealizować wyjazd do Izraela, z Sharm el Sheikh wyjdzie dużo taniej, tylko niestety dłużej – tam łatwo złapać autobus kursowy. Po drugie w Jordanii i Izraelu najlepiej podróżować w grupie 4 osób a zwłaszcza w Jordanii powinno się wynajmować taksówkę na cały dzień (za jakieś 50-60 JD), z kolei w Izraelu na wszelkie krótkie odcinki do 20 km powinno się brać taksówkę płatną wg taksometru – w grupie wyjdzie nawet połowę taniej i dwa razy szybciej niż rejsowymi autobusami.

Pozdrawiam wszystkich. Informacje tu zawarte są jak najbardziej prawdziwe. Niestety nie mogę przytoczyć wszystkich ponieważ i tak wyszła mała książka. Mam tylko nadzieję, że się Wam podobało.
  • podaj adres e-mail odbiorcy *
    Jeśli wiadomość chcesz wysłać do większej liczby odbiorców adresy oddziel przecinkami.
  • podaj swoje imię
    podaj swój e-mail *

    Pola oznaczone gwiazdką (*) są obowiązkowe
Wyślij
Zgłoś uwagi do strony Zamknij 
Twoje pytanie zostało przesłane do osoby odpowiedzialnej w biurze wakacje.pl za jej sprzedaż przez Internet. Odpowiedź zostanie udzielona Państwu (e-mail'em lub telefonicznie) tak szybko jak to możliwe.

W przypadku niejasności prosimy o kontakt:

tel. 801 ­455 401, +48 58 ­325 29 00
Już teraz życzymy Państwu udanego wypoczynku.
Dziękujemy za wysłanie formularza!
Doradca Wakacje.pl skontaktuje się z Państwem telefonicznie lub e-mailem!
Rezerwacja telefoniczna
801 ­455 401
koszt 0,49 zł/min z VAT
Dziękujemy za przekazanie nam swoich uwag!
Rezerwacja telefoniczna
801 ­455 401
koszt 0,49 zł/min z VAT
Twoje zapytanie właśnie trafiło do jednego z wakacyjnych doradców.
W najbliższym czasie nasz specjalista skontaktuje się z Tobą w celu udzielenia odpowiedzi.

Dziękujemy za kontakt i już teraz życzymy udanych podróży z Wakacje.pl
Dziękujemy. Twój formularz został wysłany.
Dziękujemy.
Nasz konsultant skontaktuje się z Tobą na adres mailowy lub nr podany w formularzu.

Pola oznaczone gwiazdką (*) są obowiązkowe

Potwierdzam zapoznanie się z polityką prywatności oraz wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych podanych w formularzu przez Enovatis S.A. w celu:

Wyślij