Djerba - hotel Prima Life Garden Park
autor: Jagoda
dodane: 2006-05-19
termin-wycieczki:
Wychodząc na plażę przechodziliśmy koło M1 kotów hotelowych. Nawet koty mają swoje lokum. Super. A zaraz za płotem czekała nas niespodzianka. Stał sobie zaniedbany wielbłąd ze swoim opiekunem. Za przejazd na grzbiecie chciał 5 dinarów, a za zdjęcie 2 dinary. Oczywiście to była cena wyjściowa. Ja za jedno zdjęcie (a zrobiłam 4) nie zapłaciłam ani pół dinara. Dlaczego? Patrzyłam na tego wyleniałego, zaniedbanego wielbłąda, przywiązanego do drzewa, bez grama wody o jedzeniu nie wspomnę. Jedno co widziałam i mogę stwierdzić z całą pewnością - o zwierzęta się tam nie dbam. Pomyślałam- poczekaj tłumoku dam ci nauczkę. Zażyczyłam sobie zrobienie zdjęcia z wielbłądem. W końcu to Afryka - trzeba mieć pamiątkę z egzotycznymi zwierzętom. Podeszłam więc do biedaka, wzięłam go za "uzdę" i prosiłam właściciela o pstryknięcie. Zrobił to ale cyfrówki mają to do siebie, że jak się pokaże zrobione zdjęcie to natychmiast pojawia się opcja robienia dalszych zdjęć. Podeszłam więc do niego i mówię, że zdjęcia nie ma. On na migi mi pokazał że zrobi jeszcze jedno, ja owszem. Mój numer się powtórzył w sumie 4 razy (zdjęcie w różnych ujęciach). Wreszcie doszło do finalizacji 0 ja nie ma zdjęcia nie ma dinarów. Pokazuję mu aparat (nie przestawiałam na podgląd zdjęć). No i ciemna masa się nabrała. Jednak nawet kobieta to istota myśląca. Nabrałam właściciela ale skrzywdziłam biedne zwierzę, przecież ona na tego chłystka pracował. Trudno. Przyznaję się do błędu. O kąpaniu się w morzu nie było mowy, ale spacery poza terenem hotelu były niesamowitą frajdą. Na terenie parku znajdował się też plac zabaw dla dzieci. wracając ze spaceru niemal zawsze z Sylwią odpoczywałyśmy na dziecięcych huśtawkach. Dobrze, że się pode mną nie zarwała, ale byłoby kino.
iadałam przy basenie tak aby wszystko widzieć. Muzyka leciała non stop, rytmy głównie disco. Organizowane były np. konkursy mini golfa, strzelania z łuku. A przed południem była joga i areobik wodny. Nawet któregoś dnia (a była w miarę ładna pogoda) ćwiczyłam w basenie areobik. Wezwania do uczestniczenia w nim ku uciesze polaków były w języku polskim. Tak samo było np. w wieczornym bingo. Cyfry powtarzane były w kilku językach. Wieczorem po kolacji, aby się posiłek dobrze rozmieścił w brzusiu chodziliśmy na spacery wzdłuż plaży. W czasie tego pierwszego pobytu postanowiłam zaszaleć. Chodził po terenie hotelu pracownik (okazało się że nie animator) oferujący tatuaż hennowy. . Zaszalałam i zażyczyłam sobie umieszczenie go nad lewą kostką. Zapłaciłam wprawdzie jak cygan za matkę ale cóż. Niestety ów "gentelmen" parał się chyba dodatkowym zajęciem "Żigolaka". Myślałam, że zrozumiałam go opatrznie przez swój słaby angielski, ale okazało się że jego intencje odczytałam prawidłowo. Nie podałam mu numeru pokoju i unikałam go do końca pobytu. We właściwym zrozumieniu jego szaleńczych intencji utwierdziła mnie mama Gabrysi jako że i jej oferował wiadome usługi. Kurza morda - emerytka mogącą być jego matką. Ani urody gwiazd Hollywoodu, ani figury Twiggy a tu taka propozycja?????? Uśmiałam się potem setnie. No cóż nieważne z kim aby zarobić - widocznie takie było jego motto. Telewizja była tylko arabska, niewiele można było zrozumieć jeśli cokolwiek można wysnuć po reportażach. Atmeosfera była raczej smutna - byliśmy tam w czasie odejścia od nas Ojca Świętego. Nastrój ten wyczuwał się bardzo wyraźnie wśród polaków. Niestety jedna z pań hołdowała zasadzie, nikt mnie nie widzi, nikt mnie nie zna. Właściwie przez tydzień pobytu nie widziałam jest w stanie wskazującym na ...................trzeźwość. Tych nietrzeźwych naszych rodaków niestety nie było mało. Wstyd, ale dlaczego później nasi rodacy mają pretensje o złe traktowanie. To oczywiste. Jednym z takich osób był chyba były pracownik służb b. mający jakiś ośrodek wypoczynkowy nad naszym morzem. Wybrał się na wycieczkę na wyspę flamingów. Po południu wychodząc po powrocie, wycieczka nieudana, flamingów nie było. Ale był powód do trunkowania. W cieplejsze dni mogliśmy korzystać z basenu. Między basenem dla dorosłych i dla dzieci była jakby wchodząca w głąb basenu budowla - chyba przepompownia wody. Wchodziło się po schodach na górę, a widok był piękny. Obracając się dookoła oglądaliśmy cały kompleks naszego hotelu. Oczywiście nie wytrzymałam i zażyczyłam sobie zrobienie zdjęcia. Ale też w czasie tego pobytu zaszalałam. Chodzący po terenie hotelu macher od tatuażu oferował zrobienie z henny gdziekolwiek na ciele rysunek. Jak twierdził to co nas pokazywał to były jego dzieła. Nie było to takie tanie. Najpierw byłam dość oporna. Najpierw sugerowałam się, że w moim wieku nie wypada, potem znajdowałam inną przyczynę - był oprócz ciemnej karnacji do złudzenia przypominający mojego byłego męża. Niestety ów "GARFOMAN" oferował też inne usługi. W końcu uległam emocjom i zafundowałam sobie nad kostką różę. Pokazywałam zdjęcie na nazwanej przeze mnie przepompowni wody. Poniżej był basen którego oświetlenie wieczorne sprawiało jakbyśmy siedzieli na tratwie na wodzie. Naprzeciwko tego barku była nazwana przez mnie rura która zjeżdżało się do basenu. Jeśli ktoś znając mnie powie że skorzystałam z tego to się myli. Jako urodzony tchórz oceniłam głębokość basenu po zjeżdżaniu tą rurą jest dla mnie za głęboko. Ja niestety do dobrych pływaków nie należę (prawie wcale nie umiem pływać). Czuje się dobrze jak czuje grunt pod nogami. Była też mniejsza rura dla dzieci, ale tu wstyd - stara krowa na zjeżdżalni dziecięcej. Dałam sobie spokój. Za to wieczorami animatorzy dwoili się i troili dla umilenia nam czasu. Jak to radocha siedząc w głównych holu móc obserwować innych, popijać kawusię i np. winko, delektować się papieroskiem i słuchać muzyki granej na bębnie.
Na drugi wylot na Djerbę czekałam aż 5 miesięcy. Oczywiście cały czas działałam na forum. Wiedziałam że wybiorę się do tego samego hotelu i znałam przynajmniej w przybliżeniu miesiąc wylotu. A wylatywałam 23 września 2005 r. Na miesiąc przed wyjazdem, mając juz voucher prężnie przystąpiłam do zbierania grupy z która mogłabym spędzić miło czas. Najpierw szło mi dość opornie, a raczej inni byli niezbyt zorganizowani. Ja jestem dośś uparta. Ponawiałam swoje pytania kto leci w moim terminie. Kilka osób wyraziło chęć rozmowy czy raczej współpracy ze mną. Wreszcie jakoś doszliśmy i na forum i prywatnie w korespondencji emailowej do porozumienia. Miałam przylecieć 23 tj. w godzinach lunchu. Więc z jedna młoda parą i jedną Panią (młodszą ode mnie) umówiłam się na godź 10.00 rano w sobotę przy recepcji. Oni lecieli samolotem w nocy z piątku na sobotę. Jak się wyśpią to przyjdą. Ok. Byłam jednak pełna nadziei, że chociaż zechcą zobaczyć z kim się umówili z czystej ciekawości. O godź 6.20 byłam już na lotnisku, rozglądałam się ciekawie kto leci na Djerbę, dość uważnie studiowałam twarze a nuż spotkam się z nimi na jakiejś wycieczce. Zaraz po wejściu do samolotu który leciał z Djerby przez Wrocław do Warszawy i ponownie na Djerbę okazało się, że miejsce które mi przydzielono jest zajęte. Siedziałam tam przeurocza para. Piękna blondynka z włosami do pasa, zadbanymi, ze zrobionymi pasemkami, nogi do szyi a obok niej pewny siebie młodzian, wygadany ale sympatyczny. Ponieważ w samolocie było dużo miejsc, można było sobie wybrać przy oknie czy nie? Ganc pomada. Siadłam jednak na trzeciego i zaczęliśmy pogawędkę. Pomna jak poznałam małżeństwo na lotniku w Warszawie pomyślałam znowu mam towarzystwo. W trakcie rozmowy wyszło, że lecą do tego samego hotelu tylko na 2 a nie na 1 tydzień. Dobra nasza. Opowiedziałam im jak się umówiłam z ludźmi z forum, w ten sposób zbierając towarzystwo. HURA - będzie nas więcej. Młodzi Martusia z Krzysiem okazali się świeżo poślubionymi małżonkami w podróży poślubnej. Dolejechaliśmy do hotelu. Uprzedziłam ich o sposobie witania. Byli zaskoczeni ale też zauroczeni. Po rozpakowaniu wróciliśmy do barku na drinka, omówiliśmy co możemy robić i umówiliśmy się na śniadania. Młodzi muszą być sami. Poszłam więc sama na wieczorne show gdzie przedstawiano HOLLYWOOD PRODUCTION - rewelacja, Parodia w wykonaniu animatorów Greese, albo Zorro to prawdziwy majstersztyk. Powalona wrażeniami i jednak trochę zmęczona poszłam spatki, a rano,......
jak ta krucha kobietka miesza z błotem samego dyrektora. Obiecał wymianę pokoju nazajutrz zaraz po śniadaniu. Dla relaksu siedliśmy przy kawce. Jakież było zdziwienie owej Pani która poszła do pokoju przebrać się do wyjścia na spacer i zastała pracownik hotelu pod jej "schowkiem na szczotki" i wręczył pismo o tym, że pokój już na nią czeka. Wreszcie miała taki sam jak ja. A cofając się trochę w czasie w trakcie drugiego pobytu miałam numer pokoju o 1 mniejszy niż za pierwszym razem. Uśmiałam się z tego serdecznie. Po spotkaniu z rezydentką, ponieważ ciągle nie mogliśmy wymienić pieniędzy udaliśmy się na poszukiwanie innego hotelu z kantorem. A trzeba Wam wiedzieć, że one wszystkie maja możliwość wymiany. Po drodze robiliśmy sobie zdjęcia przy tablicach z napisami arabskimi, niech nikt nie wątpili gdzie byliśmy. Nie byłam gorsza i również poprosiłam Hanusię o pstryk pstryk,. Zresztą robiliśmy sobie zdjęcia wzajemnie. Nie trzeba było prosić miejscowych. Czy wymiana pieniędzy doszła do skutku?????? Po wielu kilometrach naszej wędrówki w poszukiwaniu hotelu z kantorem do wymiany mieliśmy dość. W każdym hotelu dokąd dotarliśmy to albo nie było kantoru? albo nie wolno było tam wymienić bo tylko dla ich turystów, a wreszcie gdy dotarliśmy do hotelu obok naszego kazano nam czekać ok. pół godziny. Dobra nasza - nie odprawiono nas z kwitkiem, jest szansa. W oczekiwaniu na tą możliwość cała grupą poszliśmy ten hotel zwiedzić. W końcu pięciogwiazdkowy Vincci Alkantara Thalasa. Oceniliśmy jego gwiazdki. Owszem hol piękny, posadzka marmurowa, w środku holu fontanna. Wyszliśmy na główny taras. Widok ładny (zauważcie że nie piszę piękny). Doszliśmy do wniosku, że basen u nich jest jeden, mały, a na dodatek daleko do plaży. Wróciliśmy za blisko godzinę i okazało się że nie mamy szczęścia. Wymiana nie doszła do skutku. Zdenerwowanie nasze sięgnęło zenitu. Co to za porządki. Gdybyśmy chcieli jechać do Midun to za co jak nie mieliśmy miejscowej waluty. Szlag by to trafił. Ale to nie w naszym stylu długo zachowywać zdenerwowanie. Wróciliśmy do hotelu, panowie zamówili dla nas kawkę i winko, dla siebie piwko. I jak się później okazało i weszło w nawyk siedliśmy nad basenem na "naradę produkcyją". Zawsze na tych naszych wieczornych spotkaniach wymienialiśmy poglądy i robiliśmy plany na następny dzień. Nie ukrywam, że przewodniczyłam tej Radzie Programowej jako osoba, która już poznała trochę i okolice i sposób wypoczynku. Ciągle dręczyła nas myśl jak wymienić kasę. Wspólnie doszliśmy do wniosku, że na spotkaniu następnego dnia z rezydentem - tym razem panem zwanym przez turystów "KOJAKIEM" wyjaśnimy sprawę braku waluty w kantorze. Oczywiście na tych spotkaniach mówiliśmy także o sobie, aby się lepiej poznać. A było co opowiadać, młodzi mówili o swoich ceremoniach ślubnych a my z Hanusią słuchałyśmy i wspominałyśmy jak nasze córki brały ślub, jakie były suknie, wiązanki, co goście jedli itp. Przy tym było śmiechu co niemiara. Po kolacji uzgodniliśmy wspólnie oglądać wieczorne show. A było co oglądać. Przysięgam wam. Zawsze na tych naszych wieczornych spotkaniach wymienialiśmy poglądy i robiliśmy plany na następny dzień. Nie ukrywam, że przewodniczyłam tej Radzie Programowej jako osoba, która już poznała trochę i okolice i sposób wypoczynku. Ciągle dręczyła nas myśl jak wymienić kasę. Obejrzeliśmy wieczorne show przy piwku, winku po czym w ciut lepszych nastrojach poszliśmy spać. Następnego dnia zaraz po śniadanku ruszyliśmy na plażę. W końcu po co człowiek poleciał do ciepłych krajów. "Wypada" przywieźć trochę słońca na plecach. Jako osoba niezbyt umiejąca pływać brodziłam sobie po wodzie popychana dość dużą falą. Niedaleko od brzegu była w wodzie taka wspaniała pryzma olbrzymich kamieni. Bardzo chciałam tam wejść do zdjęcia, ale okazało się to niemożliwe, bowiem kamienie były bardzo śliskie, fala dosłownie przewracała. Bałam się, że złamię sobie nogę lub nie daj Boże złamię kark. Po przedpudniowej zabawie w wodzie poszliśmy na obiadem i swoim zwyczajem nawet przy obiedzie buzie się nam nie zamykały. Pomysłów na spędzenie czasu mieliśmy mnóstwo. Siadając przy basenie mogliśmy bez problemu obserwować pracę animatorów. A trzeba Wam wiedzieć, że dopuściłam się przestępstwa. Przed wylotem znajoma (której nigdy nie widziałam, a poznałam na forum) przysłała mi paczkę do wręczenia jednenu z nich tj. animatorów. W chwili powitania powiedziałam mu, że mam dla niego paczkę i od kogo. To on odprowadził mnie do pokoju gdzie ów upominek mu wręczyłam. Od tej chwili zawsze kiedy mnie widział usmiechał się do mnie. Drugi którego tez znałam ciągle coś do mnie zagadywał, ale ja niekumata w angielskim odpowiadałam półsłówkami. Ale zażyczyłam sobie wspólne zdjęcie, a co?
Doczekaliśmy wreszcie wieczoru, kiedy zjawił się KOJAK i wreszcie.......... Wreszcie doczekaliśmy się KOJAKA. Wyszliśmy przed hotel jemu na spotkanie. Człowiek ten jest pełen poczucia humoru. Przywitaliśmy go a raczej ja słowami "nareszcie królu jedyny" Przedstawiliśmy mu nasz problem z wymianą pieniędzy. Nie wiem skąd ale on o tym wiedział. W związku z tym przyniósł ze sobą kasę i bardzo rzetelnie nam ją wymienił. Poinformował nas o wycieczkach gdzie i za ile. Nowością było wprowadzenie jednodniowej wycieczki na Saharę. Mówię nowością, bo w czasie mojego pierwszego pobytu wycieczka była jedna. A wyglądało to następująco - ferma krokodyli - 13 dinarów z własnym dojazdem, wycieczka dookoła wyspy 22 dinary, Sahara ok. 180 dinarów, dwudniowa a jednodniowa 90 dinarów. Zaczęliśmy analizować i rozpatrywać gdzie kto pojedzie, jak wykupiłam wycieczkę dookoła wyspy a ze mną Marta i Krzysio, Hanusia, Paweł i Dominika jedniodniową Saharę. Jedynie Kamilka i Marek nie mogli się zdecydować. A ponieważ zostawali jeszcze tydzień to mieli czas na przemyślenia. Mieliśmy pieniądze mogliśmy już sobie zarządzić samodzielną wycieczkę na zakupy do Midun. Wieczorem jak zwykle show. Był tez czas w środku dnia nawet na drinka przy basenie. Brałyśmy udział w wodnym areobiku. Rany ależ to była frajda. W poniedziałek pojechaliśmy dwoma taksówkami do Midun. Pochodziliśmy po bazarze, kupiliśmy sobie pamiątki. Ja bardzo chciałam kupić piękny szaliczek i oczywiście pareo. Nasze dziewczyny takie miały i szalenie mi się to podobało. JA TEŻ CHCIAŁAM MIEĆ TAKIE. Po targach co jest w ich zwyczaju kupiliśmy co trzeba. Ale nam ciągle było za mało. Wsiedliśmy znowu w taksówki i pojechaliśmy do następnej miejscowości. Nazwy nie pamiętam. Był tam supermarket. Zaopatrzyłam się w chałwę, wodę mineralną. Wracaliśmy już jak było ciemno. Szokujący to widok. Co kilkaset metrów latarnia a tak ciemno "jak u murzyna na czarnej kawie". Ja zawsze siedziałam przy kierowcy. Płaciłam a w hotelu kwoty zapłacone przeze mnie dzieliliśmy między ilość osób jadących taksówką i natychmiast się rozliczaliśmy. Było to bardzo dobre posunięcie. Gdybym jechała np. sama to w obie strony do Midun zapłaciłabym ok. 5 dinarów, a tak na osobę wypadało ok. 2 dinarów. Czysty zysk dla wszystkich. Nasze poranki wyglądały mniej więcej tak samo. Po śniadanku chodziliśmy na plaże oddawać się rozkosznym kąpielom słonecznym. Trzeba było jednak bardzo uważać. Tu słońce opala trochę inaczej niż nasze. Codziennie też wypatrywałam na plaży obok ekipy prowadzącej loty spadochronowe za motorówka. Wiatr był dość silny i za duże ryzyko. A po południu chodziliśmy na spacery. Między jedną a drugą plażą był wchodzący w morze kawałek lądu przypominający molo. Dochodziliśmy wtedy do starej latarni morskiej. Któregoś popołudnia poszliśmy tam jak zwykle. Był wtedy odpływ. Urzekł nas widok zakotwiczonej łodzi ok. 500 metrów od brzegu i idącego do niej rybaka. Woda sięgała mu do kolan. Nasze młode dziewczyny jak kozice górskie skakały po kamieniach, które stanowiły wzmocnienie tego mola. Najpierw usłyszeliśmy krzyk a potem dopiero zorientowaliśmy się, że dziewczyny zaraz przy tych skałach dojrzały kraba. I co zrobiły - oczywiście zeszły na dół. Żywe uciekły, a ten którego znalazły był niestety martwy. Ale została pamiątka. Po powrocie do hotelu na podwieczorek (dopiero podczas drugiego pobytu dowiedziałam się że jest coś takiego). Uwielbiam frytki to na nie chodziłam, ale nie codziennie. Nie mieliśmy czasu się nudzić, bo albo pływaliśmy w basenie, albo trwały nasze rozmowy na szczycie, albo rozmowy niekontrolowane. Byliśmy w sowim towarzystwie bardzo zgrani. To dziwne, bo przedtem nigdy się nie widzieliśmy. Przy wieczornym drinku omówiliśmy plan na następny dzień. Jedziemy na farmę krokodyli. Nie wykupowaliśmy tej wycieczki u KOJAKA. Dojazd i opłacona u niego wycieczka okazała się za droga. Czas upływał błyskawicznie a ja z uporem maniaka krzyczałam "Nie wyjadę dopóki nie polecę" Siła wyższa. Czekałam na pogodę w miarę bezwietrzną 3 dni poczekam i czwarty. Niebo było ciągle pochmurne, ale kąpać się tak jak Paweł nie było problemu. Grunt to umieć pływać.
Oczyma wyobraźni zobaczyłam siebie lądującą w morzu, przykrywa mnie czasza spadochronu i nie ma szans na wydostanie się z wody. Szybko podjęłam decyzję za 20 dinarów lecę z młodym przystojniakiem. Targi trochę trwały, ale Kamilka była nieustępliwa i zgodzili się na tą kwotę. Zaczęliśmy przygotowania do lotu. Najpierw włożenie kapoku i nałożenie uprzęży, potem niestety trzeba było podać wagę. Pewnie żeby wyregulować napięcie i siłę do ciągnięcia przez motorówkę. Wszystko zostało przygotowane, zapłacone awansem i w drogę. Nie wiedziałam jak wygląda start więc byłam zaskoczona jak lina się napięła i po dosłownie dwóch krokach byłam w powietrzu. Uniosłam się jak motylek w górę, nie byłam w stanie ocenić na jakiej wysokości. Ponieważ było pochmurno, chmury odbijały się w morzu które wydawało się stalowe. Wiaterek we włosach, słoneczko prażyło a ja czułam się leciutka jak piórko. Patrzyłam szeroko otwartymi oczami na zmniejszające się sylwetki ludzi. Polecieliśmy daleko, daleko. Polecieliśmy daleko i wysoko. Nie wiem jak wysoko i daleko poelcieliśmy bo patrzyłam z góry na malutkich ludzików na plaży. Lot trwał w sumie około 10 minut. Potem zawróciliśmy. Z góry widziałam ścieżki naszych spacerów, budkę z napojami (należącą do naszego hotelu) a także naszą plażę. Bo trzeba Wam wiedzieć, że część hoteli ma wyznaczone plaże do swoich terenów. W drodze powrotnej widziałam, że niebawem będziemy w miejscu lądowania. Tymczasem niemal na wysokości plażowania mojej grupy młodzieniec lecący ze mną obniżył lot, zrobił akrobacje odchylenia się do tyłu i dotknięcia ręką wody. Chciałam i ja dotknąć chociaż piętą, ale mi się nie udało. Tak przechylił spadochron że byłam wyżej od niego i nie dosięgnęłam. W międzyczasie lukałam na plażę, szukając wzrokiem moich współtowarzyszy. Pomachałam im z góry. Zaraz potem wzniesliśmy się w gorę tylko po to aby wylądować. Lądowanie było bardzo udane. Nie ma obaw że zaryję w piasku bo nie zdążyłam dotknąć nogami plaży a już dwóch panów z obsługi trzymało liny spadochronu. I tak oto wylądowałam. Zdejmując kapok i uwalniając się z uprzęży krzyczałam głośno "słuchajcie to było boskie" Poszłiśmy razem z Kamilką, Dominisią i Markiem do swoich leżaków. Gęba mi się śmiała od ucha do ucha. Nie mogłam uwierzyć że leciałam. Doszliśmy do reszty naszej grupy. Ja rozradowana zapytałam "widzieliście - leciałam" na co Paweł - mąż Dominiki człowiek o ogromnym poczuciu humoru odpowiedział "jasne że widzieliśmy - poznaliśmy cię po kolczykach". Śmiechu było co niemiara. Zaraz potem sięgnęłam do torebki, wyciągnęłam komórkę i napisałam POLECIAŁAM,WRÓCIAŁAM, BYŁO BOSKO" Teraz już wiecie skąd się wziął ten tytuł. Po obiedzie mieliśmy zaplanowany wyjazd na fermę krokodyli. Tak więc dzień się jeszcze nie skończył a my już mieliśmy tyle wrażeń.
Czekaliśmy trochę, zanim teren fermy opustoszeje. Nasi panowie poszli na zwiady znaleźć młodego opiekuna krokodyli. Ponieważ ów młodzieniec uznał nas za studentów (??) poczuliśmy się trochę dziwnie - przynajmniej ja. Wspólnie zdecydowaliśmy się na małą zbiórkę. w sumie zebraliśmy chyba 4 dinary. Obserwowaliśmy jeszcze jak ten chłopak wchodził poza ogrodzony teren w bezpośrednim kontakcie z tymi krokodylami, aby uprzątnąć to co zostało z posiłku. Wyglądało to naprawdę nieciekawie. Szczotką ryżową na długim kiju zmiatał do basenu zęby i tp. Fuj. Wreszcie nasz przewodnik zaprowadził nas do pomieszczenia, które stanowiło dla świeżo wyklutych krokodylków i te które miały się dopiero wykluć coś w rodzaju inkubatora. Wchodziliśmy po 4 osoby, a stawaliśmy tak aby przez szybę nie było widać co robimy. Każdy z nas trzymał malucha na ręku. Wrażenie niesamowite. Twarda szczęka, a ciałko aksamitne. Ich opiekun cały czas czuwał nad nimi. Po wejściu naszej drugiej części grupy panowie wręczyli mu nasz napiwek. Nie chciał przyjąć, ale namówiliśmy go. W końcu narażał się dla nas. Byliśmy z tej wycieczki szalenie zadowoleni. Wróciliśmy do hotelu taksówkami jak zawsze dwiema. Zdążyliśmy akurat na kolację. A po kolacji jak zwykle nasza narada produkcyjna w cieniu palmy. Tym razem była urozmaicona bo oglądaliśmy nagranie Marka z mojego lotu. Oj pośmieliśmy się bardzo. Wieczorem znowu poszliśmy na show, ale tym razem z tańcami. A to znaczy, że zostałam zaproszona do tańca przez ...........Przed spotkaniem dzisiejszym postanowiłam skrobnąć jeszcze trochę. Przed wieczornym show zawsze odbywały się tańce. Część turystów siedziała przed sceną i słuchała muzyki. Animatorzy chodzili wśród nas i wybierali sobie kogoś do tańca. Nie powiem - ja też zostałam zaproszona. Zanim poszłam tańczyć, jak małolata prosiłam swoich znajomych wręczając im moją kamerę i aparat do zrobienia zdjęcia ewentualnie sfilmoania swoich pląsów. Śmiechu przy tym było co niemiara. Przyznać jednak muszę, że wszelkie tańce wykonywane na scenie przez animatorów były rewelacyjne. Natomiast tańce "w stylu wolnych" - niestety to było deptanie po palcach. Zastanawiałam się jak to możliwe. Jedyne co mi przyszło na myśl to, że była dobra choreografia i ich rutyna. Zawsze wydawało mi się, że ludzie z czarnego lądu rytm mają we krwi. Oj zawiodłam się i to bardzo. Ponieważ uwielbiam tańczyć chwilami miałam ochotę wg swojego rytmu poprowadzić ten taniec. Potem było wieczorne show, na którym zawsze uczestniczyliśmy, siadaliśmy wtedy w stylu naszych narad produkcyjnych, popijaliśmy winko, piwo i co tam kto chciał.