7 dni w Toskanii
autor: Magdalena R.
dodane: 2006-09-20
termin-wycieczki: sierpień 2006
Do Pino dojeżdżaliśmy następego dnia zwiedzając po drodze jeszcze Wenecję. Ostatni odcinek trasy był koszmarny. Była już noc, lał deszcz, a my poruszaliśmy się w potwornych korkach na odcinku autostrady Bolonia-Florencja . Byłam wykończona i psychicznie i fizycznie – od ciągłego naciskania sprzęgła bolała mnie nawet noga. Nie można było nawet zjechać, bo nie było parkingu ani żadnych zatoczek na odpoczynek. Dojechaliśmy ok. 23.00. Wnieśliśmy bagaże i skrzynki z prowiantem i poszliśmy spać. Chłopcy mieli nocować w namiocie, bo jak na 10 osób byłoby nam ciasno w apartamencie przeznaczonym na 6 osób, ale namiot nie był rozłożony, więc kazaliśmy im położyć się w kuchni na podłodze. W nocy obudziło mnie jakieś małe zamieszanie w kuchni. Marcin i Szymon nie spali. Słyszałam jakieś strzępy ich rozmów : „ O, tam! Świeć tutaj ! Szybko, tam ! Jest za tą skrzynką ! Tam jedna przebiegła!” Po chwili Marcin przyszedł z latarką. „ Mamo, tam są myszy ! Nie dają nam spać, bo dobrały się do chrupek i chipsów i szeleszczą” Kazałam im więc umieścić skrzynki z jedzeniem na stole i poszliśmy spać. Potem już myszy nam nie dokuczały, bo chłopcy spali w namiotach i nikt nie słyszał chrobotania w nocy. Tylko w ostatni dzień okazało się, że jedna była przyciśnięta puszką, którą ktoś zbyt energicznie postawił.
Jeszcze tego samego dnia odwiedziliśmy średniowieczne miasteczko San Gimignano, gdzie nawet przyjeżdża czasami Tony Blair. Z daleka wygląda nieciekawie. Sterczące proste wieże kojarzą się bardziej z jakąś fabryką niż ze redniowiecznym „Manhattanem”. Przechadzając się wąskimi uliczkami przypatruję się starym murom, które zadziwiają swoją prostotą i niezmiennością przez wieki. Zmieniają się ludzie, mody, szyldy nad sklepami, a mury wciąż pozostają te same. Tu znajduje się najsłynniejsza lodziarnia na świecie. Lody są wyśmienite.
Tomek wspominał o tym, żeby wybrać się na targ do Certaldo. Zapomniał tylko wspomnieć, że można tam kupić tylko coś do jedzenia. Całe tony ciuchów są teraz i u nas , więc nie ma co się nastawiać, że się kupi jakieś rękodzieło, wyroby rzemieślnicze, ceramikę, ręcznie robione serwety czy też pamiątki z II wojny światowej (tego akurat Szymon oczekiwał). Zakupiliśmy więc chleb, oliwki i owoce i podjęliśmy decyzję o zrealizowaniu planu wiele razy odrzucanego z powodu nizliczonych tłumów, ,zapchanych parkingów, kolejek do muzeów i toalet, itd. a mianowicie - zwiedzenie , a raczej odwiedzenieFlorencji. Zaparkowaliśmy na parkingu Michel Angelo wskazanym przez Tomka i nawet były wolne miejsca. Stąd rozlega się ładny widok na Florencję, ale trzeba kawałek schodzić w dół, żeby dostać się na starówkę. Po drodze minęliśmy kilka mostów i znależliśmy się nagle w gęstym tłumie turystów . Trudno trzymać się razem w 10-osobowej grupie , kiedy cały czas ktoś się przepycha. Okazało się, że te tłumy to kolejka do galerii. My nie mieliśmy na to czasu. Trudno. Pozostało nam podziwiać dzieła Leonarda da Vinci, Michała Anioła, Rafaela, Boticellego itd. tak, jak do tej pory - czyli na obrazkach w przewodnikach turystycznych lub szkolnych podręcznikach. Dobrze, że chociaż Dawida, tzn. kopię wystawili na dwór. Rzeczywiście ma trochę za długie ręce, ale podobno miał być umieszczony gdzieś wysoko i patrzenie z dołu miało dawać bardzo proporcjonalny widok ( nawiasem mówiąc ja bym mu jeszcze co nieco powiększyła). Koło Dawida ktoś gra na gitarze. Polak. W Wenecji też jakieś dziewczyny zawodziły „Zegarmistrza światła”. Chyba wyszli z założenia, że to dobry i przyjemny zarobek. Murzyni natomiast nie śpiewają, tylko sprzedają masowo torebki i zegarki. Torebki mają ułożone na szmatach i kartonach, które szybko można złożyć kiedy przechodzi policjant. Taki karton składa się jak teczka z uchwytem, który jest tak naprawdę rączką jednej z torebek „Gucci”. Tak więc co parę minut tłum turystów powiększa się o czarnoskórych panów z kartonowymi teczkami. Marcin i Szymon opanowali do perfekcji handlowe słownictwo i akcent Murzynów i wyrazili niezwykłą chęć dokonania jakiegoś zakupu. Przypomniało mi się, że kiedyś w Paryżu zakupiłam torebkę o wartości 200 franków za 20 franków poprzez uporczywie upieranie się przy swojej cenie. Teraz mogłabym zapłacić 5 euro za torebkę. Potem też Ania i Jola wyraziły chęć posiadania takiej torebki, a Szymon stwierdził, że by wziął jeszcze jedną dla babci. Ostatecznie można by stanąć gdzieś pośrodku tych Murzynów i krzyknąć „ My friend, I want to buy 4 bags ! 4 bags, my friend ! „, po czym wszyscy Murzyni by się zlecieli proponując coraz niższe ceny. Niestety, nie udało się nam zrealizować tego zakupu, bo w miarę dalszego przemieszczania się było coraz więcej policji. Ale nie po to zresztą przyjechaliśmy do Florencji. Miasto nam się bardzo podobało. Doszliśmy do przepięknej katedry, którą obeszliśmy dookoła podziwiając tysiące rzeżb, fasady, portale, wszystko w najmniejszych szczegółach doskonałe. Nie było czasu, żeby stać w kolejce do środka, ponieważ ja chciałam jeszcze wejść do Ogrodów Boboli. Przy wejściu pani kasjerka zwołała po 8 euro od osoby, ale na szczęście my to Polonia, Papież., a więc 4 euro od osoby. W tych ogrodach trzeba się bardzo nachodzić, żeby gdzieś dojść. Przyjemnie jest trafić do kącika z kolekcją lilii wodnych i kwiatami większymi niż moja głowa. Można też chodzić i chodzić widząc tylko 3-metrowe żywopłoty po obu stronach alejki, a już najtrudniej jest znależć wyjście. Przekonaliśmy się o tym spóźniając się o ok. 40 minut w umówione miejsce. Trzeba było szybko wracać, bo wieczorem mieliśmy wieczór z pizzą. Pizzy i wina miało byc do oporu w cenie 15 euro od osoby. Kiedy wróciliśmy, trwały już przygotowania.
Asia przygotowała ciasto i dodatki, a Tomek rozpalał piec. Taki piec do pizzy to jak osobna dobudówka do domu. Jak się go pprządnie rozpali, to trzyma ponoć ciepło nawet do 3 dni i jest tak duży, że można wejść do środka. Doszło jeszcze kilka rodzin Polaków, którzy mieszkali w pobliskich domach i wspólnie biesiadowaliśmy do północy. Pizza była wyśmienita, komponowana za każdym razem z innymi dodatkami. A może by tak zrobić pizzę z nutellą i bananami ? Czemu nie . Dzieci się rzuciły do jedzenia. Dla mnie już nie starczyło, ale i tak pobiłam wszystkie swoje rekordy w ilości zjedzonej pizzy, a niektórzy w ilości wypitego wina. Nikt oczywiście się nie upił, bo każdy, komu już szumiało w głowie wymykał się cichaczem i po prostu szedł spać. Ogólnie był to bardzo wesoły wieczór.Gorzej było rankiem, już nie wszystkim było tak wesoło. A miał to być dzień wyprawy Landroverem po okolicy połączony z degustacją wina. Brrrrr ! Zły dzień na degustację. Nie można było wybrać gorzej. Zawiózł nas Tomek tak, jak było planowane do swojej znajomej – Kristiny, abyśmy zapoznali się z procesem produkcji wina. Kristina opowiadała, a Tomek tłumaczył. Tu spotkało mnie małe rozczarowanie. Przyglądając się krajobrazom i domom, które nie zmieniły się od stuleci tu zaskoczyła nas nowozesność. Wielkie, metalowe zbiorniki na wino, czystość, sterylność, klimatyzacja i wszystko zmechanizowane. A wię tu nie obowiązuje prawo dotyczące domów, aby wszystko zachowało tradycję i średniowieczny wygląd. Szkoda. Dobrze, że jest chociaż jedno pomieszczenie z drewnianymi beczkami. Wino z drewnianej beczki smakuje lepiej niż z metalowej. Ciekawe, że wszyscy próbują tylko po małym łyczku, a resztę wylewają do miski wskazanej przez Kristinę. Potem można zakupić wino i oliwę produkowaną w tutejszej posiadłości. Szybko obliczyliśmy w pamięci, że przy tych cenach Kristina musi dokładać do interesu.
Wieczorem jeszcze pojechaliśmy zobaczyć starówkę w Certaldo. Miasteczko jestbardzo urocze i zadziwia nas brak turystów. Mają przecież stare, zabytkowe, wąskie uliczki, piękny widok na okolicę i jeszcze kolejkę, która przywiezie każdego do góry, żeby się nie przemęczał. Zjadamy bułki z lodem (ciekawe, kto to wymyślił) . Wracając zatrzymuę się na stacji benzynowej żeby zatankować, ale wszystko jest już pozamykane. Jest jakiś automat do saoobsługi. Próbujemy się doczytać jak to działa i wkładamy banknot z najniższym nominałem na wszelki wypadek gdyby nam to coś pożarło pieniądze. Niestety, banknot zostaje zwrócony i benzyna nie leci. Wreszcie jakiś Włoch nam pomaga, przy czym jego pomoc polega na odpowiednim rozprostowaniu banknotu. Możemy teraz spokojnie wrócić do domu. Jest ciemno. W światłach reflektorów nagle pojawia się jakieś dziwne zwierzę. Jest biało-czarne, ma wielkie sterczące kolce zwłaszcza na karku i spokojnie sobie przechodzi , bym na drugą stronę ulicy. Ni to jeż, ni to zwierzę. Jeżozwierz. Kiedyś oglądaliśmy to w podręcznikach szkolnych , ale nigdy nie myślałam, że da się to spotkać na ulicy.
Nadszedł ostatni dzień naszego pobytu w Pino. Wreszcie jedziemy do Sieny. Musieliśmy odłożyć tą wycieczkę na ostatni dzień, bo wcześniej było palio. To taki wyścig konny, w którym biorą udział reprezentanci 17 okręgów Sieny. Przygotowują się ponoć do tego przez cały rok, każdy okręg ma nawet swoją flagę. Wyścig odbywa się w centrum miasta, na wielkim placu w kształcie wachlarza. Przyciąga to do siebie niezliczone tłumy mieszkańców i turystów, przez co miasto staje się prawie sparaliżowane. Na szczęście w piątek było już po zawodach. Siena urzekła nas swoim urokiem. Wiedzieliśmy,że nam się tu spodoba, ale nie myśleliśmy, że aż tak. To, co gdzie indziej było małą, zabytkową starówką – tutaj było całym miastem. Średniowieczne kamienice, przy których zazwyczaj turysci robią sobie zdjęcia były tutaj zwykłymi domami z praniem rozwieszanym na całej szerokości ulicy. Urokliwe zakątki były zwyczajnymi podwórkami. Można było błądzić tymi ulizkami odnosząc wrażenie nieprzemijającej prostoty i jakiegoś zatrzymania w czasie. Wydawało się, że każda zmiana elewacji, jakis niepotrzebny remont zakłóciłby tą harmonię starych murów opowiadających historię miasta i jej mieszkańców. Podobno od XII wieku Florencja walczyła ze Sieną o to, które z miast będzie wywierać większe wpływy w państwie. Po epidemii zarazy , która ze 100-tysięcznego miasta pozostawiła Sienę zaledwie 30-tysięczną , miasto poddało się Florencji. Florencja tłumiła rozwój Sieny mając ją stale pod kontrolą, ale dzięki temu Siena zachowała swój sredniowieczny wygląd do dzisiaj. Najdardziej godną zobaczenia w Sienie jest katedra. Z zewnątrz nie wygląda tak bogato jak katedra we Florencji, ale za to kiedy się wejdzie do środka, każdy właściwie szczegół budzi zachwyt. Żadne zdjęcia nie oddadzą tego, co przeżywa się w środku. Zastanawiam się ilu artystów, rzeźbiarzy , malarzy, budowniczych musiało tutaj pracować całymi latami, aby osiągnąć efekt, jaki możemy teraz oglądać, aby każdy detal doprowadzić do doskonałości i ile mieli w sobie wytrwalości i wiary. Spędziliśmy w katedrze ponad godzinę przyglądając się jej wnętrzu. Chłopcy, chociaż przeważnie nie lubią zwiedzania kościołów, tutaj chodzili oglądając wszystko jak zahipnotyzowai. Niewątpliwie jest to najpiękniejsza katedra, jaką w życiu widzieliśmy.