Ogłoszenie

Przerwany
Nie masz jeszcze żadnego powiadomienia.

Birmańska parasolka :)

Przerwany
X
 
  • Filtruj
  • Czas
  • Pokaż
Wyczyść wszystko
nowe posty

  • Birmańska parasolka :)

    Birmańska parasolka
    Była kiedyś taka bajka o nieprawdziwym kapeluszu z nieprawdziwego Laosu… Birmańska parasolka jest najprawdziwszą parasolką z najprawdziwszej Birmy… taka na słońce i na deszcz
    Ale w Mandalaj jeszcze jej nie było. Znaczy się była, była – leżała gdzieś w kącie małego sklepiku i czekała na swoją wspaniałą przyszłość… i na nas
    Do Mandalaj dolecieliśmy z AirAsią całkiem sporym samolocikiem odrzutowym, z Bangkoku. Ludków w samolociku było duuużo… więc… więc nie zwlekaliśmy z wysiadką i odbiorem bagaży. A później na nas napadli. Normalnie napadli – zagrodzili drogę w kilku i przekrzykując jeden drugiego starali się nas złapać. „TAXI? TAXI??? TAXI!!!”. Kilka zwodów i uników i ufff! jesteśmy wolni!
    A gdzie ten autobus? Aaa! Jest! Wielkie czerwono-białe logo AirAsia – pędzimy! Machamy naszymi pokładówkami i ładujemy plecaki i walizę (małż i tym razem nie dał się namówić na zmianę swojego wakacyjnego wizerunku z „człowiek z walizą” na „człowiek z plecakiem”). Miejsc wolnych jeszcze dużo, a to znaczy, że poczekamy. Więc czekamy i myślimy cieplutko o AirAsia – z lotniska do miasta ze 40 km, miło więc, że w cenie biletu lotniczego mamy darmową podwózkę .
    Ruszamy. Chłopak ma listę – to se odhacza: numer lotu, nazwisko – zgadza się… następny… Za oknem płasko, zielono i słonecznie. I sennie… Chociaż… już, już pojawiają się stópki i pagórki… Co? Nie stópki – tylko stupki! I nie pagórki – tylko pagódki! To znaczy – małe stupy i małe pagody .
    Po sprawdzeniu uprawnień chłopak przechodzi do ataku. Gdzieś z tyłu autobusu gadka:
    - A skąd jesteście? Macie zarezerwowany hotel? A na jutro macie transport i przewodnika?
    Nasza kolej – te same pytania i nasze odpowiedzi:
    - Z Polski. Mamy. Nie mamy.
    On - To ja mam dla was propozycję - i tratatatatata… i tratatatata…
    On - Hmmm???
    My - Jeszcze nie wiemy
    On - tratatatata… i tratatatata - wciska nam wizytówkę z adresem mailowym…
    Wysiadka. I tutaj znów nas napadają! Chłopak zręcznie lawiruje wśród napadniętych i napadających. Przedstawia nam:
    - To mój brat. Zawiezie was do hotelu”.
    My - Eee… to nie daleko jest – pójdziemy sobie.
    Wydobywamy się z tłumu napadniętych i napadających. I co dalej? Żar leje się z nieba. I co dalej? Z pamięci próbuję odtworzyć mapę z google map. To z pewnością jest gdzieś niedaleko… ulice mają numerki: hotel mamy na fiędziesiątej, a jesteśmy na… fiędziesiątej fiustej … albo na fiędziesiątej fiątej? Acha! Wreszcie włącza nam się niuch – znaczy się naturalny gps - musimy iść TAM!
    Niuch doprowadza nas, bez skuchy, do hotelu – tu będziemy kwaterować trzy noce. A później… a później polecimy do Nyaung Shwe. Polecimy… jeśli tylko zapłacimy za nasze zarezerwowane w AirMandalay bilety . To będzie nasze pierwsze, trudne (?) zadanie: dotrzeć do biura AirMandalay i zapłacić. Z korespondencji z Panem Moe Moe wiemy, że biuro mieści się na fiemdziesiątej fiustej między fiudziestą fiątą i fiudzietstą i że płacić można tylko gotówką! (o tym przypominał nam ze trzy razy). Damy radę! trafimy!
    Trafiamy! Przedstawiamy się i nasze dolary . Sprawdzają nas i nasze dolary. My – w porządku, mają nas na liście. Nasze dolary… poddają dogłębnej a.nalizie. Stówka – dobra! Pięćdziesiątka – dobra! A dziesiątki, piątki i dwójki???
    - Nieeee! Tych nie możemy przyjąć! Ten banknot pomięty, ten zagięty, a ten popisany… Macie inne?
    Mamy, mamy, jeszcze mamy… i płacimy idealnymi nówkami nieśmiganymi jeszcze dolkami
    I jest gorąco! I pić się chce! To po drodze trafiamy do knajpki, z lokalnym życiodajnym napojem: Mandalay Beer. Knajpka pusta – my się przyglądamy i nam się przyglądaj. Nam chyba bardziej . Po raz pierwszy atrakcją jesteśmy. Orzeszki gratisowe zjadamy, piwo schłodzone wypijamy i spadamy . Dziś mamy w planie jeszcze Mandalay Hill.
    Gdzieśtam bierzemy taksówkę…
    - Dokąd? - pyta kierowca?
    - A tam – na wzgórze” – odpowiadamy śmiało.
    Esami-floresami dojeżdżamy…
    - buty, buty zdejmijcie! wam przechowam!
    Boso, po schodach i windą () docieramy na szczyt. Pięknie! I słonko zachodzi i magia się budzi i dzwonki dzwonią i piękny luk na miasto … chociaż słonka zachodzącego nie widać Bo chmury!






























  • #2
    Wielkie dzięki gaan za pierwszą, od długiego czasu; prawdziwą RELACJĘ
    z podróży na tym forum !

    Warto było czekać !

    Coś się stało z ostatnim zdjęciem

    Ostatnio edytowane przez oldi ; https://www.wakacje.pl/forum/member/39090-oldi o 2nd October 2014, H:i Powód: odzyskane zdjęcie autorki

    Komentarz


    • gaan
      gaan skomentowane
      Edycja komentarza

      Rzeczywiście ... ostatnie się (?) wykasowało

    • gaan
      gaan skomentowane
      Edycja komentarza
      Oldi! Jesteś Wielki! Jak Ci się to udało?

    • oldi
      oldi skomentowane
      Edycja komentarza
      Z adresu obrazka : wakacje.pl/forum/core/%20https://lh6.googleusercontent.com/-8QHF5qfuhLE/VCrkZCcrcnI/AAAAAAAAHVw/AmoCJYkjzvY/s640/DSC_0030.JPG
      usunąłem to co przed adresem z Google było i już

  • #3
    Hejka Gaan , fajnie , że piszesz
    o tym , że zdjęcia wklejasz to już nie wspomnę
    oglądam i czytam , a w zasadzie to na odwrót
    oczywiście czekam na więcej

    Komentarz


    • gaan
      gaan skomentowane
      Edycja komentarza

  • #4
    Piętnaście minut w lewo! Piętnaście minut w prawo! Albo więcej! Głodni, głodni, głodni! W ciemnościach szukamy restauracji, baru, knajpy, ceratowych stolików… czegokolwiek, gdzie dadzą nam JEŚĆ!!! Może poszliśmy na łatwiznę nie skręcając gdzieś w bok z ulicy, przy której jest nasz hotel (tylko w lewo i w prawo na fiędziesiątej)? A może fiędziesiąta jest na totalnym zadupiu? Ooo! Są! Są stoliki! Nawet jeden, na zewnątrz, jest wolny. I już mordka się śmieje . Krótko się rozglądam… w tej knajpie są sami miejscowi faceci… nie jedzą tylko piją… piwo i coś jeszcze… Mam ochotę powiedzieć: ja się wcale nie boję... A co mi tam! Siadam tyłem do większości gości i oczywiście przodem do ulicy. Zamawiamy „mandalaje” i zastanawiamy się jak mogą smakować potrawy z karty… Kelner przyniósł już schłodzone kufle i zroszone wodą, zimne butelki piwa. Miękniemy – a raz kozie śmierć! Zamawiamy. Staram się nie rozglądać, nie przyglądać biesiadnikom, ale ciekawość zwycięża – nastawiam wzrok na „ostrość z daleka”, trochę zezuję iii… już wiem z małych buteleczek popijają rum. Tego jeszcze w Azji nie widziałam – chłopaki z przyjemnością raczą się dość mocnym trunkiem. „Woda rozmowna” porozwiązywała już im języki, więc dyskutują głośno. W końcu my przyzwyczailiśmy się do nich, a oni do nas i patrzymy na siebie. Uśmiech za uśmiech i jest miło. A nasze jedzenie jest pyszne i niedrogie. I chociaż podejrzewamy, że do ceny doliczony został dodatek specjalny „za białą twarz” to około dwa i pół tysiąca kyatów za jedno danie brzmi… bardziej niż zadowalająco . Płacimy w kyatach, bo wymieniliśmy już trochę naszych (nieśmiganych) $ na MMK (Myanmar Kyat… byliśmy rozumiani, gdy wymawialiśmy [cziat] ) – po kursie około 1$=900 MMK.
    Z zadowolonymi brzuszkami wracamy do hotelu. Wreszcie musimy umówić się z kimś na jutro. Ze dwadzieścia razy nas dzisiaj zaczepiali, zachęcali i przekonywali, że u nich najtaniej, najlepiej i w ogóle super. A my jak głazy: tak, tak… pomyślimy… zastanowimy się… A teraz już ciemna noc i nikt nas już nie zaczepia . Heh! Pogadamy w hotelu.
    Nie musimy się wysilać – przy odbiorze klucza sami nas uprzejmie zagadują:
    - A jutro?
    - Jutro chcemy do trzech miast
    - Trzy miasta? Aaa… to tutaj mamy dla was propozycję – recepcjonista podaje nam ulotkę
    - Świetnie! Z angielskojęzycznym przewodnikiem? A jaka cena?
    Cena nie odbiega od tych ulicznych, więc… po naradzie w pokoju, małż wraca do recepcji, bukuje i płaci .
    Super! To teraz do sklepiku i spróbujemy, co to jest ten birmański rum.
    Próbujemy.
    - Puk puk!!
    - Kogo tam?
    - Puk puk puk!!!
    - Eee?
    Otwieram
    - Jest mi bardzo, bardzo przykro – to recepcjonista – Niestety, ale wycieczka… ale cena… Przykro mi to już nieaktualne – promocja się skończyła. Teraz cena… - podaje o 50% wyższą cenę
    - ???
    - Bardzo, bardzo mi przykro. Tutaj są wasze pieniądze – chłopak sprawia wrażenie, że naprawdę mu przykro.
    - Ale za taką samą cenę możemy zamówić wam taksówkę na cały dzień… tak będzie dla was lepiej
    - Ok. Zastanowimy się. Przykro nam…
    Przesympatyczny chłopak w ukłonach oddala się.
    I co dalej? I co dalej? Trzeba znów zejść na dół. Bo jeśli kierowca będzie mówił po angielsku… i będzie nam osobistym przewodnikiem… i jeszcze zawiezie nas tam gdzie chcemy, a nawet dalej… tooo… dlaczego nie?
    Umówieni! Jutro o 9-tej!

    Komentarz


    • gaan
      gaan skomentowane
      Edycja komentarza
      Dziś niestety bez obrazków... Jutro będzie lepiej - z "trzech miast" mam tyle zdjęć, że będzie trudno się zdecydować

    • oldi
      oldi skomentowane
      Edycja komentarza
      Nawet bez obrazków widziałem i smutek recepcjonisty i oszronione butelki piwa

  • #5
    Dotarłam i ja jupiii!!!
    Już mi się podoba bo widzę, że nie będzie to relacja typowo hotelowa
    Czekam na cd.

    Komentarz


    • #6
      no tak anulka82503 .... Gaan , to same takie "hotelowe" wyjazdy robi , nic tylko leży na leżaku i delektuje się all eksjuzmi , a później ściemnia na forum - sam czasem poleżę na takim leżaku , więc nie jest to złośliwość , bo tu czasem ludzie nie znają się na żartach
      Gaan jest super .... obyś wytrwała do końca - relacji , lub mojego
      p.s. rozumiem , że nie rozpieścisz nas więcej niż jednym postem dziennie

      Komentarz


      • gaan
        gaan skomentowane
        Edycja komentarza
        Lubię leżakować
        Nie rozpieszczę

    • #7
      Wojtek ja się bardzo cieszę, że Gaan zabierze mnie tam gdzie jeszcze nie byłam. Lubię podróżować wirtualnie, a jeśli chodzi o leżaczek-też lubię

      Komentarz


      • gaan
        gaan skomentowane
        Edycja komentarza

    • #8
      Hejka,
      Muszę się przyznać, że bardzo rzadko bywam na forum, więc trafiło mi się jak ślepej kurze ziarnko.
      Wygląda na to, że Wy tam naprawdę byliście :-)
      Pisz Gaan-usia pisz bo nie mogę się doczekać co było dalej.

      Komentarz


      • gaan
        gaan skomentowane
        Edycja komentarza
        Naprawdę! Byliśmy!!!

    • #9
      Heloł, heloł
      Jest! Relacja z Birmy!
      Jakie cudne fotki...kolory pierwsza klasa
      Gaanusia, Łasuch dobrze pisze...i co było dalej?

      Komentarz


      • gaan
        gaan skomentowane
        Edycja komentarza
        Kolory... i zapachy... ale tu się nie da się...

    • #10
      Śniadanie w hotelu… cóż, przypominam sobie jak bardzo lubię chlebuś i bułeczki . A małż i młody wymiatają łychami aż miło, a miarowo trzęsące się uszy studzą ich zupki. Pochłaniają też jakieś warzywa z kluskami albo mięso z ryżem…Smaruję słabo przypieczony tost słonym masłem i bardzo słodkim dżemem… Podsumowanie śniadania:
      Oni – Pycha!
      Ja – Jadalne.
      Nasz kierowca już czeka.
      - Halo!- uśmiecha się
      - Mingalaba – też się uśmiechamy
      Mingalaba – znaczy dzień dobry – już przed naszą podróżą znaliśmy to bardzo ładnie brzmiące słowo. Za to dziękuję… wielokrotnie prosiliśmy, żeby nam powoli i wyraźnie wymówili i… i tak nie pamiętam jak to leciało
      Nasz samochodzik jest malutki (chyba jakaś hondzia), bez klimy i z kierownicą po prawej stronie. A ruch w Birmie jest… też prawostronny.
      Podobno jeden z wojskowych przywódców, ze strachu, że jego koszmarny sen o prawicowym przewrocie ziści się w niekontrolowany sposób postanowił, że sam tego przewrotu dokona. Iii… z dnia na dzień zmieniono ruch lewostronny (spadek po anglikach) na prawostronny! Ot pomysłowy! A samochody jak miały kierownice po prawej stronie, tak im zostało . Wciąż sprowadzane są używane, a nawet nowe samochody z Tajlandii i chyba Japonii z kierownicą po prawej stronie. Nawet autobusy miejskie i ciężarówki… A komu to przeszkadza? I mają swoje sposoby: często z przodu na karoserii po lewej stronie samochodu z „prawą kierownicą” są zamontowane sporawe lusterka. I się jedzie.
      Kierowca-przewodnik z uśmiechem uprzejmie się pyta:
      - To najpierw pojedziemy do Pagody Mahamuni?
      - Ok. – ochoczo się zgadzamy, bo przecież to nasz uśmiechnięty wie lepiej, jaka trasa będzie najlepsza.
      Pagoda Mahamuni to jedno z najważniejszych miejsc dla buddystów w Birmie, a na pewno najważniejsze w Mandalaj i okolicy. Dlatego mnóstwo tutaj zadumanych, skupionych pielgrzymów. I dlatego… krótkie spodenki moich chłopaków – nie przejdą! Trzeba pożyczyć coś, co ukryje ich nieskromne kolana i łydki. Coś to oczywiście londżi (longyi)! Londżi to uniwersalny unisek.sualny strój dla kobiet, mężczyzn i dzieci… Eee… dla dzieci nie – chłopięta i dziewczęta używają portek i spódniczek .
      Wchodzimy. Podniosłe recytacje zagęszczają atmosferę. Nasz przewodnik-kierowca opowiada i z dumą i z ciekawością spogląda na nas z pytaniem w oczach: „czy wam się podoba? czy czujecie atmosferę?”. Czujemy. Podoba się.



      - Madame, proszę wybaczyć… tam (palcem do góry) pójdziemy tylko my (palcem na małża i młodego) – z zakłopotaniem tłumaczy mi.
      Czytam napis „dla kobiet zabronione”… albo jakoś tak podobnie. Trudno, trudno popatrzę sobie z dołu do góry.
      A w górze – to znaczy tam, gdzie trzeba wejść po schodkach – lśniący wieeeelki posąg Buddy. Mężczyźni chodzą dookoła i głaszczą i dotykają… A nie! Już wiem! Gdzieś to już widziałam – przyklejają cieniusieńkie płatki złota.






      A ja, zaczepiona przez pielgrzyma ucinam sobie krótką pogawędkę: a skąd jesteś? a jak ci się podoba w Birmie? a ja to pochodzę z prowincji xxx i uczę się angielskiego i mam dwie siostry i brata… Sympatycznie
      Później i ja mogę coś pogłaskać – khmerskie posągi z brązu (pochodzące z Angkoru) zgromadzone w kompleksie świątynnym mają ponoć cudowną moc. Boli cię kolano – pogłaszcz kolano, brzuszek – pogłaszcz brzuszek. Posągi mają wypolerowane niektóre części ciała, a innych wcale nie mają – wygłaskane???




      Plan napięty – musimy jechać dalej.
      Następny przystanek: klasztor… chyba to było w Amarapura…








      Trochę nam głupio zaglądać do sypialni i jadalni mnichów… chociaż nasz przewodnik-kierowca gorąco zachęca. Opowiada o mnisich strojach… że kiedyś mnisi zbierali skrawki materiału (od tych, którym już nie były potrzebne – zmarłych), zszywali i barwili. A że tradycja wciąż żywa, więc nadal zszywają.





      Trafiamy do kuchni. Ojej! Ile cebuli!





      Przewodnik-kierowca opowiada jak to całe wioski, aby spełnić najlepszy uczynek, fundują jednodniowe wyżywienie dla całego zakonu (nie wiem czy takiego słowa można użyć, aleee… poszło!). A zakon to tysiąc luda! nie jest lekko. Olbrzymia tablica cała zakółkowana jest (ach ten birmański alfabet ) nazwiskami darczyńców!



      Kierowca-przewodnik wiezie nas teraz na punkt widokowy.
      Łał!!! Pięknie

      CDN...

      Komentarz


      • #11
        Mnisi zawsze mnie intrygowali Właśnie ostatnio natknęłam się na mnichów z Bago, którzy wychodzą każdego ranka zbierać od okolicznych mieszkańców jałmużnę. To było niesamowite! Zdziwiło mnie tylko, że wszyscy byli młodzi hmmm.
        Pisz Gaan

        Komentarz


        • #12
          Gaan , ja za Twoją sprawą , też poczułem atmosferę miejsca .....
          dzięki za kolejną porcję wrażeń

          Komentarz


          • #13
            Czekam i czekam i aż się nie mogę doczekać... co było dalej?
            Pisz kwiatuszko pisz.

            Komentarz


            • gaan
              gaan skomentowane
              Edycja komentarza
              Się robi się... zgodnie z czasem wolnym

          • #14
            To jak już widzieliśmy wzgórze z dołu, to teraz popatrzymy ze wzgórza na dół. Zawiezieni do podnóża, zaczynamy wspinaczkę – zakosami (sap, sap…), po schodach (sap, sap, sap…), w górę (sssappp, sssaaappp, sssssaaaappppp…). Sapiemy sobie wesoło i pot po plecach leje się . A na górze znajdujemy, co? Pagodę
            Ale są też sklepiki z dewocjonaliami (?) iii… duperelami. I jest też kobitka z praniem – właśnie wróciła z upranymi szmatkami i rozwiesza, a maluch jej towarzyszący jeszcze ma mokre włosy. Pewnie było i pranie i kąpiel.



            Okoliczne wzgórza z okolicznymi biało-złotymi pagodami – pięknie wyglądają.








            Teraz zakosami i schodkami w dół – bez sapania . Spoceni, ale zadowoleni odnajdujemy na parkingu naszego kierowcę
            - I jak? – się pyta niespocony.
            - Pięknie!
            - A chcecie zobaczyć tkalnię?
            - Dlaczego nie? – odpowiadamy… i myślę sobie: odpoczniemy chwilkę i butów nie będziemy musieli zdejmować i po schodach łazić nie będzie trzeba…
            Młode dziewczyny siedzą przy swoich warsztatach – to nie jest ściema dla turystów – one naprawdę robią tkaniny! Przewodnik-kierowca wyjaśnia:
            - Te piękne tkaniny powstają na zamówienie. Najczęściej szyje się z nich ślubne szaty – dla pana młodego i dla pani młodej.
            Niteczki cieniutkie, wzór misterny, dziewczyny młode.
            - Głównie dziewczyny pracują tutaj. Młode! Bo, kiedy mają trzydzieści kilka lat, to wzrok już nie ten…



            Wychodzimy.
            - A jak chcecie coś kupić, to sklep jest po drugiej stronie ulicy.
            Acha! Sklep! Dla turystów!!! Nie chcemy… ale z grzeczności idziemy.
            No i co? Małż nie słucha się mnie, kiedy mówię, że ceny tutaj są „turystyczne”. Oczy mu się świecą, mordka śmieje… Kupuje! W brązowo-beżową kratkę – londżi!!! Gdzie on w tym będzie chodził?
            - Oj tam, oj tam. Tutaj będę chodził – a niech mu tam już będzie – radość za kilka tysięcy kyatów .
            Łapię w kadr mniszki:



            I jedziemy dalej.
            - Teraz was zawiozę do łódki. Na drugim brzegu wynajmiecie sobie dorożkę i was zawiezie gdzie trzeba. A ja sobie poczekam.
            - Ale my nie chcemy dorożki! Nie możesz nas tam zawieżć?
            - Mogę, ale to będzie dodatkowo kosztować…
            - Ok.









            Wszyscy zadowoleni.
            Oprócz woźniców, którzy w którymś momencie jakoś tak nieprzyjaźnie burczą na naszego pana
            Śliczne ceglane pagody i inne dowody dawnej świetności…
            I w pięknych okolicznościach – rybak z wędką.



            Zachód słońca nadchodzi – to teraz już tylko na U Bein Bridge:
            Przeszłam tylko kilkadziesiąt metrów i jakoś tak się boję – poręczy brak, deski (tekowe) skrzypią, ludzi mnóstwo… popchną, potrącą i chlup do wody będzie. Tutaj sobie posiedzę, a młody i małż niech idą dalej…












            Tłumy! Tłumy miejscowych. Wszyscy przyjechali oglądać zachód. Stragany i straganiki. Jedzenie gotowane i grillowane. Pamiątki do postawienia i do noszenia – koszulki pamiątkowe…
            Czy znajdziemy naszego przewodnika-kierowcę na parkingu?
            Dzień był piękny – pełen wrażeń. Trzy miasta – trzy stolice: Sagaing, Inwa i Amarapura.
            Pięknie

            Komentarz


            • #15
              Poczytałem, pooglądałem i ...
              spać nie muszę bo mi się takie cuda nie przyśnią
              Dzięki gaan !
              Taki album podróżniczy Twojego pióra i szkiełka widzę w księgarni Pod Globusem

              Komentarz


              • gaan
                gaan skomentowane
                Edycja komentarza
                żarciki

              • oldi
                oldi skomentowane
                Edycja komentarza
                Żartowałem jak byłem mały,
                teraz się wstydzę
            Trwa
            X