Ogłoszenie

Przerwany
Nie masz jeszcze żadnego powiadomienia.

Strzelając w mnicha :)

Przerwany
X
  • Filtruj
  • Czas
  • Pokaż
Wyczyść wszystko
nowe posty

  • Strzelając w mnicha :)

    • No i czemu ty znowu lufą w mnicha celujesz? - pyta małż
    • Lufą w mnicha? Aaa... nie wiem... celownik mi się chyba zepsuł i już tylko na mnicha reaguje... Eeeee... bo jakoś tak... przykuwają moją uwagę te szkarłatne szaty i wygolone głowy... Eeee... nie wiem... Bo tak! - plączę się w zeznaniach, zmyślam i próbuję znaleźć sens...

    Aleee... może od początku?

    ***
    Kilka miesięcy wcześniej...
    Azja! Azja! Azja! Znów tam będziemy!!! Głaszczę wydrukowane przed chwilką finairowskie e-bilety, jakbym miała poczuć JĄ pod palcami... A tu nic... tylko niebieskie, płaskie literki na białym papierze... I tylko myśli plączą się i gubią pomiędzy obco brzmiącymi nazwami: Luang Prabang, Wientian, Vang Vieng, Patuxai, Nong Khai, Phonsavan... Dżungla! Normalnie dżungla z dżunglowatymi krzaczorami! Jak to ogarnąć? Podobno maczetą można Po wycięciu „zbędnego” pojawić się powinna droga... nasz szlak... w Laosie
    Trzeba zrobić plan!!!

    ***
    Kilka miesięcy później...
    Na parkingu porzucamy samochód. I dzwoni Majka:
    • ...
    • Tak, tak, już jesteśmy w Warszawie
    • .
    • Dzięki, dzięki... Jestem jak zwykle przerażona... Taki długi lot...
    • Nie no... Damy radę! Mam nadzieję, że będzie pięknie!
    Wsiadamy do busa (podwózka z parkingu na lotnisko – w cenie parkowania) iii... uświadamiam sobie, że mam na sobie polarową kurtkę. Śliiiicznie! Zagadałam się z Majką, a polarek wykorzystał okazję, żeby niepostrzeżenie dostać się do samolotu (na moich plecach) i wkręcić się w naszą azjatycką podróż. Będzie noszony, wożony po Laosie.

    W Helsinkach mamy krótką przerwę. Tyle tylko, żeby przemieścić się z bramki do bramki (ten sam terminal) i stwierdzić, że trudno się tutaj zgubić - elektroniczne drogowskazy prowadzą bez skuchy.

    Jeszcze tylko dziesięć godzin prób skupienia się na czymś (sen? film? jakaś gra?... nic nie zadziałało ) i już (???) lądujemy... w Bangkoku
    A teraz... po otrzymaniu stempla w paszporcie... po odebraniu bagaży... po przebyciu setek metrów lotniskowymi korytarzami... Pierwszy sprawdzian mojego planu. Na drugim poziomie, przy wyjściu „ A 3” ma na nas czekać autobus – darmowa podwózka do Don Muang Airport (DMK). Czeka, czeka... a jakże ))
    • Bilety? - kobitka przed autobusem zaczepia delikatnie
    • (bilety? Aaa... bilety!) Mamy! Na lot Airasia do Udon Thani. Prooszę
    • Proooszę! - zaprasza kierowca
    Wymęczeni wielogodzinną podróżą nie potrafimy się w pełni cieszyć widokami zaokiennymi... ale jednak... uśmiechamy się. Jesteśmy tutaj! Oczami „dotykamy”... jest pięknie

  • #2
    Wiaderko kawy, fotel bujany, zapałki między powiekami i chłonę jak kiedyś Fiedlera !

    Komentarz


    • #3
      Gaan nocny marku
      Oldi

      Komentarz


      • #4
        Gaan, czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy. Poczatek brzmi ciekawie

        Komentarz


        • #5
          Gaan ale niespodzianka aż zacieram ręce i szykuje oczy

          Komentarz


          • #6
            No proszę , czyżbym miał wrodzone wyczucie czasu ?
            Ale w końcu Gaan przerwała zmowe milczenia

            Komentarz


            • #7
              A jak Wy mnie tu znaleźliście?
              Siadłam sobie w kątku... w ciemnym tralalątku...

              Komentarz


              • #8
                W Udon Thani jesteśmy około południa...
                Pierwsze wrażenie? Miasto kompletnie nie jest przygotowane na nasze przybycie Po wyjściu z lotniska nikt nas nie zaczepia ... nie wpycha do taksówki... nie próbuje zaciągnąć do „najlepszego” hotelu... Co się dzieje???
                A serio... kilka minut kręcimy się, żeby znaleźć taksówkę...
                Przechadzamy się. Staram się nie wkręcać w atmosferę... Mamy tutaj się tylko przespać!
                Szeroka ulica, przy której położony jest nasz hotel, tętni życiem. Na jej końcu stacja kolejowa, jakieś centrum handlowe i wielki „plac restauracyjny” - póki co świecący pustkami. Pewnie wieczorem się zaludnia. I jeszcze jest coś, co może być targiem... ale nie jest . Straszą nagie szczęki handlowe ()... Pewnie wieczorem...
                Wieczorem idziemy zobaczyć czy szczęki żyją. Żyją, żyją! I krzyczą: kup! kup! kup! Spodnie kup! Bluzkę kup! Kredki dla dziecka – kup! Fotel dla dziadka – kup! Pieska, kotka, rybkę... telefon, perfumy, torebkę... A jak się już zmęczysz kupowaniem i kwasy żołądkowe przypomną ci, że nie samym dobrami materialnymi człowiek żyje, to... jedz! jedz! jedz! O ile kotkom, kredkom i fotelom się oprzeć zdołaliśmy, to jednak jeść trzeba – żeby żyć! Chociaż czasami, zwłaszcza w Tajlandii, mam wrażenie, że jest całkiem na odwrót – to znaczy: żyć trzeba – żeby jeść! Mmmm... pysznie!
                Bladym świtem dnia następnego, około siódmej, pędzimy na stację trzeba kupić bilety. Te na dziś i te na zaś. Na dziś do Nong Khai i na zaś do Bangkoku. To mała stacyjka jest, więc wszystko załatwimy w jednym okienku. Pan z okienka jest miły. Milutko nas informuje, że na dziś to na pół godziny przed odjazdem – czyli, że jeszcze nie. A na zaś... to proszę bardzo.
                • Bangkok, Chiang Mai, 16 września... Proszę bardzo.
                • Dziękujemy...
                A po chwili:
                • Małż... pokaż te bilety... Ale tu stoi, że z Bangkoku do Chiang Mai!!!!
                Pan z okienka uśmiecha się:
                • Aaa... Chiang Mai – Bangkok... Proszę bardzo.
                I znów:
                • Małż... pokaż.. Godzina nie ta...
                Pan z okienka, drukuje kolejne bilety już się nie uśmiecha:
                • Proszę bardzo – cień uśmiechu przelatuje jednak przez twarz
                • Dziękuję – szeroooki uśmiech!
                Coś zjemy. Małż (przypominam – ekstremalny przypadek) zjada prawie surowe mięso niewiadomego pochodzenia (pomielone z jakiegoś zwierzaka), zawinięte w liść bananowy i podgrzane na węgielkach (grillowany tatar z... no właśnie... z czego?). Młody i ja (tradycjonaliści) w 7/11 kupujemy ciepłe bułeczki nadziewane... czymś... mięso chyba jakieś... na słodko
                Wracamy na stację. Pan z okienka nas przywołuje:
                • Już, już! Można kupić! Bilety do Nong Khai. Trzy?
                Ale niespodzianka . Pociąg miał być o 8:44... chyba będzie wcześniej
                Kupujemy bilety i siadamy sobie na ławkach, na peronie...
                Podróżnych niewielu... niby na nas nie patrzą, ale jednak się interesują...
                Wszyscy serdecznie nami się interesują... Jesteśmy czymś w rodzaju... atrakcji
                Podjeżdża pociąg.
                • Nong Khai, Nong Khai – życzliwie informują - drugi peron, drugi peron... troskliwie pokazują...
                Fajnie! Pięknie! Dziękujemy!
                Pędzimy na drugi peron i szukamy naszej trzeciej klasy. Wagon trzecioklasowy stoi se hen, hen... Wsiadamy, żeby wsiąść... jakoś się „przedrzemy” do „naszego” wagonu. Rusza! Staje! Acha! Cofnął się... ten pociąg. Aaa... Bo najpierw... stanął na stacji dla pierwszoklaśnych... rozładowali, załadowali... i się cofnął... Teraz „trójka” stoi na wprost peronu drugiego... Teraz my powinniśmy się ładować... Ale my już załadowani W wagonie restauracyjnym... Kawa, herbata, piwo....
                Jedziemy!!!

                Komentarz


                • #9
                  ..... Gaan i co dalej ???

                  Komentarz


                  • #10
                    Spokojnie Do strzelania jeszcze troszkę .
                    Daleko jeszcze do tego strzelania??

                    Komentarz


                    • #11
                      Aaa... bo tak się w kolory jesieni zapatrzyłam .
                      A jeśli chodzi o kolory... małż mnie strofował i absolutnie nakazał napisać, że szaty mnichów nie są szkarłatne!!! Absolutnie!
                      Nakazał napisać, że są szafranowe, kurkumowe, pomarańczowe... ale w żadnym razie nie szkarłatne
                      Tyż prawda
                      Ale szkarłatne też bywają

                      Komentarz


                      • #12
                        Pamiętam tę małą dziewczynkę, która przed wielu, wielu laty podskakiwała z radości i krztusiła się śmiechem rozmazując czarne kropki sadzy na nosie i policzkach. To była moja pierwsza podróż koleją, a że było to daaawno, daaaawno temu to pociąg ciągnęła ciuchcia węglowa . Z komina walił dym, a ja piszczałam z zachwytu wychylając się przez okno i obserwując iskierki przelatujące obok mojej twarzy. Do dziś bardzo lubię jeździć koleją. W podróż dookoła świata najchętniej wybrałabym się pociągiem .
                        A w Tajlandii, bilety trzeciej klasy taniuśkie... za dystans około 50 kilometrów zapłaciliśmy 11 batów od osoby – to mniej niż za ulgowy bilet na tramwaj w moim mieście. A tutaj mamy jeszcze gratis egzotyczne widoczki na zewnątrz i ciekawe scenki wewnątrz wagonu. Chłoniemy atmosferę i prawie jak wspomniana mała dziewczynka podskakujemy z radości. Chociaż pogoda powinna nas martwić: szarobure chmury wiszą na niebie i popaduje drobny deszczyk. Ale... my się wody nie boimy
                        Pociąg jedzie z Bangkoku i prowadzi wagony sypialne. Od czasu do czasu jakiś zaspany rozczochraniec wchodzi do „naszego” wagonu restauracyjnego i zamawia kawę.
                        Rozczochrańcy ziewając dopijają kawę, przygładzają fryzury i zbierają swoje manatki – zaraz będziemy na miejscu. Wszyscy wysiadają w Nong Khai. Nikt dalej nie pojedzie, bo pociąg kończy tutaj bieg
                        Lao? Lao? Lao? Na peronie zewsząd słychać to samo pytanie. Chętni łączą się w niewielkie stadka i podążają za wybranym „pastuszkiem” . Tylko my jakoś tak pod prąd:
                        • Lao? Lao?
                        • Nie... nie Lao. Budda Park! Budda Park! - (kto by zwracał uwagę na to, że prawidłowa nazwa to Sala Keoku... lub jakoś podobnie :)
                        • Aaa... Budda... to ja was tam zawiozę
                        Chwilę się targujemy. Nie za bardzo... bo i my i mężczyzna, któy nas zaczepił, jesteśmy w przymusowej sytuacji – wszystkie „owieczki” i wszyscy „pastuszkowie” pomknęli już ku granicy i jesteśmy skazani na siebie. Pan zawiezie nas w tę, poczeka na nas i przywiezie z powrotem.
                        Najpierw tylko oddamy nasze tobołki do przechowalni. Biegam dookoła, wypatruję, wypytuję... O jest! Pomieszczenie? Pokoik? Malutki magazynek? Nieee... kilka półek pod peronowym daszkiem i chłopak siedzący na stołeczku... to wystarczy! Chłopak wypisuje kwit płacimy 17 batów i w drogę!
                        Jedziemy z pół godziny. Na miejscu nie ma tłoku pogoda nie zachęca – siąpi drobny deszczyk. Podziwiamy ogromne, wielkie i całkiem nieduże rzeźby o zaskakujących kształtach.














                        "Krąg życia" – jakie to proste. Rodzimy się, dorastamy, łączymy w pary... a później w tych parach – wspieramy na starość...
















                        Zaglądamy do budynku, w którym urządzono kącik pamięci twórcy i założyciela tego... jak to nazwać?... projektu? Tworzył i zebrał grupkę uczniów w Laosie, a później musiał emigrować...
                        Ciekawa jestem czy ten drugi, a raczej pierwszy Park Rzeźb, który jest po drugiej stronie Mekongu (w Laosie) jest większy? piękniejszy? Ten nam się podoba
                        Jeszcze: walimy wielką pałą w ogromny talerz (to chyba się nazywa gong); podglądamy grupkę dziewcząt, które ciekawe swojej przyszłości wyciągają drobne ręce do wróżbity – chiromanty; zjadamy coś co miało być pysznym ciasteczkiem ryżowo- mangowym, a jest czymś bleeee... I wracamy do naszego tuk-tuka.
                        Wysiadamy i znów to samo pytanie:
                        • Lao? Lao? - z nadzieją
                        • Mhm!
                        • To ja zawiozę! - też z nadzieją
                        Krzywię się bo myślałam, że się przespacerujemy... ale może to nie był najlepszy pomysł?
                        • Ok!
                        Ustalamy końcową cenę (chyba 250 batów), odbieramy tobołki i pyrkamy... do Laosu
                        Granica... co to będzie? Jak to będzie?

                        Komentarz


                        • #13
                          no nie! dlaczego ja nie wiedzialam ze juz relacja zaczela sie?!!
                          gaan uwielbiam Cie czytac . Czekam na c.d.

                          Komentarz


                          • #14
                            O i cd dalszy Lao połknęłam Szczególnie pociągowa wersja, za mną chodzi Może tylko niekoniecznie jeszcze czas na Lao, ale coś tam sobie upatrzyłam, a co z tego wyjdzie hmmm zobaczymy, Tymczasem czekam na cd wirtualnej podróżny.
                            Ostatnio edytowane przez Mara78 ; https://www.wakacje.pl/forum/member/36222-mara78 o 15th October 2013, H:i

                            Komentarz


                            • #15
                              Gaan tak ładnie "maluje" słowami , swoją opowieść ...... że zdjęcia schodzą na drugi plan


                              Komentarz


                              Zobacz także

                              Przerwany

                              Porównaj oferty biur podróży na wakacje i wczasy Laos, wybierz ekskluzywny pakiet z wszystkim w cenie all inclusive. Atrakcyjne i tanie oferty wyjazdów last minute. Zanim wybierzesz się na wakacje przeczytaj opinie o apartamentach i hotelach.Zobacz oferty na lato 2014 firstminute do 35% taniej.
                              Trwa
                              X