Ogłoszenie

Przerwany
Nie masz jeszcze żadnego powiadomienia.

Madera - dlaczego warto tam jechać ?

Przerwany
X
 
  • Filtruj
  • Czas
  • Pokaż
Wyczyść wszystko
nowe posty

  • Madera - dlaczego warto tam jechać ?

    Witajcie! Właśnie wróciłam z Madery i chciałabym się z Wami podzielić moimi wrażeniami. Wakacje w pełni, może więc ktoś jeszcze skorzysta co nieco z naszych doświadczeń. Na wstępie chciałabym zaznaczyć, że są to MOJE SUBIEKTYWNE spostrzeżenia, ja to tak widziałam i tak oceniałam. Kazdy ma prawo mieć swoje zdanie, a z moim zgodzić się lub nie.... Decyzję o spędzeniu wakacji na Maderze podjęliśmy na początku maja. A zatem trzeba się teraz zdecydować jaki wybrać hotel i w jakim rejonie wyspy. Ponieważ kierunek ten nie był jeszcze zbyt popularny w Polsce, siegnęłam do niezawodnego TRIP ADVISORA. Jednocześnie poprosiłam o oferty dziewczyny z Apollo. Spisały się jak zwykle wyśmienicie i za dwa dni dostaliśmy pełną listę ofert na interesujący nas okres. Wybralismy hotel Golden Residence położony na obrzeżach stolicy wyspy - Funchal. Wprawdzie hotel jest zupełnie nowy - zaledwie rok w eksploatacji - miał sporo bardzo dobrych opinii zarówno na Trip Advisorze, jak i na Holidaycheck. A zatem decyzja zapadła. ... Sprawne załatwienie wszelkich formalności i oczekiwanie na wyjazd. Na szczęście było jeszcze dużo czasu na zebranie najpotrzebniejszych informacji i zaplanowanie tras wycieczek. W końcu nadszedł upragniony dzień wyjazdu. Musimy się dostać do Berlina, jedziemy więc najpierw pociągiem do Szczecina, a stamtąd mamy darmowe wouchery na przejazd pociągiem od polskiej granicy do miasta niemieckiego skąd następuje wylot.otrzymane z TUI. Podróż mija względnie szybko i bez opóźnień. Nieco po 22 - giej jesteśmy na miejscu. W Berlinie mamy na szczęście znajomych, u których przeczekamy noc. Mąż był wprawdzie przeciwny zwalaniu się komuś na głowę o takiej dziwnej porze, ale jakoś go przekonałam. Na sympatycznych pogaduszkach przy smacznej kolacji minęła prawie cała noc. Potem odwożą nas na godzinę 4 - tą skoro świt na lotnisko Tegel. Nasz samolot - linia Air Berlin - startuje jako pierwszy o godzinie 6 - tej. Wśród oczekujacych pasażerów jest wielu Polaków. Nie wiadomo tylko, czy są

  • #2
    Mamy do przebycia około 25 km. Jedziemy autostradą, mijając po drodze liczne kurorciki nadmorskie. Zabudowa dość gęsta, przeważają domy w pięknych ogrodach, na razie nie widać wielkich hoteli. Co chwilę autostrada wpada w dłuższy, bądź krótszy tunel wydrążony w twardej bazaltowej skale opadającej aż do morza, by chwilę później znaleźć się na wysokim wiadukcie przerzuconym nad przepaścią. Jak oni w tak ciężkich warunkach budowali tę drogę trudno sobie wyobrazić – nam Polakom – gdzie wielkim osiągnięciem jest wybudowanie w ciągu kilku lat w płaskim terenie kilkunastu km. autostrady? Nagle wypadamy z tunelu i oczom naszym ukazuje się amfiteatralnie opadające ku morzu miasto. To stolica wyspy – Funchal. Autostrada, zwana Rapidą, biegnie górą ponad miastem. Wspaniały widok rozciąga się na całą zatokę. Na horyzoncie widać ocean, nieco bliżej port i basen jachtowy, promenadę wysadzaną palmami, od czasu do czasu strzela w niebo wieża kościoła, a poza tym głównie czerwone dachy domów w otoczeniu zieleni. Mijamy w dole stare centrum miasta i widok zmienia się radykalnie. Niestety na niekorzyść.... To już współczesne betonowe blokowisko. Setki hoteli i apartamentowców. I to jeszcze nie koniec, widać dźwigi, a zatem betonowanie Madery będzie kontynuowane. Wprawdzie na ogół architektura jest nowoczesna i ciekawa, ale dla mnie beton pozostanie betonem. Po niespełna pół godzinie zjeżdżamy z autostrady i wąskimi krętymi uliczkami spadamy do morza. Na szczęście nasz hotel znajduje się na obrzeżach tego blokowiska. Jest nowy, oddany do użytku w lutym ub. roku, ale już widać, że wkrótce i on obudowany zostanie ze wszystkich stron. Golden Residence jest bardzo nowoczesny, wręcz designerski. Składa się z trzech brył budynków A, B i C. Budynek A stoi najwyżej na wzgórzu, a zarazem najbliżej dość ruchliwej drogi. Budynek B, w któRym jest recepcja znajduje się w środku, a od najniżej położonego nad samym morzem budynku C oddziela go mało uczęszczana, lokalna droga. Dostajemy pokój w budynku C. Chyba TUI ma najlepsze pokoje, albo po prostu mamy szczęście. Ponieważ przyjechaliśmy przed południem, nasze pokoje jeszcze nie są posprzątane. Oczywiście nie mamy pretensji, doba hotelowa rozpoczyna się od godziny 14 – tej. Zostawiamy walizki w recepcji i idziemy na wstępne rozeznanie terenu. Najbardziej interesuje nas najbliższe otoczenie „ naszego „ budynku C. Jest tu chyba centrum życia hotelowego. Budynek stoi prostopadle do morza, a więc wszystkie pokoje mają boczny widok na ocean, z wyjątkiem sześciu pokoi, które mają bezpośredni widok na morze. Przy hotelu jest basen, nie za duży, ale bardzo czysty, a wokół niego parasole i łóżka do opalania, przebieralnie i prysznic. Na parterze jest restauracja z barkiem i kawiarnią na tarasie. Na klifie opadającym stromo do morza jest taras widokowy z ławeczkami. Teren obsadzony jest ładnymi roślinami i ma dobrze utrzymany ogród, ale widać, że jest on jeszcze „ młody „ i nie za bardzo wyrośnięty. Z pewnością w tym klimacie wkrótce będzie tu bujna zieleń. Po niespełna godzinie szuka nas recepcjonistka i wręcza kartę magnetyczną, nasz pokój jest już gotowy, a w nim czekają na nas bagaże. Pokój jest funkcjonalny, nowocześnie i gustownie urządzony z marmurowa łazienką i balkonem. A z tego balkonu widok....istna bajka.... W dole pod nami dwukilometrowej długości plaża Formosa, a w dali drugi co do wielkości klif na świecie Cabo Girao – 580 m wysokości, no i ten granatowy ocean. Mąż bierze prysznic, a ja w tym czasie rozpakowuję walizki, wieszając ciuchy w przestronnej szafie znajdującej się w pokoju. Nawet nie zauważyłam drugiej takiej samej w przedpokoju, tak byłam zaaferowana tym widokiem z balkonu. Mąż tymczasem otwiera drzwi tej drugiej szafy w korytarzu i ze śmiechem woła mnie. Jestem zaskoczona, po diabła nam tyle szaf w czasie wakacji, ta pierwsza nawet nie jest zapełniona. Okazuje się, że nie jest to zwyczajna szafa, jest tu ukryta nowocześnie wyposażona kuchnia. Znajdują się w niej najpotrzebniejsze przedmioty, takie jak: lodówka, kuchenka mikrofalowa, dwupłytowa kuchnia elektryczna, suszarka do naczyń. A w szafkach: garnki, patelnie, czajnik, sztućce, talerze, kilka rodzajów szklanek i kieliszków do wina, a nawet ściereczki i rękawice do chwytania gorących garnków. Bomba, tego się nie spodziewaliśmy! Były również w ofercie apartamenty i tam było wspomniane o aneksie kuchennym, a przy zwykłych pokojach – ani słowa. Miłe zaskoczenie na plus. Jak się później okazało parę razy skorzystaliśmy z tych udogodnień, choć wcześniej nie planowaliśmy. W łazience znajdujemy kapcie i szlafroki, ale najbardziej z tego wszystkiego podoba mi się non stop podświetlone lusterko powiększające. Gdy się w nocy korzystało z łazienki nie trzeba było palić światła, wystarczała w zupełności taka intymna poświata wokół tego lusterka.

    Komentarz


    • #3
      Pisz dalej fajny opis.Też mam w przyszłosci w planach Madere.

      Komentarz


      • #4
        Dzięki Basia za miłe słowa. Już kontynuuję:

        Po krótkim odpoczynku postanawiamy przejść się nadmorskim bulwarem do centrum. Zaczyna się on tuż obok naszego hotelu. Teraz widzimy co jest po drugiej stronie naszego hotelu - plantacja bananów, a nieco dalej zaczyna sie już typowa dzielnica hotelowa. Jak sie później dowiedzieliśmy jeszcze parę lat temu były tu tylko pola uprawne, głównie nieduże plantacje bananów i winorośli oraz małe domki ich właścicieli.
        Niedaleko hotelu znajduje się kąpielisko " Doce do Cavanas", gdzie naturalnie ukształtowane skały wulkaniczne tworzą baseny. Woda w nich jest spokojna, bez fal i nieco cieplejsza. Można wynająć leżak, parasol, a także coś przekąsić.
        Idąc bulwarem ( tylko dla pieszych ) mijamy hotele. Jedne piękne, z dużymi basenami w cudownych ogrodach, jak np. Pestana Grand Hotel, inne troche mniej okazałe. A tak w ogóle to wszystkie cztero i pięciogwiazdkowe. Po drugiej stronie bulwaru skarpa porośnięta bujną roślinnością spada do morza.
        Co kilkaset metrów są kąpieliska. Niestety Madera nie jest wymarzonym miejscem dla osób lubiących się wylegiwać na złotych piaszczystych plażach. Jest wprawdzie taka jedna plaża z piaskiem przywiezionym z afrykańskiego lądu w miejscowości Calheta, ale jak dla mnie wygląda ona w tym wulkanicznym otoczeniu sztucznie...
        Na szczeście lokalne władze zdają sobie sprawę z tego, że turyści spędzający wakacje na wyspie, chcą się również kąpać. Dlatego, nie tylko w rejonie Funchalu, ale prawie w każdej nadmorskiej miejscowości są większe lub mniejsze kąpieliska. W samym Funchal jest ich kilkanaście. Z reguły opłata za wejście wynosi 3 E, o ile wiem, to tylko w okolicy fortecy Sao Tiago jest mała, zatłoczona bezpłatna plaza publiczna. Natomiast w mniejszych miejscowościach kąpieliska są na ogół bezpłatne.
        Jeszcze nie mamy rozeznania jak daleko jesteśmy od centrum, a że już trochę zgłodnieliśmy, zachodzimy do nadmorskiej knajpki. Ale niezbyt dobrze trafiliśmy, więc nazwy nie podaję. Jest to taki raczej fast food z sałatkami, kanapkami i tostami, jakich w każdym kraju pełno.
        W każdym razie z pełnymi żołądkami ruszamy w dalszą drogę. Słońce trochę przypieka, choć temperatura jest całkiem przyjemna. Nie to co Grecja, Turcja, a szczególnie Egipt o tej porze roku...
        Nagle nadmorski bulwar odbija od morza i boczna uliczka doprowadza nas do dość ruchliwej drogi, którą jeżdżą równiez autobusy.
        Nowoczesne hotele ustapiły miejsca wspaniałej kolonialnej architekturze. Stoją tu domy budowane w XIX wieku i w I połowie XX wieku.Wówczas to na wyspę zaczęli przybywać pierwsi turyści, mieszkali tu również bogaci lokalni kupcy oraz właściciele winnic i producenci słynnych maderskich win.
        Podziwiamy piękne, stylowe wille w zadbanych starych (czytaj:bujnych) ogrodach. Panuje tutaj przyjemny chłodek, gdyz ulica obsadzona jest platanami i jakarandami z liliowymi kwiatami podobnymi do naszych akacji.
        W eleganckich starych domach mają również swoje siedziby banki. Od strony morza nadal przeważają hotele, choć nieco starsze, budowane w innym, bardziej klasycznym stylu.
        Cdn

        Komentarz


        • #5
          Z niecierpliwością czekam na cdn. My wybieramy się na Maderę w połwie sierpnia
          będę wdzięczna za szczegółowy opis. Ten z Cejlonu był super i barzdo się przydał.

          Komentarz


          • #6
            Dzieki Nanulek, postaram się zdążyć przed połową sierpnia.


            A oto ciąg dalszy:

            Taka perełką stylu kolonialnego jest najstarszy na wyspie i dotąd uchodzący za najbardziej luksusowy hotel Reids Palace. Zlokalizowany jest on na półwyspie nad samym morzem i składa sie z kilku stylowych budynków otoczonych wspaniałymi ogrodami tarasowo schodzacymi do morza. Roztacza się z niego piękny widok na całą zatokę oraz miasto.
            Założyciel hotelu William Reid przybył na Maderę w 1836 roku i zorganizował coś na wzór agencji turystycznej dla pierwszych przybywających na wyspę gości. Wówczas uważano, że Madera ma bardzo korzystny klimat, sprzyjający leczeniu chorób płucnych i sercowych. Reid początkowo był właścicielem jednej willi, w której wynajmował pokoje gościom z chłodnych i deszczowych krajów Europy Zachodniej. W miarę bogacenia się dokupywał następne. Wkrótce dorobił się na tyle, że wybudował ten okazały hotel, w którym do dziś wypoczywa międzynarodowa śmietanka towarzyska, znani politycy, aktorzy i biznesmeni.

            Z okolic Reids Palace już niedaleko do portu, w którym cumują promy, stateczki turystyczne i luksusowe jachty. Tu równiez rozpoczyna się piękna, wysadzana palmami promenada. Z jednej strony jest port, a nieco dalej kamienista plaża, z drugiej zaś centra handlowe, zabytkowe budowle oraz oficjalne siedziby lokalnych władz autonomicznych Madery. Od strony morza ciągną się niezliczone ilości knajpek, a środkiem - dwupasmową arterią - jeżdżą niestety liczne samochody i autobusy. Tak, że jest dość gwarnie.
            Promenadą suną tłumy turystów, słychać różne języki z przewagą angielskiego i niemieckiego. Ku naszej radości słyszy się również, choć niezbyt często, naszych rodaków. Jest stosunkowo mało Rosjan, choć i oni się zdarzają. Wypoczywa tu także sporo mieszkańców kontynentalnej Portugalii.
            Dochodzimy do stacji kolejki linowej Teleferico, którą można wjechać na górę Monte, wznoszącą sie na północ od miasta. Ale na tę wyprawę juz dziś nie mamy siły...
            Musimy odespać nieprzespaną noc, dobrze, że jest tylko godzina różnicy czasu w stosunku do Polski, bo to prawie niezauważalne dla organizmu.

            Jeszcze tylko króciutkie zagłębienie sie w uliczki Starego Miasta i wracamy na Avenide do Mar, z której odjeżdżają autobusy w różnych kierunkach. Bilety można kupić w budce lub bezposrednio u kierowcy. Jeden bilet kosztuje 2 E., w każdym razie taka była cena do naszego hotelu ( około 3,5 km jazdy). Lepiej mieć drobne, żeby kierowca nie musiał wydawać, raz odmówił nam wydania reszty z banknotu 20 E. Bilet kupiony u kierowcy on sam kasuje, a jeżeli kupi sie w budce, trzeba skasować samemu.
            Autobusowe przystanki są na żądanie, trzeba machnąć ręką. Pojazdy te mają nieprawdopodobny zryw, tak że trzeba sie mocno trzymać ( oczywiście jeśli się stoi ) w trakcie ruszania. Chyba mają jakieś wzmocnione silkniki na te strome górskie drogi.
            Wysiadamy ze 100 m od hotelu i stromą uliczką zbiegamy do naszego hotelu.

            Cdn

            Komentarz


            • #7
              Jeszcze tylko kąpiel w basenie. Dobrze, że się woda nagrzała w ciągu dnia, bo od morza wieje chłodna wieczorna bryza i w sumie woda jest cieplejsza niż powietrze. Aż się nie chce wychodzić. Jest jeszcze dość wcześnie, przed ósmą, postanawiamy wypróbować hotelową kuchnię. Mamy wykupioną opcję tylko ze śniadaniem. W "cywilizowanych" krajach już niejednokrotnie stwierdziliśmy, że lepiej jest jadać posiłki ( oczywiście oprócz śniadań ) w lokalnych knajpkach, niż w hotelowych garkuchniach (sorry, nie wszystkie to garkuchnie ), gdzie posiłki z reguły są "międzynarodowe", żeby dogodzić gustom wszystkich gości.
              Oczywiscie w takich egzotycznych krajach jak Sri Lanka, Kenia, Meksyk czy Dominikana zawsze bierzemy ALL z obawy przed ewentualnymi problemami żołądkowymi. Na Malediwach nie było w ogóle możliwości jadania poza hotelem (jedynym na wyspie ), a w Tajlandii zrobiliśmy się "na szaro", gdyż wzięliśmy ALL, a potem się okazało, że 90 % gosci chodzi na pyszne jedzonko do lokalnych knajpek, gdzie na ogół za niewielkie pieniądze można świetnie zjeść i nie słyszałam by ktoś miał kłopoty z żołądkiem.

              I okazało się, że mieliśmy rację. kolacja, jak kolacja - żadna rewelacja, już tam więcej nie poszliśmy. Potem jadaliśmy w małych knajpkach naprawdę smacznie przyrządzone dania.
              Wracamy do pokoju i prosto na balkon.Jest już prawie dziesiąta, słońce zaszło za klif, ale wokół niego utrzymuje się różowo - pomarańczowa poświata, na zboczach zatoki zapalają sie pierwsze swiatełka w domkach i wzdłuz ulic. Cicho szumią fale, uderzając o kamienistą plażę Formosa. Z kawiarni na tarasie dobiegają dyskretne dźwięki spokojnej muzyki granej "na żywo" przez dwóch grajków.

              Żyć... nie umierać.


              Nazajutrz rano budzę się gdy dochodzi siódma i oczywiście najpierw biegnę, żeby odsłonić szczelne kotary i spojrzeć z balkonu.
              I tu zaskoczenie...jest szaro, czyżby było tak pochmurno? Po bliższym rozeznaniu okazuje się, że to słońce tak późno wstaje nad Maderą, a my w dodatku mamy widok na zachód.

              Zawsze na wakacjach kąpię się w morzu ( w ostatecznośći w basenie ) przed śniadaniem. Schodzę nad basen przebrana w kostium, ale jakoś nie mam ochoty na kąpiel. Jest dość rześko, woda tez nie taka cieoła jak wczoraj wieczorem. Nikogo nad basenem, tylko z tarasu restauracji dochodzą dźwięki nakrywania stołów do śniadania.
              No, ale tradycji kąpielowych niech się stanie zadość. Szkoda tylko, że to nie kąpiel w oceanie, my jednak lubimy cieplejsze wody, choć wiemy,że takowych na Maderze nie uświadczymy.
              Śniadanie jemy na tarasie.. Stoliki nakryte czarnymi obrusami, kelnerzy w czarnych fartuchach - naprawdę designersko. Obfity bufet, choć przez dwa tygodnie niewiele się zmieni.
              Najpierw cztery rodzaje soków, kawa, różne rodzaje herbat. W następnym pomieszczeniu na gorąco kiełbaski, jajecznica, pieczone pomidory, smażone pieczarki. fasolka w sosie pomidorowym i angielska owsianka ( brrrrr). Na życzenie jajka sadzone i omlety z różnymi dodatkami. Duży wybór smacznego pieczywa, croisanty. Pyszne bułeczki z różnymi ziarenkami, orzechami i pestkami z dynii.
              Pomidory, ogórki, sałata, dobry twarożek, kilka rodzajów żółtych serów i wędlin. Ciasta w rodzaju naszej babki piaskowej i piernika. Zawsze sałatka ze swieżych owoców ( papaja, pomarańcze, grejfruty, melon, arbuz, kiwi, winogrona ), a także jogurty.
              Nie mozna narzekać, wszystko porozkładane na dużej powierzchni, więc nie ma kolejek. No może czasem do omletów.. Jak półmisek z czymś
              był w 3/4 opróżniony, to już przynoszono nowy.

              Cdn

              Komentarz


              • #8
                czekam na ciag dalszy, super sie czyta Twoje wspomnienia!

                [%sig%]

                Komentarz


                • #9
                  Witaj Bepi,
                  Cieszę się, że Ci się podoba moja pisanina. Pamietasz, doradzałaś mi w sprawie Meksyku? Wieczorem jeszcze coś skrobnę.
                  Pozdrawiam
                  Apisek

                  Komentarz


                  • #10
                    Po śniadaniu robimy szczegółowy obchód hotelowych włości. W naszym budynku C jest w podziemiu basen kryty, SPA, mała siłownia ( duża jest w budynku A ), sauna, jaccuzi. Na parterze jest fryzjer i salon kosmetyczny.
                    W budynku B jest na najwyższym piętrze - obok tarasu widokowego - salka internetowa, z dwoma komputerami, bezpłatne używanie. Nigdy nie czekaliśmy, a bywało, że oprócz nas nie było nikogo.
                    W budynku A jest duża siłownia i punkt medyczny, a także biblioteka i sala konferencyjna.
                    Cały hotel jest przystosowany dla osób niepełnosprawnych. Z pewnością nigdzie nie napotkają problemów z poruszaniem się. Nawet do basenu jest możliwość zjechania na wózku inwalidzkim.
                    Dziś o jedenastej mamy spotkanie z rezydentką w tym pięknym hotelu Pestana Grand . Rezydentka nie jest nam potrzebna do szczęścia, ale idziemy, żeby przyjrzeć się hotelowi od wewnątrz.
                    Rzeczywiście robi wrażenie. Jest nawet kilka apartamentów na parterze, każdy z własnym ogrodem i niedużym basenem.
                    My nie potrzebujemy takiego luksusu, bo i tak mało przebywamy w hotelu. Wystarczy nam w zupełności nasz.
                    Na spotkaniu degustacja wina madera i typowych tutejszych ciast w rodzaju piernika, a także trochę ogólnych informacji i propozycje wycieczek. Jest nas kilka osób z Polski, choć wszyscy przylecieli z niemieckim TUI. Biuro io tym pomyślało. Choć jest równolegle rezydent polskiego TUI, który obsługuje grupy polskie, to jednak Niemcy zatrudnili z myślą o takich jak my, naszą rodaczkę.
                    Czyż to nie jest właśnie prawidłowa troska o klienta?Chyba zdają sobie sprawę, jak duży udział wśród ich klientów stanowimy.

                    Teraz mamy w planie wyprawe na górę Monte, wznoszącą się 550 m ponad Funchalem. Tym razem nie idziemy bulwarem nadmorskim, a wchodzimy w miasto. W drodze do Teleferico -kolejki linowej, która wwiezie nas na górę mijamy katedrę SE oraz ustawiony w jej pobliżu pomnik Zarco - odkrywcy Madery.
                    Na temat odkrycia wyspy jest kilka wersji historycznych i sporo legend. Żeby nie przynudzać wybieram najbardziej prawdopodobną.
                    To właśnie Zarco wraz z towarzyszącymi mu żeglarzami odkrył w 1419 roku najpierw sasiednią wyspę Porto Santo, a w rok później Maderę.
                    Wyspa była wówczas bezludna, porośnięta gęstym lasem. Odkrywcy szybko zorientowali się jak żyzne są tytejsze wulkaniczne ziemie i zaczeli wypalać dżunglę, by uzyskać tereny uprawne. Na szczęście, część z tej dziewiczej puszczy zachwała się do dziś.
                    Osadnicy, którzy zamieszkiwali łatwiej dostepne południowe wybrzeże wyspy odczuwali jednak brak wody. I już wówczas podjęto decyzję o budowie kanałów nawadniających tzw. lewad, które dostarczały wodę na żyzne, choć suche obszary rolnicze.

                    Ale o lewadach, wzdłuż których prowadzą najpiękniejsze na świecie szlaki turystyczne szerzej napiszę później...

                    Do najcięższych prac związanych z karczowaniem drzew, zakładaniem poletek uprawnych na tarasach wykuwanych w skałach, a także budowaniem lewad wykorzystywano niewolników uprowadzanych z zachodniej Afryki.
                    Zmierzając do stacji kolejki podziwiamy wspaniałe biało - czarne kompozycje na chodnikach. Stanowią je kostki z białego marmuru i czarnego bazaltu ułożone w wymyślne wzory. Każdy plac, uliczka, zaułek to inna kompozycje. Zwrócilismy już na to uwagę będąc w Algarve i Lizbonie.
                    Z kolei na Starym Mieście - uwaga kobitki na obcasach, zapomnijcie o nich jeśli nie zamierzacie sobie połamać szanownych nóżek - wszystkie ulice wyłożone są małymi kamieniami otoczakami, powsadzanymi jeden obok drugiego w betonowe podłoże. Bardzo oryginalne, ale należy dość często patrzyć pod nogi, gdzie się stąpa.
                    I tak dochodzimy do wyciągu. Przeszklona stacja kolejki wybudowanej w 2000 roku znajduje sie w parku, nad samym oceanem. Trochę ta bryła kłóci się ze stara architekturą kamieniczek stanowiacych jej tło.
                    Niegdyś trasą tą jeździła szynowa kolejka, podobna do tej, która jeżdzi na Gubałówkę.
                    Przy kasach nie ma kolejki. Bilet w jedną stronę kosztuje 10 E od osoby, a w obie 14, 5 E, dzieci odpowiednio: 5 E i 7,25 E. Kupujemy tylko na górę, potem zamierzamy zejść szlakim wzdłuż lewady.

                    Cdn

                    Komentarz


                    • #11
                      Trasa kolejki liczy blisko 3,2 km i wznosi się od poziomu zerowego do 560 m. Obsługuje ją 39 sześcioosobowych wagoników. Wsiadamy do jednego z nich ( tez bez kolejki ) i od razu okazuje się, że jedziemy z młodą parką z Polski. Wymieniamy wrażenia i po 15 minutach jazdy jesteśmy na szczycie
                      W międzyczasie podziwiamy widoki. Wagonik unosi nas ponad czerwonymi dachami domów, kipiącymi różnokolorową feerią kwiatów ogrodami, przepasciami, grzbietami gór opadającymi ku morzu, rzekami w zaniku (ze względu na suchą porę roku ) oraz widocznym z oddali szafirowym bezmiarem Oceanu Atlantyckiego. To właśnie z lotu ptaka najlepiej widać amfiteatralne położenie Funchalu.

                      I nagle... wpływamy w chmury. Za nami zostaje słoneczne wybrzeże, choć to tuż...tuż... No, ładnie- myślę - a tak liczyliśmy na ujrzenie pięknej panoramy.

                      Po wyjściu z wagonika kierujemy się ku wspaniałym ogrodom. I tu chciałabym zaznaczyć, że jestem fanką przyrody. Bardziej interesuje mnie ona niż zabytki historyczne typu kościoły, zamki, pałace, czy pomniki.A już najmniej entuzjazmu przejawiam przy zwiedzaniu muzeów. Nierzadko mały polny kwiatek budzi we mnie większy zachwyt, niż dzieło wybitnego artysty. Dlatego tez w moich wspomnieniach wiecej miejsca poświęcę cudom natury, niż dziełom stworzonym ręką ludzką (oprócz lewad, bo one przecież zostały wykonane przez człowowieka ).

                      Spacerujemy ścieżkami wśród błękitnych hortensji, białych i niebieskich apagantów czyli lilii afrykańskich - majacych kwiaty podobne do kwiatów szczypiorku, tylko o średnicy 20 cm, bugenwilli, drzewiastych paproci, drzew laurowych i setek innych roślin, których nazw nie znam.
                      Nastepnie zwiedzamy barokowy kosciół Nossa Senhora, będący głównym celem pielgrzymek mieszkańców całej wyspy, cos jak nasza Częstochowa.
                      Ciekawostką może być fakt, ze znajduje sie tu grobowiec ostatniego władcy Austro - Węgier Karola I, który zmarł na wygnaniu i tu właśnie został pochowany w pięknym, czarnym grobowcu.

                      Schodzimy nieco niżej, by przyjrzeć się słynnym zjazdom wiklinowymi saneczkami dwukilometrowa trasą w dół.Cena chyba 20 E, ale nie jestem pewna, bo odpuściliśmy sobie tę przyjemność.
                      Saneczki sa w wersji dwu i trzy osobowej. Chętni do przejażdżki zajmują w nich miejsce, a następnie dwóch ubranych na biało facetów w słomkowych kapeluszach, rozpędza je i pcha po stromej zakreciastej drodze. rozlegaja sie piski, podróżujących z "zawrotną" prędkością saneczkowiczów. Całkiem sporo jest chętnych do przejażdżki, a oczekujących sani pięć razy więcej.
                      Ten zjazd saneczkami to wcale nie jest atrakcja wymyślona dla turystów. Ich rodowód jest znacznie starszy.
                      W minionych wiekach, gdy nie było tu dróg, kupcy zamieszkujący górskie rejony mieli utrudniony dostęp do portu, gdzie przypływały statki z różnymi towarami. Byli oni poszkodowani w stosunku do swej konkurencji, mieszkającej bliżej portu, która wykupywała szybciej co atrakcyjniejsze produkty. Którys z nich wpadł na pomysł, że używając sankopodobnych pojazdów, znacznie szybciej można się dostac do źródeł zaopatrzenia. Pomysł zrealizowano i przez długie lata kupcy zauważywszy na horyzoncie statek handlowy, szybko wsiadali do swych sań by zdążyć załapac się na importowane towary. Ta idea bardzo spodobała sie turystom, któryz w XIX wieku zaczęli przybywac na wyspę. I tak już zostało....

                      Komentarz


                      • #12
                        cześć Apisek! tak tak, pamiętam Ciebie z forum Mexico, ale pięknie piszesz wspomnienia , mialam wczoraj niedosyt.. i szukałam Ciebie na forum po nicku..i znalazłam wspaniale wspomnienia z Cejlonu, boże.. jak Ty potrafisz pieknie opisywac, powinnaś wydac ksiązkę z swoich podróży, no i co mi sie podoba to Twój zachwyt nad przyrodą to tak jak ja... bo uwielbiam wycieczki do natury.. parków ekologicznych , wysepek, itp natomiast jesli mam całymi dniami oglądać muzea czy kościoły czy pomniki ..to dla mnie to jest męczarnia... a nie wycieczka...Nigdy nie byłam w Portugalii , ale moja koleżanka z pracy była w lutym, ogladałam fotki i własnie ta roślinnośc mnie najbardziej urzekła, wąskie uliczki, pieknie! ona była w tym czasie jak kręcili ten polski serial ..i akurat była w hotelu obok..gdzie się działy scenki z filmu [%sig%]

                        Komentarz


                        • #13
                          Cześć Bepi,
                          Ja też wkrótce wrzucę fotki na Fotosik, ale na razie muszę dojść do siebie. No i mam przyjaciół na wakacjach.
                          Ale ta pisanina wciąga mnie, więc jest to dla mnie teraz działalność priorytetowa. No i w ten sposób jeszcze raz przeżywam tę cudowną przygodę z Maderą.

                          pozdrawiam
                          Apisek

                          Komentarz


                          • #14
                            Apisek ja sobie też tu podczytuję;-))
                            Piękny opis:-)
                            Madera "chodzi" już za mną od jakiegoś czasu, więc z przyjemnością śledzę ten wątek:-))

                            Komentarz


                            • #15
                              Oj dziewczyny, ale Wy mnie mobilizujecie. Obiadu nie zrobię, ale sobie popiszę....


                              Czas na lunczyk. Na małym placyku w cieniu platanów jemy polecane w przewodniku Pascala steki. Steki są, ale żeby takie miękkie i smakowite jak reklamowano - to nie powiem. Za to sałatka i wino Verde (z tłumaczenia "zielone", ale tak naprawdę oznacza młode i tanie ) - smakowite.

                              Zobaczyliśmy z grubsza, co było na Monte do zwiedzenia i teraz kolej na lewady - główny powód naszego przybycia na Maderę.
                              Dziś po raz pierwszy zobaczymy na własne oczy, czyli na żywo, to co obejrzeliśmy na setkach fotek w internecie, i o czym tyle naczytaliśmy się, zresztą też w internecie, jako,że autor przewodnika o Maderze chyba nie za bardzo kocha piesze wędrówki.
                              Mijamy stację kolejki, gdzie wjechaliśmy na górę i zgodnie ze strzałkami kierujemy się na Lewadę dos Tornos. Kilkaset metrów dalej następna stacja - innej kolejki linowej kursującej do Ogrodu Botanicznego.
                              Wchodzimy w wąski szlak, z jednej strony góra, z drugiej wąwóz, dość głęboki, jedno i drugie porośnięte gęstwiną leśną. Pomiedzy niższymi drzewami strzelają w niebo dostojne eukaliptusy. Gdy jest ich wiecej wydają charakterystyczny świeży mentolowy zapach.
                              Idziemy juz kilkaset metrów i gdzie ta wytęskniona lewada?
                              Ludzi nie widać, nie ma nawet kogo zapytać, czy idziemy dobrą drogą. Wreszcie idzie dwóch miejscowych chłopaków, pewno będą wiedzieć. I faktycznie mówią nam, że za 10 minut będziemy przy lewadzie.

                              JEST!!!!

                              Wyłania sie z czarnego tunelu i płynie sobie kamiennym korytem o szerokości i głębokości około pół metra, cicho szemrząc. Stoimy zauroczeni, jest piękna, tak jak sobie wyobrażaliśmy, albo nawet jeszcze ładniejsza.
                              Ktoś sobie może pomyśleć: "ma baba szmergla, zachwyca się strugą wody", być może i mam fioła na punkcie przyrody i pięknych widoków, ale pocieszam się, że inni mają gorsze odchylenia od normy...
                              Idziemy teraz cały czas wzdłuż lewady, ścieżka raz jest szersza, raz wąziutka, aż strach. Chwilami wolimy nie patrzeć w prawo, w tę głęboką przepaść. Rosną w niej wprawdzie drzewa i krzaki, więc tak od razu nie wpadłoby się kilkadziesiąt metrów w dół.
                              Ścieżka, którą idziemy, nie jest budowana specjalnie jako szlak turystyczny. Powstawały równocześnie z lewadami i służyły przez długie wieki tylko levadeiros, czyli osobom odpowiedzialnym za utrzymanie lewad w dobrym stanie technicznym, aby cały czas mogły dostarczać wodę spragnionym polom uprawnym.. Z czasem, co bardziej aktywni turyści odkryli ich urok i teraz częściej można na nich spotkać turystów niż porządkujących lewady levadoires..
                              Chwilami ścieżka jest mokra i śliska - to z góry spływa na nią woda w postaci drobnych wodospadzików. Ponieważ jest tam cały czas wilgotno, na brzegach lewady rosną rozmaite rodzaje dorodnych mchów. Nie mogę sobie odmówić dotknięcia ręką tej szmaragdowej poduchy i ...ręka zapada mi się na głębokość kilkunastu centymetrów w mięciutki mech. Tak zwartą i grubą warstwą ten mech porasta skały.

                              Na szczęście chmury sobie gdzieś odpłynęły i między drzewami ukazuje się położone w dole Funchal. Jest absolutna cisza, odgłosy miasta tu nie docierają, tłumów turystów ( czego doświadczyliśmy w zeszłym roku na Majorce ) też na szczęście nie widać. I tylko cichutko pluszcze sobie lewada, niosąc swoje wody spragnionym roślinom.
                              Cała trasa ma 14 km i oczywiście nie zrobimy jej całej, ale chcemy przejść choć kawałek, aby mieć pojęcie o jej charakterze. Jak na koniec stwierdzimy każda lewada jest choć trochę inna od poprzedniej. Jedna biegnie wysokimi górami wśród ubogiej górskiej roslinności. Inna wije się po ukwieconych stokach wzgórz, wśród kolorowych kwiatów. Jeszcze inna huczy kaskadami wody, tam gdzie jest duże nachylenie zbocza. Niektóre płyną leniwie wśród pól uprawnych, winnic i plantacji bananów. Inne toczą swe wody pośród gęstych wysokich drzew wrzosowych, tworzących jakby naturalny tunel dla lewady.
                              Możnaby jeszcze długo wyliczać...
                              Po przejściu paru kilometrów dochodzimy do małej wioski Curral dos Romeiros.
                              Tutaj ludzie żyją jak sto lat temu ( gdyby nie te samochody!!! ), małe domeczki, poletka obsadzone fasolą, kapustą i innymi warzywami. Wszechobecne kwiaty, pranie rozwieszone między balkonikami i pieski nas obszczekujące. Lewada wije sie teraz przez podwórka wiejskich domostw. Jest sielsko, anielsko, nie widać ani mieszkańców, ani turystów.

                              Cdn
                              .

                              Komentarz

                              Trwa
                              X