Ogłoszenie

Przerwany
Nie masz jeszcze żadnego powiadomienia.

Madera - dlaczego warto tam jechać ?

Przerwany
X
 
  • Filtruj
  • Czas
  • Pokaż
Wyczyść wszystko
nowe posty

  • #16
    Znakomita relacja!
    Dołączam się do przedmówców: naprawdę masz pisarski talent - powinnaś przewodniki pisać.
    Czekam (z niecierpliwością) na kolejne odcinki Twojego maderskiego serialu :-)

    Komentarz


    • #17
      Apisku będziemy wdzięczni za dokłane opisy, są lepsze niż w przewodniku, Wasz styl zwiedzania jest bardzo podobny do naszego, jak znam życie zobaczę, że wybraliście się na zwiedzanie wyspy samochodem, już się nie mogę doczekać opisu......
      Mam nadzieję, że do naszego wyjazdu dowiemy się wszystkigo.

      Komentarz


      • #18
        Dzięki wszystkim za miłe słowa.
        Nanulek, będzie opisana 7 - dniowa eskapada samochodowa. Staram się, by zdążyć przed Waszym wyjazdem.
        No, ale niestety mam i inne obowiązki.

        A teraz ciąg dalszy:


        Dochodzimy do przystanku autobusowego w centrum wioski. Niestety autobusy jeżdżą tu rzadko, następny będzie za blisko dwie godziny. Nie ma sensu czekać, schodzimy w dół piechotą.
        Wąska, kręta asfaltowa droga, z dziurami - ach jakże znajomy widok! Wchodzimy w wysoki, pachnący las eukaliptusowy, powietrze ma rzeczywiście orzeźwiające właściwości. Stroma droga i te ożywcze zapachy mobilizują nas do tego stopnia, że nieomalże zbiegamy w dół.
        Po godzinnym marszo - biegu, w czasie którego przejechały koło nas tylko dwa samochody, docieramy do przedmieść miasta. Pojawiają się domy bogatsze i uboższe, większe i mniejsze, ładniejsze i brzydsze. Ale wszędzie jednakowo bujna roślinność.
        Trochę jesteśmy zaskoczeni tym, że zdecydowana większość domków jest nowa, a te niegdyś piękne, obecnie popadające w ruinę chatynki, często stoją opuszczone.
        Dziwne, że nie znajdą się chętni by je wyremontować i zrobić sobie w nich oryginalne maderskie letnie domy. Bogaci turyści z Europy Zachodniej wolą jednak budować sobie nowoczesne betonowe blokowiska, zamiast starać się przywrócić do życia charakterystyczne dla tych stron budowle.
        Naprawdę szkoda.

        Mijamy Ogród Botaniczny, przez ogrodzenie widzimy rośliny przywiezione z różnych stron świata, przystrzyżone trawniczki, symetryczne rabaty z kolorowymi kwiatami. Ładnie to wszystko wygląda, i owszem. My tu jednak nie przyjdziemy, widzieliśmy te rośliny w naturalnych warunkach, wolimy napawać wzrok tutejszą naturalną przyrodą. Przecież tak naprawdę cała Madera to jeden wielki ogród botaniczny....
        Spoglądam na mapę, gdzieś tu powinna przebiegać Rapida, ale po niej ani śladu. Okazuje się, że przeszliśmy nad nią górą, autostrada przeleciała pod nami tunelem.
        Wreszcie już naprawdę nielicho zmęczeni docieramy do centrum. Jemy kolację w restauracji Tortuga na Starym Mieście przy placyku Largo do Corpo Santo. Włściciele bardzo sympatyczni, ona jest Szkotką, a on mieszkańcem Madery. Żona zabawia gości rozmową, a małżonek pitrasi w tym czasie zamówione dania w kuchni. Miła rodzinna atmosfera. Kilka stolików ( szkoda, że plastikowych ) na zewnątrz, w środku jeszcze mniej miejsca. Pani szefowa pokazuje zasuszonego żółwia, to on jest patronem restauracji ( tortuga - to po portugalsku żółw ).
        Czekając na zamówione jedzonko sączymy gratisową maderę. Potem jemy pyszna rybę espadę zapieczoną z owocami mango. Choć nie jestem specjalną entuzjastką ryb, ta mi bardzo smakuje. Ma białe delikatne mięso, zupełnie bez ości. Szef, a zarazem kucharz w jednej osobie przysiada się do nas ( nie ma na razie innych gości ) i przekazuje trochę informacji na temat tej ryby. Żyje ona w bardzo głębokich wodach otaczajacych wyspę, jest drapieżna. Łowi się ją używając długich sznurów, na których co kilkadziesiąt centymetrów przyczepione są haczyki z przynętą. Sznury te stateczki rybackie zarzucają na głębokich wodach oceanu.
        Jak później na bazarze zobaczyłam te rybę, to mi mina zrzedła. OHYDNA !!!
        Długa, chyba z 1,5 metra, coś pośredniego między szczupakiem a węgorzem, z paszczy sterczą wielkie ostre zębidła, a oczy ma ogromne i okrągłe, chyba żeby lepiej w tych ciemnych głębinach mogła wypatrzyć zdobycz. Obrzydliwa to ona jest, ale fakt że bardzo smaczna. W ciągu tych dwóch tygodni spędzonych na Maderze będziemy ją jadać wielokrotnie w różny sposób przyrządzaną, czego i innym odwiedzajacym wyspę życzę.

        Wracamy do hotelu. tradycyjna wieczorna kąpiel w basenie. Jaka szkoda, że nie w ciepłym morzu. Nie ma żadnych ograniczeń, można pływać choćby całą dobę. Spotkalismy się już z tym, że po określonej godzinie w wielu hotelach nie można korzystac z basenu.

        Codziennie wieczorem o godzinie 20.30 są animacje. Mogą kogoś trochę rozczarować, że takie trochę "geriatryczne", ale nam to odpowiada. Każdego dnia inne występy muzyków na żywo, po tygodniu - powtórzenie. Głównie spokojny
        jazz, rytmy karaibskie ( coś dla Bepi ), popularne melodie z dawnych lat, muzyka musicalowa, występy zespołu ludowego.

        Jeszcze trochę wina na dobranoc, rzut oka na klif Cabo Girao i czas na zasłużony odpoczynek.

        Komentarz


        • #19
          Kolejny dzień wita nas słońcem. Teraz już wiemy, jak to bywa z tą pogodą na Maderze. W nocy niebo jest bezchmurne, jaskrawo błyszczą gwiazdy, nie przesłonięte żadnym smogiem przemysłowym. Poranki są pogodne, a w ciągu dnia pojawiają się chmurki lub chmury, szczególnie nad górami. Ku wieczorowi znów się robi pogodnie. Wprawdzie w ciągu dwóch tygodni naszego pobytu nie padał deszcz, ale też nie było całego dnia z bezchmurnym niebem. Zawsze coś tam po nim wędrowało mniej lub bardziej złowrogiego.
          Taka to już widać specyfika wysp atlantyckich, bo na Teneryfie było podobnie.

          Po śniadaniu idziemy piechotą do Camara de Lobos - wioski oddalonej od hotelu o około 4 km. Oczywiście wolimy iść plażą, niż dość uczęszczaną drogą.
          Ale jak się do tej plaży dostać? Niby ciągnie się ona tuż pod nami, lecz żadnego zejścia nie widać. Musimy dojść do ulicy, stamtąd chyba jakąś dróżkę znajdziemy. Przecież ci plażujący tam ludzie jakoś się tam znaleźli.
          Po kilkuset metrach dochodzimy do mało reprezentacyjnej ścieżki, doprowadza nas ona w sąsiedztwie budowy nowego betonowca - do plaży. Jest już na niej trochę ludzi, głównie miejscowi , bądź Portugalczycy z kontynentu, którzy czesto spędzają urlopy w kupionych tu apartamentach.

          Oj, nie za piękna jest ta plaża!!!
          Wokół czarne wulkaniczne otoczaki, morze jest teraz spokojne, ale wyobrażam sobie jak wzburzone fale walą tymi kamlotami po nogach amatorów kąpieli.
          Wchodzimy po kolana, by doświadczyć osobiście jej przydatności do kąpieli.
          Wprawdzie sporo osób kąpie się, to jednak zgodnie stwierdzamy, że nie dla nas ta przyjemność...
          Przy plaży kilka barów, knajpek, parkingi, toalety.
          Może tak na marginesie o toaletach. Jest ich wszędzie sporo, są bezpłatne, bardzo czyste, nawet te w miejscach publicznych, np w centrach handlowych, czy przy kąpieliskach. Tylko raz zdarzyło mi się, że nie było papieru toaletowego, za to dwa razy w toaletach był nawet bidet.
          Prawdziwy szok...

          Idziemy około 1 km i plaża się kończy, zaczynają się skałki. Ciekawe czy się przez nie przedostaniemy suchą nogą?. I jak się tak zastanawiamy, zauważamy elegancko wybudowaną promenadę na niewysokiej estakadzie ponad skałami i morzem. A zatem wygodnie sobie przejdziemy. Nasza radość jest jednak przedwczesna, okazuje się, że promenada jest, nie była to fatamorgana, ale bramki wejściowe są na amen zaspawane.
          Nie mam pojecia dlaczego? Tyle forsy wywalono, czyżby nie spełniała unijnych wymogów?
          Po chwili jednak widzę, jak miejscowy chłopak zgrabnie przechodzi bokiem po krawedzi estakady. To my za nim, może mniej zgrabnie.

          Po drodze mijamy nieliczne hoteliki wybudowane na skalnych tarasach, a także pola uprawne z warzywami i winoroslą
          To właśnie w Camara de Lobos jest jedno z dwóch najważniejszych miejsc uprawy winorośli na wyspie. Na końcu promenady znowu zaspawana bramka, to my okrakiem przez barierkę i hop na plażę. Wspinamy się wąską ścieżką pośród winorośli omijając niewielki port handlowy z pirsem paliwowym.
          Na plantacji winogron napotykamy lewadę. Płynie sobie z górki, a co kawałek ma nieduże śluzy, które po otwarciu kierują strumień wody na konkretne poletko. Reszta wody płynie sobie dalej, by zasilić niżej położone uprawy.

          Camara de Lobos jest malowniczą wioską leżącą nad kameralną zatoczką, w której zakotwiczonych jest kilkanaście jaskrawo pomalowanych łodzi rybackich. Na wybrzeżu w cieniu palm rybacy rozplątują sieci po porannym połowie. Staruszkowie siedzą sobie, rozmawiają i grają w domino lub w karty. Na jednej z portowych knajpek napis informuje, że bywał tu na urlopie William Churchill, a nawet malował w ramach relaksu okoliczne widoczki.
          Wchodzimy w wąską uliczkę, ukwieconą, a jakże. Zaglądamy do kościoła, a potem w knajpce o wdzięcznej nazwie Pande Monium zamawiamy napój o nazwie Poncha. To mieszanina miodu z sokiem cytrynowym i lokalnym rumem z trzciny cukrowej.
          Ciekawostką może być fakt, że wkrótce po odkryciu Madery i przystapieniu do zagospodarowywania pól uprawnych, sprowadzono z Sycylii na wyspę trzcinę cukrową, która się tu bardzo dobrze zaaklimatyzowała. Przez blisko 200 lat było to jedno z najważniejszych bogactw wyspy ( obok wina ) - tzw białe złoto. Uprawy trzciny cukrowej po****dły, gdy po odkryciach geograficznych pojawiła się konkurencja ze strony Ameryki Środkowej i Południowej. Jednak i my spotkaliśmy w kilku rejonach wyspy niewielkie poletka trzciny, z której do dziś wyrabia się lokalny rum.
          Poncha nie za bardzo przypadła mi do gustu - jest trochę za słodka i zbyt mocna. No, ale spróbowac trzeba. Gorzej jest z drugim drinkiem z Madery, a mianowicie Nikitą. Składniki podane przez kelnera tworzące ten napój wydały nam się zbyt podejrzane.
          Jeszcze krótki spacer po sennej wiosce - wiadomo sjesta - i pora na lunch.
          Wybieramy restaurację rybną Coral ( nazwa najpopularniejszego piwa ) zlokalizowaną tuż nad morzem. Cichy, zacieniony placyk na zapleczu kościoła, białe parasole. Miły kalner doradza swieżo złowioną doradę z grilla.. Bardzo smaczna z gotowanymi jarzynami i schłodzonym białym winem. No i widok na klif Capo Girao, wznoszacy sie jakby tuż nad nami. Dopiero teraz widać ogrom tej surowej skały...
          Po obiedzie rozleniwieni obżarstwem i gorącem legliśmy na plaży robiąc sobie też sjestę. Nawet nie czuliśmy twardych kamieni pod grzbietem.
          Wracamy autobusem do hotelu, i tym razem z góry podziwiamy widoki naszej porannej trasy.

          Komentarz


          • #20
            Jestem coraz bardziej zauroczona: nioecierpliwie czekam na cdn. i już nie mogę doczekać się naszego wyjazdu. Mam nadzieję, że się nie rozczarujemy!!!!!!!!

            Komentarz


            • #21
              Nanulek, jeżeli lubicie wędrówki górskie ( i nie tylko ), piękne widoki i przyrodę, a przede wszystkim kwiaty to na pewno się nie rozczarujecie. Tylko zapomnijcie o wylegiwaniu sie na plażach i kąpielach w ciepłym morzu - tego ostatniego trochę nam brakowało. Ale widoki głębokich zielonych wąwozów z wijącą się z dole rzeczką, przycupniętych na zboczach maleńkich wiosek w ukwieconych ogródkach, to wszystko Ci zrekompensuje.
              Pozdrawiam
              Apisek

              Komentarz


              • #22
                Po powrocie spokojne popołudnie nad basenem. Ręczniki kąpielowe czekały na nas w pokoju, nie trzeba było nigdzie po nie chodzić, żadnych depozytów pieniężnych, czy żetonów. Jak się je chce wymienić idzie się do przebieralni, gdzie leży ich cały sztapelek, i bierze się samoobsługowo.
                Z łóżkami do opalania też nigdy nie było problemu, może dlatego, że wiekszość gości hotelowych wyrusza na całodzienne wycieczki. Widac to przy śniadaniu, gdzie wiekszość osób przychodzi juz gotowa do drogi. Oznaką tego są ciężkie górskie buciory, plecaczki, czasem równiez kijki.
                Można sobie zamówić drinka lub coś zimnego do picia w kawiarni, kelner przyniesie do łóżeczka. Ale po co? Jest dość drogo, a samemu można sobie coś przynieść z własnej lodówki z pokoju, nikt do nikogo nie ma o to pretensji.
                Zarówno ten fakt, jak i możliwość kąpieli o każdej porze dnia sprawiają, że panuje tu kompletny luzik, rzadko gdzie spotykany.
                Wszystko i wszyscy frontem do gości....
                Okazuje się, że jest bogaty program animacji dziennych przy basenie i w ogrodzie. Joga, wyciszające medytacje, terapia muzyką, aerobik - takie raczej spokojne spędzanie czasu.
                Dwie godziny pełnego relaksu przy basenie, to dla nas maksimum , które jesteśmy w stanie wytrzymać. Ponieważ zjedliśmy solidny lunch, kolacyjkę zamierzamy sobie przygotować sami w naszej kuchni.
                W pobliżu hotelu znajduje się nowoczesne centrum handlowe Madera Forum, a w nim na parterze hipermarket Pinga Doce - bardzo dobrze zaopatrzony. Kupujemy wielkie oliwki, dwa rodzaje sera, pomidory i awokado, a także ciepłe jeszcze tutejsze pieczywo bolo de caco, no i oczywiście butelkę wina.
                O tych bolo de caco sporo się naczytałam, ale dziś je w końcu spróbujemy. Są to okragłe placki, grubsze od pity o średnicy około 20 cm. Robi sie je z mąki, drożdży, wody i soli, dodając słodkie ziemniaki - bataty. Wprawdzie ten kupiony w hipermarkecie nie był aż tak dobry, jak kupowane w małych wioseczkach z lokalnych piekarni, to jednak bardzo się w nich rozsmakowałam.
                W tych tradycyjnych piekarniach piecze się je w piecach opalanych drewnem na płaskich, rozgrzanych kamieniach.

                Robimy sobie kolacyjkę na balkonie, baaardzo smaczną i niedrogą. Z dołu dobiega cicha muzyczka animacyjna, słońce wolno obniża swaą codzienną wedrówkę, by po chwili zniknąć za klifem, pozostawiając jedynie purpurową poświatę na niebie i takież odbicie na powierzchni oceanu....

                Komentarz


                • #23
                  Super opis, chce sie tam wybrać w przyszłym roku )) Sama z mężem.... Ach rozmarzyłam się..... Tydzień wystarczy??? Bo jeszcze musimy zaliczyć zawsze coś z dziećmi ... Czekam na dalszą opowieść
                  Pozdrawiam

                  Komentarz


                  • #24
                    Witaj MDMIX, Dla mnie tydzień byłoby za krótko, ale jak nie można dłużej to i na tydzień warto. A teraz kontynuuję: Dziś niedziela. Mamy nadzieję, że w końcu uda nam się zwiedzić katedrę - Se. Dotychczas nie mieliśmy szczęścia, stale była zamknięta. Idziemy promenadą nadmorską, a tu nagle do męża podchodzi zgrabna panienka i proponuje przejażdżkę katamaranem wzdłuż wybrzeża. Czemu nie? Nie mamy konkretnych planów na popołudnie, możemy się wybrać. Mąż ma chyba nadzieję, że ta panienka będzie powozić katamaranem, ale się przeliczył. Bilety na 3 - godzinny rejs kosztują 25 E od głowy. Ale na razie - kierunek katedra. Kończy się akurat msza, by nie przeszkadzać w nabożeństwie włóczymy się po uroczych okolicznych uliczkach. Po kwadransie możemy wejść i zwiedzić wnętrze tej wybudowanej na początku XVI wieku katedry. Szczególnie ciekawy jest sufit wykonany z cedrowego drzewa, bogato rzeźbiony, inkrustowany masą perłową oraz stojąca tuż przy wejściu chrzcielnica. Na zewnątrz, po prawej stronie znajduje się pomnik naszego papieża, który odwiedził tę świątynię na początku lat dziewięćdziesiątych ub. wieku. Modlę się, żeby mąż nie wpadł na pomysł zwiedzania muzeów. Zostawmy je sobie na ewentualną brzydszą pogodę. Na szczęście nie ma dziś takiego zamiaru.... Włóczymy się po Starym Mieście. Wąskie uliczki brukowane otoczakami, dwupiętrowe kamieniczki z charakterystycznymi obramowaniami okien i drzwi twardą wulkaniczną skałą. Na podwórkach kwiaty w doniczkach, w oknach - pranie, na progach nielicznych zamieszkałych domów siedzą mieszkańcy i ucinają pogawędki z sąsiadami. A poza tym knajpki, restauracje ( niektóre bardzo eleganckie ), puby, sklepy z rękodziełem artystycznym, pamiątkami ( niekoniecznie bardzo artystycznymi ) itp. Wchodzimy na najstarszą uliczkę miasta - Rua de Santa Maria. Na niej najwięcej turystów i wytwornych restauracji. Wpada nam w oko pięknie ukwiecona , z małą kaskadą wodną na tarasie restauracja Arsenio. Zjadamy tu niewielki lunch i dowiedziawszy się, że wieczorem będzie koncert fado rezerwujemy stolik na godzinę 20. Mamy jeszcze trochę czasu do godziny 15, o której wypływamy w rejs katamaranem, więc idziemy zobaczyć fortecę de Sao Tiago. Pomalowana na intensywnie żółto twierdza została wybudowana w XVII wieku i miała za zadanie chronić miasto przed napadami piratów. Tuż za fortecą niewielka publiczna plaża, obok łodzie rybackie wyciągnięte na brzeg. Nieco wyżej nad twierdzą stoi w cieniu platanów ładny barokowy kościół pod wezwaniem Santa Maria Maior. Na placyku przed kościołem ławeczki z pięknym widokiem na zatokę. Chwilę odpoczywamy i ruszamy w kierunku nabrzeża, skąd odpływają stateczki wycieczkowe. Nadszedł czas na rejs po Atlantyku... Cdn

                    Komentarz


                    • #25
                      Nasz katamaran - ZONACAT - stoi już przy nabrzeżu. Nie ma na nim uroczej panienki, która sprzedała nam bilety, za to jest trzech przystojniaków - członków załogi. Na pokładzie kilkanaście osób, sami cudzoziemcy. Katamaran czysty, przestronny, można usiąść na ławkach przy stolikach lub rozłożyć się w słoneczku na siatce rozpiętej między dwoma pływakami na dziobie.
                      Trzy młode Angielki rozebrały się do rosołu i położyły na tej siatce, kompletnie pochłaniając uwagę załogantów. Ich oczy bardziej śledzą każdy ruch panienek, niż obserwują sytuację na morzu, czy aby nie staranujemy jakiegoś innego stateczku.

                      Najpierw płyniemy w stronę trzech wysepek Ilhas Desertas w kierunku wschodnim, tam najczęściej pojawiają się delfiny.
                      A tymczasem podziwiamy panoramę miasta - po raz pierwszy widzianą z wody. Palmowa promenada, domy z czerwonymi dachami stojące jakby jeden nad drugim, a powyżej zielone wzgórza, z Monte na czele. W dali majaczą przesłonięte częściowo chmurami najwyższe szczyty Madery.

                      Jeden z załogantów siedzi wysoko z lornetką i wypatruje interesujące obiekty pływające w postaci delfinów i wielorybów.
                      I nagle wrzeszczy: są delfiny. Jest ich kilkanaście, szare cielska zgrabnie wyskakują z wody, otaczają nasz katamaran ze wszystkich stron, prześcigają się nawzajem. Wyglądają jakby były zainteresowane naszym towarzystwem, albo jakby je ktoś specjalnie zaangażował do zabawiania nas.
                      To zupełnie co innego widzieć ich radosne gonitwy na wolności, niż przyglądać się popisom cyrkowym w rodzaju delfiny bawią sie piłką lub skaczą przez obręcz w ciasnych basenach. Kiedyś, dawno temu daliśmy się wrobić w taką atrakcję, pierwszy i ostatni raz w życiu. Gdyby nie było chętnych do oglądania tego typu żałosnych ( w każdym razie dla miłośników zwierząt ) widowisk nikt nie maltretowałby w ten sposób tych przyjaznych człowiekowi istot.

                      Katamaran zawraca w odwrotnym kierunku. Teraz płyniemy, by obejrzeć drugi co do wysokosci klif na świecie Cabo Girao.
                      Atlantyk jest bardzo czysty i przejrzysty, w słońcu ma niesamowicie granatowo - szafirowy kolor, gdy tylko nadejdzie chmurka robi się szaro - bury.

                      W pewnym momencie znów alarmują nas chłopcy z załogi ( z niechęcią porzucając towarzystwo Angielek ), tym razem dojrzeli wieloryba. Wieloryby wprawdzie migrują od maja do października w rejonie Madery, ale nie są tak często widywane jak delfiny.
                      Z uwagą wpatruję się we wskazanym kierunku, i faktycznie od czasu do czasu wyłania się z wody kawałek potężnego cielska, a chwilę później tryska fontanna wody. Płyniemy równolegle z wielorybem ( okazało się, że to kaszalot, jeden z największych wielorybów dochodzących do 12 m. długości ) w bezpiecznej odległości, żeby go nie spłoszyć. Wynurza się dostojnie w regularnych odstępach czasu, zupełnie inaczej sie zachowuje niż wesoło baraszkujące delfiny.
                      Po jakiś 10 minutach wykonuje gwałtowny skok, wysoko w górę wystrzela ogromny ogon ssaka, by po chwili zapaść się w głębie oceanu. Kapitan informuje, że to koniec widowiska, wieloryb na najbliższe 20 minut zanurkuje w głębsze rejony i nie wiadomo gdzie wypłynie.

                      Zbliżamy sie do Cabo Girao. Teraz widać wyraźnie wysoką, skalistą ścianę pnącą się ku niebu. U podnóża niewielkie poletka uprawne z warzywami. Rolnicy zbierają płody rolne, transportują je łódkami kawek po morzu, a następnie wwożą na wysoki brzeg przy użyciu kolejki linowej.

                      Pora na kąpiel w morzu. Chętne są tylko trzy Angielki i pan kapitan. My też z przyjemnością byśmy popływali w tej kryształowej toni, ale .....gdyby woda była o 5 stopni cieplejsza.
                      Wracamy do portu po godzinie 18.

                      Cdn

                      Komentarz


                      • #26
                        Hejo, czekam na ciąg dalszy opowieści. Aż chce sie tam być ))

                        Komentarz


                        • #27
                          Do godziny 20, na którą mamy zarezerwowaną restaurację zostało jeszcze trochę czasu. Postanawiamy odwiedzić Jardim de Santa Clara, coś posredniego między parkiem a ogrodem botanicznym. Pod każdym drzewem lub krzewem lub kwiatem tabliczka z nazwą i krajem pochodzenia rośliny.
                          Są tu ławeczki w spokojnych, zacienionych alejkach, duża fontanna, kapliczka św. Katarzyny, stojąca na miejscu najstarszego kościoła Funchal z XV wieku. Jest także pomnik Krzysztofa Kolumba, który mieszkał na wyspie, ożenił się z jej mieszkanką, miał z nią dziecko. Niestety w ciągu jednego roku zmarła i żona i dziecko, wówczas samotny, nieszczęśliwy żeglarz podjął decyzję o wyruszeniu w świat w poszukiwaniu nowych kontynentów.

                          Posiedzieliśmy trochę, pooglądali roślinki i pora na kolację w Arsenio.

                          Przypadkowo wybraliśmy w czasie przedpołudniowego spaceru tę restaurację, po prostu nam się spodobała. A teraz okazuje się, że to jedna z najlepszych na Starówce. Również przewodnik Pascala ją poleca, ale mieliśmy nosa....

                          Na ukwieconym tarasie kilka stolików, w głębi znacznie wiecej. Ale kto by chciał w tak piękny wieczór siedzieć w środku? Koło naszego stolika cicho szemrze mała fontanna. Przy wejściu rozpalone palenisko, na którym grilują potrawy, wszędzie rozchodzi sie aromatyczny zapach pieczonych mięs i ryb. Jest także wielki półmisek różnych rodzajów świeżych ryb, można samemu wybrać tę, na którą ma się ochotę

                          Zamawiamy espetadę nie mylić z espadą ( rybą ). Espetada to taki jakby szaszłyk. Kawałki miesa lub ryby natarte czosnkiem i przyprawami nadziane na laurowy patyk pieczone nad ogniem.
                          Zamawiam espatadę z wołowiny, a mąż z rybą i owocami morza.

                          W oczekiwaniu na danie główne przynoszą przystawki w postaci dwóch rodzajów sera, cieńkich plasterków surowej, wędzonej szynki, oliwek i naszego ukochanego bolo do caco, płaskiego chlebka podanego na gorąco z masłem czosnkowym.
                          Miód w gębie... Siedzimy, jemy i oglądamy wyelegantowany tłumek turystów, który wyruszył na wieczorny spacer lub na kolację.

                          Przynoszą nasze dania, ogromne porcje na paru półmiskach, cztery osoby, a nie dwie by sie najadły. Nadziane na patyki mięso ( dla mnie ), kawałki ryby, poprzetykane małymi osmiorniczkami, wielkimi krewetami i jeszcze jakimiś stworami pochodzącymi z głębi oceanu - dla męża. Do tego na oddzielnym półmichu fryki, jeszcze innym gotowane warzywa i innym sałatka ze swieżych warzyw.
                          No i wino rekomendowane przez kelnera. Wszystko - pycha...
                          O godzinie 20.30 rozpoczyna sie koncert muzyki fado. Nie jest to typowa muzyka maderska, pochodzi z Portugalii kontynentalnej. Jest to muzyka rzewna, nostalgiczna, pieśniarzowi lub pieśniarce towarzyszą dźwięki charakterystycznej dwustrunowej gitary . Koncert odbywa się wprawdzie wewnątrz lokalu, to jednak silny, dramatyczny głos wykonawców dociera również do nas na taras.
                          Śmiało mogę powiedzieć, że była to najlepsza restauracja, krórą odwiedziliśmy w czasie całego pobytu. Fakt - nie było tanio, no ale takie pyszne żarcie i koncert fado zrekompensowało ubytki w portfelu.

                          Już późno, wracamy taxi do hotelu. Jeszcze krótka wizyta na balkonie. Już zamierzaliśmy iść spać, a tu dalsze atrakcje. Na wzgórzu pod Cabo Girao jest jakaś wielka impreza. Jak się nazajutrz dowiedzieliśmy było to lokalne święto. Na Maderze prawie przez cały rok w każdy weekend odbywa sie jakaś festa. Doskonałym pretekstem do zorganizowania festy są dni świętych pod wezwaniem których są lokalne kościoły. I tak właśnie jest dzisiaj w pobliskiej wiosce.
                          Huk petard i wybuchy ogni sztucznych zakłócają spokój w całej okolicy. Jeżeli oni tak celebrują lokalne święto, to sobie wyobrażam co tu się dzieje na Sylwestra. Opowiadano nam, że w tym dniu w porcie i na redzie stoi kilkanaście wielkich statków wycieczkowych, z których turyści podziwiają jeden z największych ( podobno ) na świecie pokazów ogni sztucznych.

                          W ogóle na Maderze jest mnóstwo fest o niewielkim, lokalnym zasięgu, ale są i uroczystości obejmujące całą wyspę.
                          Największe imprezy odbywają się w czasie Świąt Bożego Narodzenia i na Sylwestra. Przyjeżdża wówczas mnóstwo turystów, a także emigranci maderscy z różnych stron świata. Ulice są udekorowane tysiącami kolorowych lampek, wystawy sklepowe też mają świąteczny wystrój, zabawa trwa dzień i noc. Również zakończenie karnawału jest wielkim świętem, niekończące parady, ognie sztuczne, tańce na ulicach i placykach.
                          Dla mnie chyba najbardziej interesujące byłoby Święto Kwiatów. Odbywa sie ono pod koniec kwietnia na cześć wiosny, choć tak naprawdę kwiaty są na Maderze przez okrągły rok. Wówczas miasto tonie w kwiatowych dekoracjach, na platformach jadą dziewczyny otulone w kolorowe pachnące kwietne kobierce.
                          We wrześniu z kolei obchodzone jest Święto Wina. Kończą się winobrania, teraz pozostaje już tylko przerobienie dojrzałych winogron w smakowite wina. Odbywają się występy lokalnych zespołów tanecznych, rozbrzmiewa muzyka ludowa, trwa degustacja win..

                          A teraz idziemy spać. Od jutra mamy na cały tydzień wynajęty samochód. Pozwiedzamy sobie dalsze rejony wyspy...

                          Cdn

                          Komentarz


                          • #28
                            Już się nie mogę doczekać. Pewnie będę miała kilka pytań, ale poczekam na opis.

                            Komentarz


                            • #29
                              Witaj Nanulek
                              W każdej chwili odpowiem - w miarę swych możliwosci - na Twoje pytania.
                              Wal śmiało, bo potem zapomnisz o co chcesz zapytać.

                              A teraz kontynuuję:

                              Śniadanie zjedamy w pustej jeszcze restauracji. O godzinie 8 jesteśmy umówieni w recepcji po odbiór samochodu. Pan z wypożyczalni już na nas czeka, super punktualnie...
                              Formalności trwają 5 minut, można płacić kartą, pan ma ze sobą to ustrojstwo do obsługi kart. Dostajemy małą Corsę 1,4 za 265 E za tydzień z pełnym ubezpieczeniem i z pełnym bakiem ( z taką samą ilością benzyny mamy oddać ).
                              Samochód jest nowiutki ( 13 tys km ) z radiem, klimą, 5 -drzwiowy.

                              Ruszamy w trasę na dziś zaplanowaną:
                              Ribeira Brava - Sao Vicente - Seixal - Porto Monitz - powrót przez płaskowyż Paul da Serra.

                              Jedziemy Rapidą - czyli autostradą w kierunku Ribeira Brava. Jest ona bezpłatna, ale należy jeździć na światłach, limit szybkosci 120 km/godz.. Na pozostałych drogach nie trzeba w dzień używać świateł, oczywiście w tunelach, których jest bardzo dużo, jest to konieczne.
                              Jedzie się wspaniale, im dalej od Funchal, tym ruch jest mniejszy. Kierowcy lokalni bardzo uprzejmie odnoszą się do kierowców - turystów. Nie ponaglają niezdecydowanych światłami, bądź klaksonem, a wręcz ułatwiają jazdę, wpuszczając z drogi podporządkowanej na główną. Zdarzyło nam się nawet parę razy, że nas pilotowali na mało uczęszczanych górskich dróżkach dzie nie ma drogowskazów. Łatwiej im było nadrobić parę kilometrów, niż tłumaczyć nam na migi jak jechać.
                              Trzeba również uważać na przejściach dla pieszych, tam pieszy ma bezwzględne pierszeństwo, często wchodzą na pewniaka, prosto pod koła samochodu.

                              Niesamowite są te tunele, niektóre krótkie na 100 - 200 m, inne bardzo długie, przekraczające 3 km. W niektórych tunelach spotykamy nawet rozgałęzienia, nagle tunel sie rozdwaja i odchodzi inna droga w bok drugim tunelem. Wielka precyzja budowlańców...

                              Po jakiś 20 km Rapida wpada na normalną drogę z Ribeira Brava do Sao Vicente. Tu już trzeba jechać wolniej. I może być, bo widoki są wspaniałe, a nam się nigdzie nie śpieszy. Droga wiedzie dnem głębokiego, zielonego wąwozu, dzielącego wyspę z południa na północ na pół. Po prawej stronie najwyższe szczyty górskie, przekraczające 1800 m , a po lewej płaskowyż Paul da Serra - niewiele niższy, bo liczący ponad 1500 m wysokości. Po drodze mijamy nieliczne małe wioski, a przy nich winnice na tarasowych polach uprawnych. Gęstość zaludnienia o wiele mniejsza, niż na południowym wybrzeżu wyspy.
                              Świeci słonce, ale nad górami są chmury. Wjeżdżamy w kolejny tunel, gdy się kończy otacza nas gęsta biała mgła, albo opar wodny, albo chmura ( czort wie co to jest??? ). Jest ponuro - kwiaty już nie mają tych kolorów co przed chwilą, nie widać błękitnego nieba, szosa jest wilgotna, na szybie osadza się mgiełka wodna.
                              No ładnie zaczyna nam się zwiedzanie...

                              Przy pochmurnej pogodzie wjeżdżamy do Sao Vicente. Duży nowoczesny parking, bezpłatny, na nim zaledwie kilka aut. Jak sobie przypomnę te ubiegłoroczne problemy z miejscem do parkowania na Majorce, to tu pełen luksus.
                              I tak będzie wszędzie...
                              Obok parkingu kąpielisko, też pustawe. Nic dziwnego, potężne oceaniczne fale biją z łoskotem o skały, zalewają kamienistą plażę. Tuż obok w małych domkach kilka sympatycznych knajpek. Właściciele z utęsknieniem wypatrują gości. Wracamy do wioski, schludne domki , barokowy kościół, a obok niego nieduży cmentarz - widać,że ludzie żyją tu długo...

                              W Sao Vicente znajduje sie Centrum Wulkanizmu, które zwiedzamy. W niezwykle realistyczny sposób, przy użyciu najnowszej techniki ukazane jest, w jaki sposób powstała wyspa w wyniku erupcji potężnego wulkanu 400 tysiecy lat temu. Podziwiamy niesamowite formacje wulkaniczne, stalaktyty, tunele wydrążone przez gorącą lawę, groty, a w nich rozmaite gatunki skał wulkanicznych.
                              Gdy wychodzimy z mrocznego podziemia, okazuje się, że chmury gdzieś zniknęły i znów świeci słońce. Nasz samochód czeka osamotniony na parkingu.

                              Teraz skręcamytuż nad morzem w lewo, na zachód. Mamy do wyboru lepszą i nowszą drogę wiodącą często tunelami, lub starą tzw. Antiguę. Oczywiscie decydujemy sie na Antiguę malowniczą i krętą drogę biegnącą wąską półką wykutą w skale tuż nad oceanem. Na szczęście jest jednokierunkowa, gorzej by było spotkać na niej inny samochód jadący z naprzeciwka.
                              Droga jest niesamowicie malownicza, widoki zapierają dech w piersiach. Po prawej stronie strome porośnięte kwiatami urwisko opadające do morza, potężne bałwany rozpryskując pianę uderzaja o skały. A po lewej prawie pionowo wznoszące się góry z tarasowymi uprawami winorośli. Tylko ciekawe jak rolnicy zbierają tam dojrzałe winogrona???
                              Antigua też czasami wpada w tunele, ale one mają dużo wiecej uroku niż te nowoczesne, wysokie, obszerne, jasno oświetlone, z zatoczkami do awaryjnego parkowania, kamerami śledzącymi sytuację w tunelu, telefonami, gaśnicami itp.
                              Stare tunele są raczej krótkie, niskie i wąskie, prymitywnie wykute w skałach, bez oświetlenia, często kapie z góry woda.

                              Zatrzymujemy się co chwilę w punktach widokowych zwanych miradouros. Nie możemy się wprost napatrzyć na te cuda natury.

                              Cdn

                              Komentarz


                              • #30
                                witam wszystkich :-)
                                Grażka wspominała mi,że podczytuje ten wątek,bo są tu świetne opisy...no i faktycznie :-). Czytam to jak dobrą powieśc i czekam na więcej :-).A Maderę mam w planach i nawet nie przeba mnie specjalnie do niej zachęcać,bo nieco już poznałam portugalskie klimaty
                                pozdrawiam :-)

                                [%sig%]

                                Komentarz

                                Trwa
                                X