Ogłoszenie

Przerwany
Nie masz jeszcze żadnego powiadomienia.

Madera - dlaczego warto tam jechać ?

Przerwany
X
 
  • Filtruj
  • Czas
  • Pokaż
Wyczyść wszystko
nowe posty

  • #46
    Z Pico de Areeiro znów zjeżdżamy do skrzyżowania w Poiso, a następnie kierujemy się na Faial na północnym wybrzeżu. Choć chmury kłębiące się na północy niczego dobrego nie wróżą...
    Stromymi serpentynami zjeżdżamy ostro w dół. Po obu stronach drogi rośnie gęsta dziewicza puszcza tzw. laurissilva składająca się z różnego rodzaju zimozielonych drzew i krzewów, z przewagą drzew laurowych ( tych od listków bobkowych ). Wzdłuż szosy kwitną błękitne hortensje oraz białe i niebieskie agapanty – jest bardzo malowniczo.
    Po kilku kilometrach dojeżdżamy do miejscowości Ribeiro Frio. Na parkingu stoi dużo samochodów, w pobliżu jest leśniczówka i hodowla pstrągów, tu też zaczyna się jedna z najładniejszych lewad - Futural -o długości 11 km. prowadząca do miejscowości Portela.
    Na razie mamy dość wędrówek, jedziemy na wybrzeże, żeby trochę poleniuchować. Kilkunastokilometrowy zjazd w dół, wyjeżdżamy z lasów, a wjeżdżamy w zielone doliny z charakterystycznymi uprawami tarasowymi warzyw i zbóż. Już widać ocean, niestety szary, bo słoneczka brak... Jakże inaczej wszystko wygląda bez słońca, no ale taka już uroda północnego wybrzeża.
    I już przedmieścia Faial, znowu ładne, nowoczesne domki w prześlicznych ogrodach, w których dominują kwiaty. Znajdujemy przytulną restauracyjkę na lunch nazywa się Chaue czyli klucz. Choć widać, że nie jest stara, to jednak w sympatycznym rustykalnym stylu, kilka stolików, obok oczko wodne, a w nim rechoczące żaby i kolorowe rybki, piękny ogród z widokiem na morze. Jemy na tarasie wśród kwiatów, wyśmienity kurczak upieczony z rozmarynem, no i do tego chrupiące bolo da caco z masłem czosnkowym. Pycha....
    Sama miejscowość niezbyt ciekawa, przy oceanie kąpielisko, jest też kościół, ale tak jakoś pustawo, może to ze względu na tę pogodę.
    Przejeżdżamy długim tunelem pod ogromną skałą Penha de Aguia - czyli Orlą Skałą wynurzającą się z morza na wysokość 580 m. i dojeżdżamy do kurorciku Porto da Cruz, leżącego u jej stóp. Jest malutki, bardzo kameralny, dosłownie kilkanaście domków, dwa hoteliki, kościółek – bardzo urokliwie. Przechodzimy koło kąpieliska, własnie kończą się prace budowlane przy ogromnym kompleksie basenów. Z morza wyrasta druga góra, wokół której biegnie nadmorska promenada. Ta góra nie jest typowa dla Madery, gdzie przeważają czarne skały wulkaniczne, ona mieni się ciepłymi barwami beżowo – rudo – brązowymi. W pobliżu niewielki porcik rybacki. Dwa hoteliki położone nad samym morzem, kilka barów i restauracyjek, wszystko takie w mini skali. Tak nam się tu podoba, że bierzemy ofertę z jednego z hoteli – całkiem dobre ceny, no ale zaraz sobie przypominamy, że na północnym wybrzeżu jest o wiele mniej dni słonecznych niż na południu. A przecież po słonce się tu przede wszystkim przyjeżdża...
    Na skraju miejscowości prawie suche koryto rzeki, za mostem na tarasie nad rzeczką mały wiejski cmentarzyk, obok kościół, wydaje się zbyt duży jak na tak małą miejscowość. Nieco dalej mały ryneczek z palmami i cudownie kwitnącymi na łososiowo drzewami.

    W drodze powrotnej zatrzymujemy się w Porteli, to tu właśnie kończy swój bieg lewada Futural. Jest piękna, tonie wśród kwiatów, po bokach stare cedry, powyginane od podmuchów północnego wiatru, niesamowita kolekcja hortensji. No ale ta pogoda, po godzinnym marszu mamy wrażenie, że zaraz zacznie padać. Jesteśmy w chmurach, albo we mgle – trudno dociec. W każdym razie w jakimś delikatnym wodnym oparze, ziemia jest wilgotna i śliska, mgła osadza się na drzewach i od czasu do czasu spada na nas w postaci wielkich kropli.
    Nic dziwnego, że w tej wilgoci tak pięknie rosną mchy, paprocie, różne porosty, z których też zwieszają się mikroskopijne kropelki wody. Wracamy do samochodu, w pobliżu, na przełęczy Portela knajpka z dachem pokrytym strzechą, a w niej miejscowi piją piwko, rozmawiają, zagadują nas. Niestety nie potrafimy się porozumieć, wielka szkoda, na pewno by się można czegoś ciekawego o tej pięknej okolicy od nich dowiedzieć.
    I znowu ostry zjazd w dół, ani się spostrzegliśmy, a wjechaliśmy w pełne słońce ( okazuje się, że świeciło na południu cały dzień ), dojeżdżamy do Rapidy i nią szybciutko do hotelu.
    O... jak miło zanurzyć się na koniec męczącego dnia w ciepłym basenie.

    Cdn

    Komentarz


    • #47
      A ja nie czekam na wieczór z czytaniem wspomnień.... czytam od razu ....

      Komentarz


      • #48
        Dzisiaj jest czwarty dzień zwiedzania wyspy.
        Trasa: Funchal – Ponta do Garajau – Canico de Baixo – Santa Cruz – Machico – Canical – Ponta de Sao Lourenco przejechaliśmy 138 km.
        Dzisiaj będziemy zwiedzać Maderę południowo – wschodnią. Najpierw wjeżdżamy na Rapidę, żeby nie kluczyć po zapchanych samochodami uliczkach Funchalu.
        Po przejechaniu paru tuneli jest skręt w prawo na Garajau. Bardzo gęsta zabudowa, w większości nowoczesne domki i duże apartamentowce. Przejeżdżamy koło hotelu Dom Pedro Garajau zlokalizowanego w ruchliwej okolicy, w pobliżu jakiegoś centrum handlowego. W ogóle panuje tu duży gwar, masa samochodów, ale za to do plaży kawał drogi. Jeżeli ktoś nastawia się na plażowanie, to nie radzę wybierać tego hotelu.
        Jedziemy jeszcze dość spory kawałek ostro w dół, zanim dotrzemy do dużego parkingu znajdującego się na klifie nadmorskim.
        Pierwsze, co rzuca się tu w oczy, to wielka figura Chrystusa z rozpostartymi ramionami spoglądająca w morze pomnik postawiono w 1927 roku. Wokół niego nieduży park i stacja kolejki linowej. Ale wszystko to jakieś takie nijakie, jakby zaniedbane. Widok z cypelka faktycznie ładny, ale tuż obok zamknięte i zdewastowane kąpielisko z basenami. W dole kamienista plaża, na którą prowadzi asfaltowa droga. Kolejka linowa chyba nie jest czynna, bo wokół nikogo nie widać, wagoników też zresztą nie ma. Współczuję amatorom plaży, którzy muszą wracać dość stromą drogą pod górę w pełnym słońcu, gdyż nie rosną przy tej drodze żadne drzewa. W ogóle jakoś tu mało roślinności jak na Maderę. Jedyne pozytywne zaskoczenie – w publicznej zresztą bardzo czystej toalecie jest nawet bidet....
        Może już jesteśmy „ zepsuci „ pięknymi widokami północnego wybrzeża, ale ta okolica nie przypada nam do gustu.
        Jedziemy dalej i już jest miejscowość Canico na górze, dość stare miasteczko z gęstą zabudową, sporo turystów, ale głównie robiących zakupy, a nie zwiedzających. To pewnie wylegli na zakupy mieszkańcy okolicznych apartamentowców, których jest tu zatrzęsienie. I nowe wciąż są budowane, sądząc po ilości rozstawionych na wzgórzach dźwigów. Niezbyt to pięknie wygląda.
        Zjeżdżamy w dół do Canico de Baixo. Tutaj już zupełnie inny klimat. Podobno okolicę tę upodobali sobie bogaci Niemcy i wybudowali swoje letnie ( a właściwie całoroczne, bo taki tu jest cudowny klimat ) wille i rezydencje. Zostawiamy na małej ukwieconej uliczce samochód i wędrujemy wśród tych cudownych ogrodów z basenami, domów zbudowanych w różnych stylach począwszy od tradycyjnych pałacyków, poprzez rustykalne hacjendy, a skończywszy na super nowoczesnych budowlach ze stali i szkła.
        Nawet mnie te różne style w tym miejscu nie rażą, rezydencje wkomponowane są we wzgórza, stoją na wysuniętych w morze cypelkach. Możemy sobie tylko wyobrazić jakie piękne widoki rozciągają się z tych ogrodów na ocean, szczególnie o wschodzie lub zachodzie słońca. Tym zlokalizowanym w pierwszym szeregu nad samym morzem rzeczywiście można pozazdrościć. I tu znowu feeria kwiatów, krzewów, drzew, - jak w ogrodzie botanicznym. Fakt, że zwykły turysta, ma znacznie ograniczone możliwości rzucenia okiem bezpośrednio z klifu na plażę. Takie widoki w zasadzie mają tylko właściciele tych posiadłości.
        Są tu również na odpowiednim poziomie restauracje i kawiarnie, podejrzewam że i cenowym również....
        Napatrzyliśmy się już na ten luksus wystarczająco, jedziemy więc dalej Rapidą.
        Kolejny przystanek w Santa Cruz. Byłaby to bardzo urokliwa miejscowość, ale trochę zakłóca spokój zlokalizowane tuż obok lotnisko. No, ale cóż to dzięki niemu tak rozwija się pod względem turystycznym cała wyspa.
        Wchodzimy na ocieniony starymi drzewami til plac, obok kościół z XVI wieku i stylowy ratusz. Te wielkie drzewa til były bardzo rozpowszechnione na wyspie, gdy ją odkryto, są bardzo piękne, mają rozłożyste korony, listki zbliżone do fikusa beniaminka, a pnie grube, powykręcane, jakby zreumatyzowane. W warunkach naturalnych rosną tylko na zachodzie wyspy w niewielkiej enklawie, natomiast spotkać je można często w parkach, na placykach, przy kościołach, dają wspaniały cień.
        Na placu widać przygotowania do wieczornego festynu, rozwieszone są kolorowe girlandy z bibułki, trwają prace przy budowie sceny. Oj, będzie tu dziś wieczorem zabawa!!!
        Idziemy urokliwymi uliczkami do morza, plaża kamienista, jak zwykle, ładna promenada nadmorska wysadzana palmami. Na plaży wyrzucone na brzeg kolorowe łódeczki rybackie.
        Sielski widoczek, tylko że woda w morzu jakaś mętna. Po raz pierwszy na Maderze widzimy taką mętną wodę, zawsze i wszędzie była taka krystalicznie czysta. To chyba nie przez te samoloty co chwilę startujące i lądujące....
        Na końcu promenady nowy, piękny Hotel Gala, widać że dopiero co wykończony, bo ogród jeszcze młody, roślinność niezbyt rozrośnięta. Byłoby tu bardzo fajnie, gdyby nie to sąsiedztwo lotniska.
        Cdn.

        Komentarz


        • #49
          Właśnie wrzuciłam fotki, jeśli ktoś jest zainteresowany to zapraszam:

          http://apisek.fotosik.pl/albumy/486805.html

          Pozdrawiam
          Apisek

          Komentarz


          • #50
            Jedziemy dalej, właśnie Rapida biegnie równolegle z lotniskiem. By je wybudować trzeba było chyba olbrzymich nakładów finansowych. Najpierw wyrąbano kawał skalistej góry po lewej stronie, a następnie przedłużono pas startowy, wyprowadzając go w morze na potężnej estakadzie. Chwilę później jedziemy Rapidą pomiędzy tymi ogromnymi filarami podtrzymującymi znajdujące się nad nami lotnisko. Cud techniki budowlanej, podobnie jak te wszystkie tunele i estakady na drogach. I jakoś się nic nie zawala ani nie pęka!!!
            Kolejny punkt zwiedzania to miejscowość Machico. To właśnie tu wylądowali w XV wieku pierwsi osadnicy i stąd zaczęli obłaskawiać dziką wyspę. Rzeka dzieli miasteczko na pół. Wschodnia część jest starsza, znajduje się tam kapliczka Capela Dos Milagres, z oryginalnym średniowiecznym krucyfiksem, a także dzielnica skromnych, ale ładnych domków rybackich. Zachodnia część ma miejski charakter. Na trójkątnym placu stoi również XV – wieczny kościół parafialny, obok ratusz. Wąskimi brukowanymi uliczkami idziemy w kierunku morza. Na ocienionym bulwarze eleganckie restauracje i kawiarnie, w pobliżu żółty fort, chroniący niegdyś miasto przed piratami. Dziś fortu strzegą stare armaty i okazałe drzewa figowe obsypane dojrzewającymi owocami. Rozciąga się stąd widok na morze i ujście prawie wyschniętej teraz rzeki. A koło rzeczki – czyste toalety dla potrzebujących...
            Ostatnią miejscowością na naszej dzisiejszej trasie jest Canical, potem już tylko obcować będziemy z przyrodą. Canical było niegdyś centrum wielorybniczym, łowiono je tu aż do 1981 roku, gdy ostatecznie zakazano tego niecnego procederu. Jest tutaj Muzeum Wielorybnictwa, gdzie cały proces połowu jest podobno dokładnie pokazany, ale nie chcemy tego oglądać z wiadomych względów.
            Sama miejscowość jest cicha, spokojna, tylko w okolicy portu rybackiego kręci się trochę turystów. Postanawiamy zjeść tu lunch. Znajdujemy sympatyczną knajpkę Carbestante zbudowaną z tak rzadko spotykanego tu beżowego kamienia. Stoi przy samym porcie, z tarasu - czekając na jedzonko – obserwujemy wpływające i wypływające łodzie rybackie.
            Dostajemy po trzy różne ryby i nie zawiedliśmy się, są znakomite i na pewno świeże. Jeszcze chwilę po zjedzeniu siedzimy na zacienionym tarasie, przypatrując się powolnemu życiu mieszkańców. Starsi panowie grają w warcaby na ławce w parku naprzeciwko portu, kilku innych rozplątuje sieci rybackie, młody chłopak maluje jaskrawo czerwoną farbą łódkę, starsza kobieta podlewa małą koneweczką kwiaty zawieszone w doniczkach na ścianie starej chałupki. Na błękitnym niebie śmigają mewy, z piskiem dopadając wyrzucanych przez rybaków porządkujących sieci małych rybek.
            I jeszcze chwila odpoczynku na kamienistej plaży....

            W drodze na najbardziej wysunięty na wschód przylądek Madery mijamy przemysłowe przedmieścia Canical, chyba jakieś zakłady przetwórstwa rybnego, bo cóż by tu mogło być innego. Taka przemysłowa zabudowa to rzadkość na wyspie..
            Po kilku kilometrach dojeżdżamy do parkingu, sporo tu samochodów. Teraz czeka nas trzygodzinna wędrówka po półwyspie Sao Lourenco. Po drodze mijamy plaże, na których jest wielu ludzi, czyżby woda była tu cieplejsza?
            Początkowo trasa wiedzie ścieżką biegnącą zboczem góry w widokiem na południowe zatoczki i spokojne, błękitne morze. Tylko ta roślinność jakaś taka nie maderska. Obawiam się, że gdybym zobaczyła tylko zdjęcia z tej okolicy, Madera by mnie tak nie pociągała. Spalona słońcem sucha trawa, od czasu do czasu jakaś kępka bardziej zielona, ale za to kolczasta, jedyne kwiaty to liliowe....osty. Niby też urokliwe, ale jakieś takie mało egzotyczne. Po pół godzinie ścieżka wspina się w górę i skręca ku północy. Mamy pod sobą wysokie klify, a w dole uderzające w nie potężne fale, rozbryzgujące się o przybrzeżne skały. Ocean już nie jest taki spokojny, jak ten na południu. Aż wierzyć się nie chce, że ten kilkusetmetrowy półwysep odgradza od siebie tak różne morza.
            Od północy widoki są piękne, choć surowe i groźne. Większość turystów wraca z tego punktu widokowego na parking. Dalsza droga tylko dla wytrawnych wędrowców. Chwilami ścieżka biegnie stromą granią między przepaściami, ale są barierki.
            W dali ukazuje się jakby fatamorgana – ładny dom otoczony palmami i kolorowymi kwiatami, sam jeden na całym tym pustkowiu...Gdy podchodzimy bliżej okazuje się, że biegnie od niego wąska ścieżka do małej zatoczki, potem schodki wykute w skale i mini porcik z kołyszącą się na falach motorówką. A na morzu kilkaset metrów od lądu kilka okręgów, jakby pływających kół ratunkowych, tylko o średnicy kilkudziesięciu metrów. To hodowla łososi, a jej właściciel mieszka właśnie w tym jedynym na półwyspie domu, a wyłączną łączność z cywilizowanym światem ma dzięki tej motorówce.
            Podejście staje się coraz bardziej strome, teraz już nie widać, którędy biegnie ścieżka. Coraz mniej wyschniętej trawy, za to więcej gołych skał. Widoki piękne, sporo wynurzających się z morza skał, jakby oderwanych od lądu. Ich kolory też niesamowite, widać wyraźne warstwy różnych rodzajów kamieni: czarne, rude, pomarańczowe, brązowe, piaskowe. W niektórych miejscach widoczne są jęzory zastygłej spływającej lawy.
            Wieje tu bardzo silny wiatr, chwilami wydaje się, że zdmuchnie nas do jakiejś rozpadliny skalnej lub z klifu do morza. Wokół nie widać żadnych ludzi. Wspinam się prawie na czworakach - na czuja- bo ścieżki już tu nie ma. Ale na szczęście do szczytu już niedaleko...
            Wreszcie osiągnęliśmy go. Warto było!!! Widok przepiękny!!!
            Na szczycie o dziwo jest jeszcze jedna para. Mówimy kulturalnie „ Hello”, ale w tym samym momencie pani odzywa się do pana: uważaj, żebyś się nie poślizgnął!.
            I już wszystko jasne, to są rodacy - sympatyczne małżeństwo z Poznania. Żadni Niemcy, czy Anglicy, których tu wszędzie pełno, tylko my - Polacy – jesteśmy zdobywcami najwyższego wzniesienia na wschodnim krańcu Madery. Hurrrrrra!!!!
            Wspólnie podziwiamy widoki, jeszcze bardziej na wschód ciągną się dwie wysepki, na ostatniej znajduje się latarnia morska. Rozmawiamy, wymieniamy się spostrzeżeniami na temat wyspy, doradzamy sobie wzajemnie gdzie i co warto zwiedzić. Miło mija czas w drodze do parkingu. Ani się spostrzeżemy, a już cała powrotna droga za nami. Czas się rozstać, ale jak się wkrótce okazuje, za dwa dni znów spotykamy się na szlaku jednej z lewad. Tak zupełnie bez żadnego umawiania. Jednak świat jest mały...

            CDN .............

            Komentarz


            • #51
              Lecę we wtorek na Korfu szkoda że tak fajnie nie opisałaś swojego pobyty .
              Nie musiałabym brać przewodnika.
              Pozdrawiam

              Komentarz


              • #52
                Hej Basiu,
                Z Korfu też mam wiele pięknych wspomnień, ale to już dobrych parę lat, nie wszystko pamiętam, bo od tego czasu sporo zaliczyliśmy....
                Tam też mieliśmy przez tydzień autko i dużo zwiedziliśmy. Najbardziej podobało nam się zachodnie wybrzeże wyspy. Koniecznie odwiedźcie Paleokastricę, widoku na pięć skalistych, porośniętych lasem półwyspów, między którymi są małe, ciche zatoczki - nie zapomnę do końca życia.
                Życzę wspaniałych wakacji i mam nadzieję, że doczekamy się Twoich wspomnień.

                Pozdrawiam

                Apisek

                Komentarz


                • #53
                  Dzisiaj piąty dzień zwiedzania wyspy.
                  Trasa: Sao Vicente – Ponta Delgada – Boaventura – Sao Jorge – Santana _ Ribeiro Frio - przejechaliśmy 112 km.

                  Już prawie objechaliśmy całą wyspę, pozostaje nam do zobaczenia niewielki odcinek północno – centralnej Madery. A że wybrzeża północne najbardziej nam się podobają, nie możemy sobie odmówić odwiedzenia i tej części.
                  I znowu podążamy Rapidą za zachód, dojeżdżamy do drogi Ribeiro Brava – Sao Vicente, i skręcamy w prawo, kierując się na północ. Znajome widoki tarasowych upraw winorośli po obu stronach drogi, długi na ponad 3 km. tunel, krótsze tunele i jeszcze parę pięknych widoków.
                  Już jesteśmy w Sao Vicente, tym razem nie zatrzymujemy się tutaj, skręcamy w prawo, na wschód. Mijamy kilka hoteli położonych nad samym morzem, ale jakiś takich wyludnionych. Parę kilometrów dalej przejeżdżamy tunel i zatrzymujemy się w punkcie widokowym. Zauważamy stare schodki wykute w skale i wąską dróżkę biegnącą wśród winnic. Idziemy na rekonesans. Jest cicho i słonecznie, grają cykady i wkrótce naszym oczom ukazuje się niewielka lewada. Zasila w wodę okoliczne winnice. Jest tu mały kamienny domek, prawdopodobnie używany w czasie zbioru winogron. Na okolicznych zboczach rosną dojrzałe jeżyny w niesamowitych ilościach. Oczywiście częstujemy się nimi. Potem okazało się, że mamy sino – fioletowe usta i palce – i trudno to było zmyć w lewadzie.
                  Zbocze jest dość strome, lewada płynie tu kaskadami, siadamy w miękkiej trawie i podziwiamy widoki roztaczające się stąd. W dole widać miejscowość Ponta Delgada i długi pas wybrzeża morskiego.
                  Zjeżdżamy do tej miejscowości. Znajduje się tu jeden dość duży hotel Monte Mar Palace, a oprócz tego kilka starych rezydencji z XVIII wieku bogatych właścicieli winnic. Jest także zabytkowy kościół.
                  Za Ponta Delgada zjeżdżamy w boczną drogę, która prowadzi nas do małej wioski położonej wysoko w górach Boaventury. Śliczne małe domki, oczywiście otoczone kwitnącymi ogrodami, niewielki kościółek z cmentarzem. Wokół wioski sady owocowe, po raz pierwszy widzimy kwiaty i owoce marakui. Jest to pnącze wspinające się na krzaki i drzewa, ma piękne duże różowe kwiaty, a po przekwitnięciu widać zawiązki owoców.
                  Teraz jedziemy starą wąską droga Antiguą w kierunku Sao Jorge. Tym razem Antigua jest dwukierunkowa, a nie tak jak na trasie Sao Vicente – Porto Monitz jednokierunkowa.
                  Jest naprawdę niebezpiecznie, miejscowi kierowcy przed ostrymi zakrętami klaksonują ostrzegawczo. Co chwilę - my lub auto z naprzeciwka - musimy cofać do specjalnie przystosowanych do mijanki miejsc. Ale jest bardzo malowniczo!
                  Zatrzymujemy się na punkcie widokowym Cabanas, gdzie miejscowi rolnicy sprzedają świeże owoce pochodzące z własnych sadów. Jeden z nich mówi dobrze po angielsku, daje nam spróbować kilka rodzajów marakui oraz jakieś dziwolągi podobne do zielonych szyszek, które nazywa filodendro . Kupujemy sporo owoców, rzeczywiście wyglądają i smakują doskonale. Na pobliskim wzgórzu małe domki do wynajęcia, to chyba te Cabanas.

                  W Sao Jorge jest stary kościół, gdy podjeżdżamy pod niego wyładowują z furgonetki ogromne bukiety egzotycznych kwiatów. Chcę je koniecznie sfotografować i przy okazji pomagamy je wnosić do zakrystii. Okazuje się, że jutro odbędzie się tu wyświęcenie nowego księdza i duże uroczystości z tym związane.
                  Oglądamy jeszcze latarnię morską i nowy kompleks basenowy.

                  cdn ..........

                  Komentarz


                  • #54
                    Fotki rewelacja i dopełnienie opowieści ))) Gratuluje

                    Komentarz


                    • #55
                      dzięki MDMIX

                      A teraz kontynuuję:

                      Dojedżamy malowniczą drogą do Santany. Pora na lunch. Ależ mamy szczęście!!!
                      Na centralnym placyku Santany trwa kilkudniowy Festiwal Gastronomiczny. Pozjeżdżali się z całej okolicy lokalni kuchmistrze i przyrządzają licznie przybyłym turystom i mieszkańcom regionalne specjały. Każda knajpka ma swoje wydzielone stanowisko kuchenne oraz stoliki, przy których można się delaktować potrawami. Niektórzy specjalizują się w stworzonkach morskich, inni w rozmaitych kanapkach na bazie bolo de caco, jeszcze gdzie indziej smakowicie pachną grilowane kurczaki. Ale najwiekszy jest tłok przy espetadas, czyli odpowiedniku naszych szaszłyków z wołowiny, poprzetykanych bakłażanami, cebulą, cukinią i czymś tam jeszcze, co nie wiem jak się nazywa.
                      Ustawiamy się grzecznie w kolejce i już wkrótce czujemy prawdziwy miód w gębie.....świetnie podgrilowane na wrzosowym drewnie szaszłyczki. Jedzenie uprzyjemniają występy zespołów ludowych, odbywające się na specjalnie zbudowanej estradzie. Występy, jak to występy, ale za to dekoracje kwietne estrady zachwycają nas naprawdę. Kompozycje z różnorodnych żółtych i białych kwiatów są niesamowicie piękne...
                      Na stoisku opodal próbujemy na deser ciasta z jadalnych kasztanów, takie sobie, ale my nie jesteśmy fanami słodyczy.
                      Najedzeni podjeżdżamy pod taką niby tutejszą atrakcję Parque Tematico da Madera. Ale po zapoznaniu się ( teoretycznym z folderka ) rezygnujemy ze zwiedzania. Owszem jeżeli ktoś jest z dziećmi, może to stanowić dla nich atrakcję, właściwie można by tu spędzić pół dnia. Szkoda nam czasu, a także pieniędzy - za dwie osoby trzeba zapłacić 20 E, wolimy w zamian zaliczyć jeszcze jedną lewadę.

                      Santana słynie z charakterystycznych kolorowych domków, krytych strzechą. Stoi ich kilka w okolicy centralnego placyka, niekoniecznie trzeba iść do Parku Tematycznego, żeby je zobaczyć. Podobno takie właśnie chatki budowali pierwsi osadnicy przybywający na wyspę. Teraz w podobnych chatkach żyją sobie krowy, w wielu miejscach jest zbyt stromo, by mogły chodzić po zboczach swobodnie, siedzą więc sobie całe życie biedulki w tych domkach i czekają by właściciele przynieśli im żarcie.

                      Za Santaną kierujemy sie na Faial, a następnie na Funchal. Gdzieś w połowie drogi jest miejscowość Ribeiro Frio, skąd powędrujemy lewadą.
                      Zatrzymujemy się przy schronisku w górskim stylu Victor, obok jest hodowla pstrągów. Niedaleko są ruiny jakiejś okazałej restauracji, nie wiemy co się z nią stało, może spłonęła???? Ale musiała być elegancka!
                      Lewada zaczyna się na wysokości 800 m, cały czas biegnie przez las. Miejscami drzewa tworzą naturalny tunel, widać, że często tu pada lub jest mgła, bo z drzew zwieszają się długie postrzępione seledynowe porosty, a na nich błyszczą kropelki wody. Ludzi mało, cisza i spokój, jak na większości lewad. Można upajać się widokami i bliskim kontaktem z tą cudowną przyrodą. Przechodzimy przez kilka tuneli, znowu błotko aż chlupie....
                      Na skałach miękkie poduchy mchów, co chwilę z gór spływają wodospady zasilające lewadę..... bajkowo.....Oczywiscie nie przechodzimy całej trasy, po 4 - 5 km zawracamy.
                      Wracamy tą samą drogą, tak to niestety jest, jak trzeba wrócić na parking po samochód. Niesposób bowiem przejść 12km. w jedną stronę lewadą, a potem tą samą drogą wrócić, w każdym razie dla nas byłoby to zbyt daleko.

                      Wpadłam wprawdzie na genialny pomysł, że można by się z kimś dogadać i np jedni wyruszają z jednej strony lewady, inni z drugiej strony, w połowie drogi się spotykają, zamieniają się kluczykami od samochodów i każdy wraca cudzym do hotelu. No, ale to już wymaga odpowiedniej logistyki....

                      Na koniec zachodzimy do schroniska, by się czegoś napić. Sympatyczna atmosfera, sporo ludzi.
                      Wracamy przez przełęcz Poiso na wysokości 1412 m. Droga zbiega serpentynami w dół, pachną nagrzane słońcem cedry.

                      Wieczorem poznajemy bliżej Magdę i Piotra z Łodzi, wprawdzie przyjechaliśmy razem do hotelu, to jednak nie było wcześniej okazji do dłuższych rozmów. Od tego dnia nasze wieczorne spotkania stają się tradycją. Codziennie po kolacji spotykamy się przy winku i opowiadamy sobie wrażenia z wojaży po Maderze, doradzamy sobie wzajemnie co jeszcze warto zobaczyć, gdzie dobrze zjeść, dokąd pojechać. Wspominamy także podróże odbyte w poprzednich latach.
                      Bardzo sympatyczny przebieg miały te wieczorne Polaków rozmowy - dziękujemy Wam - Magdo i Piotrze - za fajne towarzystwo.

                      Cdn.

                      Komentarz


                      • #56
                        apisek foki są dokładnie pod opis pięknie się to wszystko komponuje, czekam na resztę opisu!!!!!!!!!!!!!!I już się nie mogę doczekać własnego wyjazdu...., a może go opiszę................

                        Komentarz


                        • #57
                          Nanulek, a Ty jeszcze nie wyjechałaś? Kiedy jedziesz?


                          Szósty dzień zwiedzania wyspy.

                          Trasa: Ribeira Brava - Encumeada - Rabacal - F**** przejechaliśmy 84 km.

                          Dzisiaj będziemy wędrować wzdłuż dwóch najpopularniejszych lewad.
                          Jedziemy znaną nam już doskonale Rapidą do drogi Ribeira Brava - Sao Vicente. W miejscowości Serra de Agua należy skręcić w lewo na Encumeadę, bo na wprost jedzie się do Sao Vicente.
                          Encumeada to przełęcz położona na wysokości 1004 m., z której roztacza się fantastyczny widok w kierunku wschodnim na najwyższe pasmo gór Madery , a na zachodzie jest płaskowyż Paul de Serra. W dole wije się szosa dzieląca całą wyspę na pół z południa na północ. Szczególnie pięknie wyglądają stąd postrzępione skalne szczyty na tle niebieskiego nieba, poniżej których płyną białe obłoczki.

                          Jedziemy teraz przez najwyższe rejony płaskowyżu Paul de Serra. I znów widzimy pasące sie tu krowy - tym razem na wolności, a nie w zamkniętych chałupkach jak w okolicy Santany. Ruch na szosie spory, ale to przecież sobota, a w soboty przyjeżdża tu wielu Portugalczyków z kontynentu, mających tu swe apartamenty.
                          Po mniej więcej 20 km.dojeżdżamy do parkingu Rabacal, tu trzeba zostawić samochód. I teraz są dwie opcje do wyboru, albo drałować piechotką dwa kilometry w dół do poczatku trasy, albo złapać kursujący tu mały busik za 5 E od osoby. Decydujemy się na ten drugi wariant, do szkoda czasu na spacer drogą.
                          Po kilku minutach zjazdu stromą waską dróżką - wysiadka - tu rozpoczyna się szlak lewady.
                          W okolicy domku przeznaczonego dla robotników leśnych ruszamy najpierw w prawo na Lewadę de Risco. Wygodna, szeroka ścieżka prowadzi wzdłuż strumienia przez las wrzosowy. Chwilami z jednej strony są przepaście, ale wszystko świetnie zabezpieczone. Po niecałej godzinie dochodzimy do wysokiego wodospadu Risco, znajduje się tu punkt widokowy, gdzie można usiąść i popatrzyć na kaskadę wodną lecącą jakby z nieba.
                          Niestety trzeba wrócic tą samą drogą. Ruch staje się coraz większy, mijamy się nawet z jakąś polską grupą.
                          Dochodzimy do punktu wyjściowego i skręcamy w drugą lewadę o nazwie Lewada 25 Źródeł. Jest tutaj kilka stromych podejść i spadków terenu, ale są schodki więc idzie się wygodnie. Sceneria podobna do poprzedniej lewady, ale nieco więcej przestrzeni, więc są ładniejsze widoki.
                          Nie ma tu niestety tej intymności, jakiej doświadczyliśmy w poprzednich dniach chodząc po lewadach . Może przyczyną tego jest fakt, że dziś jest sobota, a może to, że jest to chyba najpopularniejsza lewada. To właśnie tę lewadę wybierają osoby, które nie sa zbytnimi fanami pieszych wedrówek, ale jednak będąc na Maderze chcą zaliczyć jedną z nich.
                          Tłok jest już prawie jak na deptaku w kurorcie. Co chwilę trzeba się mijać z kimś idącym z naprzeciwka. Chwilami idzie się po wąskiej betonowej obudowie lewady, więc w jakimś szerszym miejscu trzeba poczekać i przepuścić nadchodzących, nie można iść takim tempem jakim się chce - niezbyt to miłe...
                          W końcu dochodzimy do skalnego kotła, w dole jest jeziorko, a ze wszystkich stron z wysokich prawie pionowych skał lecą strumienie wody. To niby te 25 źródeł, ciekawe kto je policzył. Na skałkach wokół jeziorka siędzi pełno ludzi, piją napoje, jedzą kanapki - pełna sielanka. Byłaby.... gdyby nie te tłumy wedrowców.
                          I znów wracamy tą samą drogą, prawie ceprostradą, bo teraz jeszcze więcej ludzi nią wali....
                          Wjeżdżamy do góry busikiem, bo za te 5 E ma się zjazd i wjazd. Mijamy po drodze zmęczonych turystów, owszem rano można było bez problemu zejść, gorzej teraz - po przejściu tych obu lewad - wspinać się pod górę, gdy jeszcze słońce przypieka.
                          Z parkingu kierujemy się wąską drogą w kierunku miejscowości F****. Droga wiedzie przez płaskowyż porośnięty żarnowcami, jakimiś kolczastymi krzewami i ogromnymi paprociami. Na tej drodze nie ma prawie w ogóle ruchu. Ale powiedziano nam, że gdzieś w tej okolicy rosną w naturalnych warunkach bardzo stare drzewa til. Obecnie można je spotkac głównie na starych placach, skwerach, przy kościołach, niegdyś - w czasach odkrycia Madery - występowały bardzo licznie na całej wyspie.
                          Wreszcie widzimy po prawej stronie zabudowania straży leśnej, a obok ich ogrodzonego terenu rośnie rzeczywiście kilkanaście starych, powyginanych drzew til. Ponieważ w międzyczasie - jak to często na Maderze bywa - naszły na nas chmury, czy też mgła, widok jest trochę niesamowity. Drzewa til o nieproporcjonalnie grubych, nierównych pniach, z ogromnymi koronami liści spowite tym białym oparem, wygladają jak duchy....

                          Wracamy na przełęcz Encumeada i zatrzymujemy sie przy hotelu Estalagem Encumeada przypominającym nieco nasze górskie schroniska. Jest tu wprawdzie restauracja, ale trwają właśnie przygotowania do jakiejś imprezy, tak że nas z lekka olewają. W końcu przynoszą nam sałatki ze swieżutkim wiejskim chlebem.
                          Pogoda jakaś taka niepewna, a w dodatku wieje całkiem chłodny wiatr. Zastanawiamy się nawet czy nie przenieść się z jedzeniem z tarasu do środka restauracji. Ale jakoś wytrzymujemy na zewnątrz ...

                          Po obiedzie zapuszczamy się jeszcze kawałek w kolejną lewadę płynącą w pobliżu przełęczy, ale jestesmy już zmęczeni, no i ta pogoda też nie zachęca do spacerów.

                          Cdn

                          Komentarz


                          • #58
                            we wtorek 26.08 to już za parę dni......

                            Komentarz


                            • #59
                              Witaj Nanulek,
                              To skończę do tego czasu na pewno moje "dzieło".
                              Pozdrawiam
                              Apisek

                              Komentarz


                              • #60
                                UUUUUUUUUU to co będę czytała??? Koniecznie musisz pojechać na koleją wyprawę, żebyś miała co opisywać )))

                                Komentarz

                                Trwa
                                X