Ogłoszenie

Przerwany
Nie masz jeszcze żadnego powiadomienia.

Madera - dlaczego warto tam jechać ?

Przerwany
X
 
  • Filtruj
  • Czas
  • Pokaż
Wyczyść wszystko
nowe posty

  • #31
    ups...sorki za literówki :-)

    [%sig%]

    Komentarz


    • #32
      Super...... żeby się nie powtarzać )))
      Proponuję pisać przewodniki, nakład sprzeda się w 100 %
      Czekam na cd.

      Komentarz


      • #33
        Chętnie pisałabym wspomnienio - przewodniki, ale kto mi zasponsoruje wydanie czegoś takiego? Bo mnie by na pewno nie było na to stać.
        Czekam na propozycje...

        To oczywiście żart, ale cieszy mnie, że moja pisanina komuś się może przydać, albo ktoś sobie po prostu poczyta o nieznanych stronach, a może kogoś zainspiruje do wyjazdu????

        Pozdrawiam wiernych czytelników
        Apisek

        Komentarz


        • #34
          apisku mam pytanko o wynajęcie samochodu. Czy polecasz nam wynajęcie kabrioleta? Jak jest z oznakowaniem dróg na Maderze oraz czy wraz z samochodem dostajesz atlas samochodowy lub mapę Madery?

          Komentarz


          • #35
            Witaj Nanulek, Nie polecam w żadnym wypadku wynajęcia kabrio, mieliśmy szyberdach i tylko trzy razy otwieraliśmy. Słońce pali w mózg niemiłosiernie, a jak wjeżdżasz w chmury, co zdarza się bardzo często, leci na Ciebie mgiełka wodna. Jeśli zdecydujesz się jeździć po takich ekstremalnych szlakach, jak my, to w tunelach będzie się na Ciebie lała brudna woda spływająca ze skał, a miejscami będzie prysznic ze spadających z gór wodospadów. Natomiast dobrym rozwiązaniem byłby samochód 4 x 4, wówczas możnaby wjeżdzac na takie malownicze bezdroża, na które my jednak baliśmy sie wjeżdżać, by nie stracić podwozia. Wypożyczalni jest mnóstwo, wszędzie podobne ceny. Czasami wabią niższymi, ale wówczas to może być podejrzane, może bez pełnego ubezpieczenia. My nigdy nie mieliśmy żadnej stłuczki z naszej winy, ale zawsze bierzemy pełne ubezpieczenie dla świętego spokoju. Raz na korfu zostawiliśmy samochód na parkingu, i po powrocie okazało się, że ktoś nam dość głęboko przerysował przednie drzwi, no i tylko wówczas w całej naszej długiej historii wynajmowania samochodów przydało się pełne ubezpieczenie. A teraz kontynuuję: Na niektórych odcinkach Antigua jest zamknięta, trzeba jechać nową drogą. Prawdopodobnie spadły na nią głazy lub osunęła się skalna półka, po której biegnie droga. Po chwili znów wracamy na starą poczciwą drogę, pełną dziur w asfalcie, właśnie mijamy niski tunel wybrukowany nierównymi kocimi łbami, z jego ścian skapuje woda na samochód. Trasa - choć dla mnie chyba najpiękniejsza ( teraz to stwierdzam ) na Maderze jest rzadko uczęszczana. Chyba większość turystów wybiera wygodniejsza drogę, a to karygodny błąd. Ona naprawdę nie jest niebezpieczna, jeśli się jedzie 40 - ką, a jadąc szybciej traci się wiele cudownych widoków. Kolejny punkt widokowy - stajemy, na szczęście w pełnym słońcu. W dali widoczny jest Seixal położony na niewielkim półwyspie, w dole małe, piaszczyste plaże w zatoczkach, niedostępne od strony lądu, bo jest zbyt stromo, by tam zejść. Ocean ma teraz kolor granatowy, tu i ówdzie udekorowany białymi grzywami fal. W Seixal zatrzymujemy sie koło portu, jest tu również piaszczysta ciemna plaża oraz nowoczesne kąpielisko z knajpką i czystymi toaletami. Są także naturalne baseny utworzone z zastygłej lawy, gdzie woda jest spokojna i trochę cieplejsza. Brodzimy po kolana w wodzie, na więcej nie mamy ochoty. Oprócz nas na całym kąpielisku tylko tatuś z dwójką dzieci. I cisza.... słychać tylko uderzenia groźnych fal oceanu o falochron. To jest to, po co przyjechaliśmy na Maderę. Żeby uciec od tłumów turystów, gwaru nadmorskich kurortów i napawać się dziką przyrodą. Tego się jednak nie doświadczy siedząc przy hotelowym basenie w Funchal. Trzeba ruszyć w głąb wyspy, a najlepiej na jej północne wybrzeże. Obok parkingu łąka, na której rosną przepiekne kremowo - różowe dzikie orchidee. Pniemy się w górę wąskimi uliczkami pod pergolami z winorośli, w kierunku centrum. W słońcu wygrzewają się koty, powiewa na wietrze susząca się bielizna, mieszkańców ani turystów w ogóle nie widać. Szkoda tylko, że tak dużo tu nowoczesnych ( wprawdzie całkiem ładnych ) domków, brakuje mi do szczęścia starych chatynek budowanych z lokalnego kamienia. O wiele lepiej komponowałyby się z otaczającym krajobrazem.. Wyjeżdżamy z wioski malowniczą drogą - w szpalerze błękitnych hortensji oraz białych i niebieskich apagantów - wijącą się wysoko wzdłuż oceanu. Zaraz za wioską Ribeira da Janela skręcamy w lewo na parking. powędrujemy teraz jedną z najdłuższych, bo liczącą 14 km lewad. Wiedzie ona krawędzią wąskiej doliny, w której płynie rzeka. Całej trasy nie przejdziemy, ale chcemy mieć choć pojęcie jak wygląda. Wiedzie ona przez dziewiczy las, tzw. laurissilvę. Chwilami ścieżka wzdłuż lewady biegnie skrajem głębokiej przepaści, wkrótce dochodzimy do tunelu. Powoli brniemy niskim tunelem, błotko chlupie pod nogami. Po wyjsciu z tunelu widzimy piękny wodospad zasilający wody lewady. Musimy już niestety zawrócić, by zdążyć zrealizowac ambitny plan na dziś. Cdn

            Komentarz


            • #36
              Nanulek
              Teraz zauważyłam, że nie w pełni odpowiedziałam na Twe pytania. Atlasu nie dostaniesz, a jedynie mapkę. Jesli chcesz bardziej szczegółową to trzeba kupić za 5 E.
              Oznakowanie dróg średnie, na głownych dość dobre, bardzo dużo rond i właśnie dla mnie to był minus, bo przed rondem nie ma z reguły kierunkowskazów, i dopiero na samym rondzie jest oznakowanie, to trochę za późno. Na małych drogach w ogóle nie ma kierunkowskazów. Pewno uważają, że nikt obcy nie ma tu biznesu sie zapędzać, a miejscowi wiedzą dokąd jechać.
              Ale kultura na drodze super...

              pozdrawiam
              apisek

              Komentarz


              • #37
                Trochę zmęczeni i głodni jedziemy do Porto Monitz. Na nabrzeżu jemy lunch w restauracji Kaszalot - nowoczesny, bez wyrazu lokal, ale za to smaczna espada ( ta brzydka ryba ) zapieczona z marakują i bananami.
                Okoliczna nowoczesna zabudowa z Akwarium i Centrum Naukowym, też nie za bardzo przypada nam do gustu.
                Za to słynny kompleks kąpielowy rzeczywiście robi wrażenie. Kilkanaście większych i mniejszych naturalnych skalno - wulkanicznych basenów usytuowanych na różnych poziomach zachęca do kąpieli. Na zewnątrz basenów potężne fale tonami spienionej wody atakują nabrzeżne skały, część wody morskiej przelatuje do osłoniętych basenów zasilając świeżą wodą spokojną, zielonkawą toń. Jest tu trochę turystów, ale o wiele mniej niż się spodziewaliśmy, biorąc pod uwagę fakt, że to taka oryginalna maderska atrakcja.

                Najedzeni i zmęczeni układamy się na wziętych z hotelu ręcznikach i zapadamy w błogą sjestę. Długo nie śpimy, budzą nas szalejące w wodzie miejscowe dzieciaczki. One mogą sie tu pławić, to i my spróbujemy. Sztucznie zrobione wygodne wejścia do wody ułatwiają zadanie. Zanurzamy sie szybko i zdecydowanie, pierwszy moment niezbyt miły, ale wkrótce przyzwyczajamy się do dość chłodnej - jak na nasz gust - wody. Ma podobno 22 stopnie, ale coś mi się nie chce wierzyć. Kąpiel trwa może z 10 minut, mamy dość. No, ale zaliczyliśmy kąpiel w Atlantyku - zadanie spełnione.

                Z Porto Monitz udajemy się wspinającą się stromymi serpentynami drogą do wioski Santa Magdalena, leżącej na zachodnich krańcach wyspy. Z coraz wyższych punktów widokowych podziwiamy leżące o naszych stóp Porto Monitz i w dali wysokie klify pięknego wybrzeża północnego. Naprawdę widok niezapomniany....
                Aż żal wjeżdżać w głąb wyspy i żegnać te strony.

                Za wioską rozwidlenie dróg. Jedna prowadzi w kierunku południowego wybrzeża, a druga przecina płaskowyż Paul de Serra położony w środku wyspy. Skręcamy w tę drugą drogę i wjeżdżamy na wysokość około 1500 m. Początkowo po obu stronach szosy rosną monstrualnej wysokości wrzosy ( 4-5 m ), wielkie paprocie i żarnowce. Im wyżej sie wspinamy, tym uboższa roślinność. W najwyższych rejonach rosną już tylko jakieś niskie, ostre krzewy, mchy i porosty, przez które prześwitują skały.
                Jakże inny jest ten surowy krajobraz, bardziej przypomina Irlandię lub Szkocję.
                Widać również wielkie stada pasących się krów. Ciekawe co one tu jedzą, ale pewnie się czymś żywią, skoro jeszcze żyją.


                Cdn

                Komentarz


                • #38
                  no czekamy......czekam na dalej i wiecej cudnej lektury ...))

                  Komentarz


                  • #39
                    I nagle wokół nas niesamowity widok. Na wysokości od 1 metra do 2,5 metra ponad ziemią unosi się smuga białej mgły - akurat na wysokości naszych oczu. Poniżej mgielnego tumanu ukośne promienie zachodzącego słońca podświetlają liliowe kobierce kwitnącej macierzanki. Wygląda to dosłownie tak jakby ktoś poukładał na ciemnoszarych wulkanicznych skałach miękkie fioletowe poduchy. W dali majaczą we mgle wiatrowe turbiny, których tylko górne rytmicznie kręcące się wiatraki wyłaniają się ponad gęstym pasem mgły.
                    Stajemy i robimy parę artystycznych zdjęć.

                    W drodze przez płaskowyż zatrzymujemy się jeszcze przy parkingu w pobliżu dwóch lewad, wzdłuż których zamierzamy wędrować. Jedna z nich wiedzie z Rabacal do wodospadu Risco, a druga równiez z Rabacalu do Doliny 25 Źródeł
                    ( 25 Fontes ).
                    Ale to mamy w planie dopiero za kilka dni.

                    Postanawiamy każdego dnia zobaczyć choć jedną lewadę. Chcę teraz trochę opowiedzieć o tych oryginalnych budowlach.

                    Madera nie była pierwsza, gdzie zrodziła sie idea sieci kanałów doprowadzających wodę do bardziej suchych miejsc. Już w starożytności budowano akwedukty, służące do transportowania życiodajnej wody.

                    Historia maderskich lewad jest tak samo długa, jak historia samej wyspy.
                    Gdy tylko przybyli na nią osadnicy, zaczęli karczować dziewicze lasy, tzw. laurissilvę, by w tych miejscach na wykutych w skałach tarasach rozpocząć uprawy rolne, wykorzystując bardzo urodzajne wulkaniczne gleby. Na żyznym południu, gdzie klimat był o wiele korzystniejszy, brakowało jednak wody. Było jej natomiast całkiem sporo w górach.
                    A skąd tam się tam wzięło tyle wody - ktoś może spytać?
                    Otóż wynika to z położenia wyspy. Chmury gnane północno - zachodnim wiatrem przez Atlantyk napotykały na swej drodze jako pierwszą przeszkodę Maderę wraz z jej wysokimi górami. Nad tymi górami często wiszą chmury, które się tu skraplały, dając obfite opady, sięgające 2 metrów rocznie, podczas, gdy na południu prez większą część roku w ogóle nie padają deszcze.
                    Ulewne deszcze w górach wsiąkają w porowate wulkaniczne skały oraz porastającą je roślinność jak w gąbkę. Gdy zaś woda napotka twarde bazaltowe, nieprzepuszczające podłoże - wycieka w postaci licznych źródełek.

                    Już w XV wieku rozpoczęto budowę pierwszych kanałów nawadniających, wykorzystując siłę roboczą niewolników sprowadzanych z Afryki. Początkowo lewady budowano w prymitywny sposób, wykuwając wąskie koryta w skałach na krawędzi stoków górskich. W stromych niedostępnych miejscach spuszczano ludzi ze szczytów klifów w wiklinowych koszach i siedząc w nich drążyli twarde skały. Nierzadko trasę lewady trzeba było prowadzić w kilkusetmetrowych tunelach, tam praca była najtrudniejsza.
                    Wielu robotników zginęło, wykonując tę ciężką pracę.

                    Do 1900 roku na Maderze było około 200 lewad o łącznej długości 1000 km. Większość z nich była prywatna, z wody korzystać mógł tylko właściciel lewady.

                    W 1939 roku rząd portugalski wysłał na Maderę swoich rzeczoznawców, którzy opracowali szczegółowy plan rozwoju systemu nawadniającego. Jednocześnie przeznaczono na ten cel poważne środki finansowe.

                    Obecnie cała wyspa pokryta jest gęstą siecią lewad o długości ponad 2000 km., w tym 40 km w tunelach. Woda z lewad nie tylko nawadnia pola uprawne , ale również zasila w wodę niewielkie hydroelektrownie. Teraz wszystkie lewady są państwowe i korzystać z nich może każdy wg określonego harmonogramu.

                    Cdn

                    Komentarz


                    • #40
                      Zapomniałam wczoraj napisać, że przejechaliśmy w ciągu dnia 132 km.

                      A teraz kontynuuję:

                      Drugi dzień objazdu wyspy: Ponta do Pargo - Faja da Ovelha - Paul de Mar - Jardim do Mar - Calheta - Cabo Girao - przejechaliśmy 126 km.

                      Postanawiamy zacząć zwiedzanie od najbardziej wysuniętego na zachód cypelka wyspy. Aby się tam dostać znów wjeżdżamy na Rapidę, która doprowadzi nas do drogi, którą jechaliśmy wczoraj z Ribeira Brava do Sao Vicente. Dziś mijamy ją i trzymając się południowego wybrzeża jedziemy aż na koniec wyspy.

                      Madera ma wymiary 57 km. ze wschodu na zachód i 22 km. z północy na południe, a zatem wydawać by się mogło, że to niewielka wysepka, którą spokojnie można objechać kilka razy w ciągu jednego dnia. Z pewnością objechać by się dało, ale trzeba wziąć poprawkę, że te wymiary liczone są w linii prostej, a tak naprawdę, żeby przejechać 1 km. w linii prostej, trzeba przynajmniej liczyć w tutejszych warunkach 4 km jazdy po tych niesamowicie krętych i stromych drogach.
                      Praktycznie tylko Rapida ma dłuższe proste odcinki, jak również szosa przecinająca płaskowyż Paul de Serra.
                      Pozostałe drogi pełne są serpentyn i malowniczych zakrętów, dlatego też, żeby naprawdę zwiedzić całą wyspę, trzebaby przejechać z 1000 km., po tej plątaninie dróg i dróżek wiodących czasem do ostatniego domku w przepastnej dolince.

                      Teraz już nie jedzie się tak szybko jak Rapidą, szosa prowadzi górą ponad ciągiem małych wioseczko - kurortów nadmorskich.
                      Decydujemy sie jechać najpierw do Ponta do Pargo - najbardziej wysuniętego na zachód krańca Madery.
                      Sama wioska nie jest specjalnie interesująca, jedziemy zatem w kierunku cypelka z latarnią morską. Roślinność jest tu raczej uboga, chłostana silnymi wiatrami północno - zachodnimi.
                      Widok spod latarni bardzo ładny - niewielki miradouro, czyli punkt widokowy otoczony jest ( dla bezpieczeństwa ??? ) prymitywnym płotkiem skleconym z gałęzi olbrzymich wrzośców. Prawie 300 m. poniżej huczą fale, uderzając o skały. W słońcu woda mieni się niezliczonymi odcieniami błękitu i granatu w zależności od głębokości. Jest tak kryształowo czysta, że widać w niej każdy kamień czy głaz, nawet na sporej głębokości.

                      Obserwujemy bardzo oryginalne zjawisko. Wysokie oceaniczne fale napływające z północy spotykają się nagle ze spokojną wodą oblewającą południowe wybrzeże. Na granicy tych wód powstaje dziwny twór, coś jakby grzebień oddzielający obie tonie.
                      Po obu stronach cypelka strome klify i widok na Ocean Atlantycki aż po daleki zamglony horyzont.
                      Tu znowu na parkingu tylko dwa samochody oprócz naszego.
                      Ogromną zaletą Madery -przynajmniej dla nas - jest to, że te wszystkie wspaniałe widoki można podziwiać w kompletnej ciszy i intymności, bez tłumów ludzi, nachalnych sprzedawców pamiątek, dźwięków muzyki rozbrzmiewających z knajpek i wszechogarniającej komercji....
                      Oglądamy jeszcze pięknie położoną knajpkę Casa de Cha w otoczeniu błękitnych hortensji. Jest jeszcze wcześnie - na razie jest zamknięta, ale wieczorem przyjedzie tu wielu turystów, aby z tarasu położonego tuż nad klifem podziwiać słońce zachodzące w oceanie.
                      To był najdalej wysunięty na zachód cel naszej podróży. Teraz zjeżdżamy na lokalną drogę wiodącą przez wszystkie okoliczne wioski.

                      Pierwszą napotkaną po paru kilometrach jest Faja da Ovelha. Zjeżdżamy wąską na jeden samochód uliczką i parkujemy w pobliżu kościoła. Trochę powyżej kościółka rośnie na jednym z uprawnych tarasów stara, ogromna, złamana w połowie araukaria. Pewno jakiś piorun trafił w nią w czasie burzy. Spod niej roztacza się malowniczy widok na białą wieżę kościelną, zielone tarasowe pola uprawne upstrzone skromnymi domkami, a poniżej granatowe morze.

                      Chwilę później przejeżdżamy mostkiem nad lewadą, no i oczywiście stajemy, by się z nią przywitać. Jest to Levada Nova, z góry toczy swoje wody z płaskowyżu Paul de Serra, przepływając przez miejscowość Prazeres, a w dole zasila tarasy uprawne w Paul de Mar. Ma 12 km. długości, całej nie przejdziemy, ale kilka kilometrów na pewno ukaże nam jej charakter.
                      Wędrujemy łagodnym zboczem, z jednej strony morze, a z drugiej - góry. Lewada płynie tu przez ukwiecone łąki, ale te kwiaty bardziej przypominają nasze polne, niż tak czesto spotykane na Maderze egzotyczne gatunki.
                      Zupełnie nie ma cienia, a że zbliża sie południe, to słońce nieźle przypieka. Idziemy wąskim skrajem lewady i w tym momencie zdaję sobie sprawę, jak intensywnie funkcjonują wszystkie nasze zmysły....
                      Najbardziej zaangażowany jest zmysł wzroku, odnotowując te kolorowe kwiaty - białe, różowe, żółte, liliowe - rozsypane na intensywnie zielonym kobiercu łąki zawieszonej pomiędzy górami a morzem.
                      Zmysł węchu wyłapuje charakterystyczny zapach wodorostów wyrzuconych na skały, ale także zapach wydzielany przez rozgrzane słońcem zioła, takie jak oregano i tymianek, bujnie tutaj rosnące. W bardziej wilgotnych miejscach, gdzie z gór skapuje woda, rośnie mięta pokryta fioletowymi kwiatkami - ona też pachnie orzeźwiająco.
                      Na skraju polanki, w pobliżu skał znajdujemy mnóstwo aromatycznych poziomek, tu oprócz zmysłu węchu, działa jeszcze zmysł smaku.
                      A gdy siadamy zmęczeni u podnóża stromej skały, na którą już nam sie nie chce wdrapywać, słyszymy cichy plusk wody płynacej lewadą oraz intensywne rzępolenie cykad - to odnotowuje zmysł słuchu.
                      Aaaa....zapomniałabym o zmyśle dotyku...długo nie posiedzimy na tych skałkach, bo właśnie zmysł dotyku sygnalizuje nam dyskomfort pewnej części ciała...

                      A zatem ruszamy, by konsekwentnie realizować nasz plan dnia...

                      Cdn

                      Komentarz


                      • #41
                        Pozostawiamy w tyle Paul de Mar, który wydaje nam się niezbyt ciekawy i długim tunelem wjeżdżamy do Jardim de Mar, Bardzo sympatyczny wiosko – kurorcik, widać, że tu wypoczywa sporo turystów. W centrum miejscowości parking, nawet dość zatłoczony jak na maderskie warunki. Stosunkowo dużo starych domów zbudowanych z lokalnego kamienia, wąskie uliczki prowadzące w dół do morza, na każdym podwórku i na każdym schodku doniczki z kwiatami. Nieduży hotel z restauracją posiadającą taras od strony oceanu. Ale najbardziej podoba nam się słodki pensjonat „Cecylia” oraz prywatna rezydencja położona na klifie w ślicznym ogrodzie z basenem. Właściciele jedzą właśnie lunch siedząc na tarasie pod kremowym parasolem. Nad samym morzem promenada wysadzana palmami, a na jej końcu mały port rybacki i kamienista plaża, na której opala się lub pływa kilkanaście osób. Szukamy jakiejś knajpki, żeby zjeść obiad, ale oprócz nowoczesnego hotelu z restauracją niczego nie znajdujemy. A tak przydałaby się tu skromna rybacka tawerna z bolo de caco zapieczonym z masłem czosnkowym oraz świeżą grilowaną rybą. No ale trudno... Wracając na parking stromymi schodkami napotykamy stary kościółek cały opleciony bluszczopodobną roślinnością. Jardim de Mar to naprawdę piękna miejscowość z klimatem. Parę kilometrów dalej zjeżdżamy ostro w dół do Calhety. To właśnie tu jest jedyna na całej wyspie piaszczysta, złota plaża, na którą piasek przywieziono z Maroka..W moim odczuciu wygląda to sztucznie, ale sądząc po ilości zaparkowanych samochodów turyści tłumnie odwiedzają to miejsce. Jedziemy powoli nadmorską promenadą w poszukiwaniu miejsca do zaparkowania. To nam się zdarza pierwszy ( i jak się potem okazało ostatni ) raz na Maderze. Dopiero dość daleko od piaszczystego kąpieliska udaje nam się zaparkować. Z chęcią się przejdziemy po tym eleganckim kurorcie, ale najpierw chcemy coś przekąsić. Wchodzimy po schodkach do restauracji Marisqueria Rocha Mar, jemy grillowaną czerwoną rybę, która po ichniemu nazywa się centaril. Smaczna, ale ma trochę ości, to nie to co bezkonkurencyjna espada. Po lunchu spacerujemy promenadą, najpierw mijamy basen jachtowy z zakotwiczonymi luksusowymi jachtami i motorówkami, następnie nowoczesne zabudowania klubu jachtowego z restauracjami i butikami. Dochodzimy do hotelu Calheta Beach, stojącego tuż przy piaszczystej plaży w ładnym ogrodzie z basenem. Ale jak dla nas zbyt tu głośno i zbyt duży ruch ludzko – samochodowy. Plaża – może jak na Maderę - ładna, ale nie dla nas mieszkańców polskiego wybrzeża. Składa się właściwie z dwóch plaż zlokalizowanych na przeciwległych brzegach spokojnej zatoczki odgrodzonej od pełnego morza ogromnymi betonowymi blokami – bardzo psującymi widok. Fakt, że rodziny z dziećmi mogą tu być w pełni usatysfakcjonowane. Żółty piaseczek, łagodne zejście do nagrzanej zatoczki, można stawiać babki z piasku. Wokół pełno barów, restauracji, tłumy ludzi – to nie dla nas klimacik.... Mijamy kąpielisko i wśród pięknej roślinności widzimy małe muzeum przemysłu cukrowniczego, którego niegdyś Calheta była głównym ośrodkiem. Przed wiekami cukier nazywano tu „białym złotem”, które obok wina przynosiło wyspie wielkie pieniądze. Znajdują się tu różnego rodzaju zabytkowe maszyny i urządzenia służące do produkcji cukru. Nadal w tym rejonie uprawia się trzcinę cukrowa oraz produkuje cukier i rum. W drodze powrotnej wjeżdżamy jeszcze na szczyt Cabo Girao, by z góry spojrzeć na ocean. Klif wydaje się tuż tuż nad nami, ale aby do niego dotrzeć trzeba dość długo jechać krętymi drogami przez liczne wsie i osiedla. Na szczycie stoi kilka autobusów z turystami, sporo aut, są stragany z pamiątkami i lokalnymi słodyczami – maderscy sprzedawcy zupełnie nie są nachalni. W pobliżu rosną ogromne eukaliptusy, których charakterystyczny orzeźwiający zapach unosi się wokół. Nieco poniżej kilka eleganckich hoteli z basenami i ogrodami, a przede wszystkim przepięknym widokiem na całą okolicę. Z cypelka widokowego podziwiamy otaczający krajobraz. Zachodzące słońce jest już nisko, jego ostatnie promienie kładą się czerwoną poświatą na spokojnym oceanie. W dole pod nami licząca blisko 600 metrów przepaść. Widać malutkie stateczki wycieczkowe pełne turystów, którzy od strony morza podziwiają Cabo Girao skąpane w promieniach zachodzącego słońca. Cdn

                        Komentarz


                        • #42
                          Dzisiaj trzeci dzień zwiedzania wyspy.
                          Trasa: Monte – Poiso – Pico de Areeiro – Faial – Porto da Cruz – Portela 84 km.
                          Wyjeżdżamy z Funchal przez górę Monte kierując się krętą drogą na północ. Ponieważ jest piękna pogoda, niebo bezchmurne, co tu się rzadko zdarza ( prawie zawsze jakieś chmurki snują się po niebie ) dziś czeka nas zdobywanie najwyższych szczytów Madery.
                          Jedziemy przez gęsty las, w którym dominują cedry i eukaliptusy. Jest prawie ciemno na drodze, tak bujne te drzewa mają konary. Mijamy Park Ekologiczny i już jesteśmy na przełęczy Poiso 1413 m. wysokości. Tutaj skręcamy w lewo w wysokie góry.
                          Po niespełna 10 km dojeżdżamy do dużego parkingu przy schronisku przy Pico de Areeiro. Jest to trzeci co do wysokości szczyt wyspy – 1818 m. I tu już trzeba się na dłużej pożegnać z autem. Teraz musimy liczyć na swoje własne nogi...
                          Na parkingu dość sporo samochodów i nagle....słychać typowo peruwiańską melodię wygrywaną na fletach. To grupa grajków z Ameryki Południowej daje koncert pod schroniskiem. Wprawdzie nie jest to tutejsza muzyka, ale pięknie brzmi w tej wysokogórskiej scenerii.
                          Idziemy wąską ścieżką raz w dół raz do góry. Po obu stronach kilkusetmetrowe przepaście. Są wprawdzie barierki ze stalowymi linkami, ale jakby się człowiek poślizgnął to i pod linką przeleci. Pogoda fantastyczna i takież widoki. Pomimo, że są to wysokie góry rośnie na nich niezwykle bogata roślinność, aż dziw bierze jak te kwiaty tu egzystują.
                          Ścieżka jest dobrze utrzymana, na odcinkach bardziej stromych są schodki. Po jakiejś pół godzinie dochodzimy do punktu widokowego – widok nieprawdopodobny : na południu widać ocean i na północy widać ocean, przy czym na południu jest piękna pogoda, a od północy w niżej położone doliny wlewają się chmury, jak białe mleko.
                          Większość turystów już tu kończy swą wspinaczkę, my idziemy dalej. Po bokach raz przepaście, raz strome granie pnące się do góry i te kwiaty...wszystkie możliwe kolory. Są też na skałach długie pomarańczowe porosty, zwieszające się w dół.
                          Przeszliśmy już dobry kawałek drogi, a do uszu nadal dochodzi smętna peruwiańska melodia – taka tu panuje świetna akustyka.
                          Teraz mamy na trasie tunel długości 100 m. Jest w nim sporo wody przesączającej się przez skały. W naszych addidasach chlupie woda, ale jest przecież tak ciepło...
                          Chwilami idziemy dosłownie w lesie paproci tak wysoko tu rosną.
                          Jeszcze jedno strome podejście i jesteśmy na drugim co do wysokości szczycie Pico das Torres 1851 m. wysokości.
                          Jestem już naprawdę zmęczona, w oddali widać najwyższy szczyt Pico de Ruivo, niewiele wyższy od tego przez nas zdobytego, bo ma 1862 m.
                          Ale dalsza droga wydaje nam się mniej ciekawa, biegnie wąską półką wykutą w zboczu góry i widoki z niej są dość monotonne. Postanawiamy zawrócić. I znów te bajkowe widoki. Różne rodzaje skał wulkanicznych: bazaltowe czarne iglice, rudawo – brązowe tufy podobne do pumeksu, porowate, ale twarde, wąskie szczeliny pomiędzy skałami.
                          W głębokich wąwozach widoczne są małe wioseczki, jakby odcięte od świata. Parę domków i tarasowe uprawy, żeby wykorzystać każdy kawałek ziemi. Powulkaniczna ziemia jest urodzajna, a lewady dostarczają wodę. Po drodze widzimy liczne źródełka zasilające lewady.
                          Na koniec odwiedzamy schronisko, żeby się czegoś napić. Znajduje się tu kolekcja pięknych zdjęć robionych w czasie wschodu i zachodu słońca.
                          Cdn

                          Komentarz


                          • #43
                            oj już czekam na cdn....
                            podaj proszę jakie wyprawy jeszcze opisywałaś?gdzie można znależć Wasze zdjęcia?

                            Komentarz


                            • #44
                              Witaj Aniu

                              Opisałam także swoje wrażenia ze Sri Lanki pt: "Cejlon - dlaczego warto tam jechać ?". Zdjęcia z tej podróży są pod : apisek fotosik.pl

                              Fotki z Madery najprawdopodobniej wrzucę dzisiaj - dam znać gdzie.

                              Pozdrawiam
                              Apisek

                              Komentarz


                              • #45
                                Hej:-)
                                Wydrukowałam sobie Twoje wspomnienia i na wieczór mam super lekturę:-))
                                Jeszcze nie wiem kiedy się wybiorę na Maderę, ale kiedyś na pewno (w planach jest od dawna), a Twoje szczegółowe opisy z pewnością mi się przydadzą:-))
                                Pozdrawiam:-)

                                Komentarz

                                Trwa
                                X